Sezon Lato 2020
Relacje meczowe: 7 Liga
Drunk Team po bardzo dobrym początku sezonu dopadł mały kryzys i ostatnie dwa spotkania skończył bez zdobyczy punktowej. Ich przeciwnik, FC Ballers nie mogą pierwszej części sezonu zaliczyć do udanych, ponieważ do tej pory zdobyli tylko jeden punkt. Lepiej mecz rozpoczęła wyżej notowana drużyna, która za sprawą samobójczego trafienia rywali wyszła na prowadzenie. Po kolejnej akcji zrobiło już się 2:0, a w następnych minutach zarysowywała się coraz większa przewaga gospodarzy. W pierwszej połowie obrona gości była bardzo dziurawa i przeciwnicy skrupulatnie to wykorzystywali. Kilka minut przed zakończeniem premierowej odsłony zawodnicy FC Ballers pierwszy raz pokonali bramkarza rywali, jednak to była kropla w morzu ich potrzeb. Znacznie lepiej w tej części meczu zaprezentowali się rywale i na przerwę drużyny schodziły z wysokim prowadzeniem gospodarzy 7:1. W drugiej połowie zawodnicy gości postanowili mocniej zaatakować i postawić wszystko na jedną kartę. Początkowe fragmenty były bardzo obiecujące, ponieważ dwukrotnie udało im się znaleźć sposób na golkipera przeciwników. W kolejnych minutach Drunkersi bardzo mądrze ustawili szyki obronne i dodatkowo stwarzali sobie sytuacje bramkowe, które dwukrotnie zakończyły się powiększeniem przewagi. Ich rywale odpowiedzieli tylko raz i ostatecznie mecz zakończył się pewnym zwycięstwem ekipy Łukasza Walo 9:4. Zespół ten po dwóch porażkach z rzędu wraca tym samym na zwycięski szlak. Zawodnicy FC Ballers pojedynczymi atakami chcieli pokrzyżować plany swoich rywali, lecz tego dnia nie byli w stanie skutecznie przeciwstawić się oponentom i ich sytuacja w tabeli robi się coraz gorsza.
Słabo radzącą sobie w tym sezonie drużyna Kamila Pasik podejmowała zawsze groźną i walczącą do końca ekipę Furduncio Brasil F.C. Już od pierwszych minut spotkanie toczone było w naprawdę szybkim tempie, obie drużyny walczyły do końca, często przekraczając przepisy gry. Zdecydowanie lepiej z takiej sytuacji wyszli gospodarze, którzy już po uspokojeniu gry i kilku dokładnych podaniach skonstruowali wiele groźnych akcji pod bramką rywala. Dwie z nich udało zakończyć się bramkami i po golach Bartka Fiksa i Kamila Pasika gospodarze prowadzili 2-0. Zawodnicy z Brazylii udowadniali nam nie raz, że nie z takich problemów udawało im się wyjść i szybko zabrali się do odrabiania strat. Piękną bramką w 14 minucie meczu popisał się Eduardo Kanela, którzy przymierzył w same okienko świątyni TRCH. Gol na 2-2 to już popis wracającego do zdrowia i formy Luciano Santa’any. W końcówce pierwszej połowy goście dołożyli jeszcze jedną bramkę i na przerwę schodziliśmy przy wyniku 2-3. Po krótkiej pauzie Furduncio kontynuowało swoją dobrą i twardą grę w obronie, z czym zupełnie nie mogli poradzić sobie zawodnicy z Tarchomina. Brazylijczycy szybko dołożyli dwa trafienia i na tablicy wyników mieliśmy rezultat 2-5. Gospodarze długo starali się zmienić obraz swojej gry, ale dopiero w końcówce spotkania zaczęli dochodzić do groźnych okazji. Pomocną dłoń wystawili również zawodnicy z Brazylii, którzy zaczęli grać coraz ostrzej a sędzia zmuszony był pokazywać żółte kartki. W ostatnich minutach meczu, gospodarzom za sprawą Kamila Pasika udaje się strzelić dwie bramki i na 2 minuty przed końcem TRCH łapie kontakt. Jednak doświadczona ekipa Furduncio grała mądrze, przeciągając i opóźniając grę i na więcej gospodarzom nie starczyło już czasu. Po spotkaniu w którym widzieliśmy sporo fauli, niepotrzebnych pretensji i brudnej gry Furduncio Brasil F.C wygrywa to spotkanie 4-5 i wskakuje na trzecie miejsce w ligowej tabeli. TRCH natomiast z dorobkiem zaledwie czterech punktów zajmują miejsce w strefie spadkowej.
Ge-nial-ny! Tak trzeba w skrócie opisać mecz Zaruby United z Bulbezem Team Bemowo. Od początku był to bardzo intensywny pojedynek, w którym nie brakowało fizycznej gry oraz dużej dawki emocji z obu stron. Jak zawsze na posterunku w ekipie gości stał Marcin Osowski, którego cenne wskazówki oraz zagrzewanie do boju można było usłyszeć na wszystkich sektorach. A tak zupełnie poważnie, to popularny "Osa" był kluczowym ogniwem swojego zespołu w tym arcytrudnym starciu, ale zacznijmy od początku. W zasadzie od bardzo wczesnych sekund tej potyczki, bo już w 1 minucie padła bramka na 0:1, gdy po podaniu Oliwiera Wójcika piłkę dobrze przyjął Grzesiek Kowerski i skutecznie wykończył akcję, wyprowadzając swoją ekipę na prowadzenie. Jak przystało na lidera tabeli i to w dodatku niepokonanego w tej rundzie, Zaruby wzięły się szybko w garść i delikatnie przejęli inicjatywę w kolejnych kilkunastu minutach. Przyniosło to efekt w postaci składnej akcji duetu Andryi Voloshchuk & Valerij Rusal, gdzie pierwszy z graczy kreował akcję, a drugi spokojnie ją wykończył, dając Zarubom wyrównanie. Minęło kolejnych kilka minut i ci sami zawodnicy, w dokładnie takiej samej konfiguracji, przeprowadzili składną akcję w ataku pozycyjnym, po której drugi raz w tym starciu na listę strzelców wpisał się Valerii Rusal. Ostatnie słowo w pierwszej połowie należało jednak do gości, a było przy okazji przyjemne dla oka. Przechwyconą w okolicy środka boiska piłkę, bez przyjęcia, bardzo nieprzyjemnym lobem uderzył Leszek Zalewski, a bezradny golkiper gospodarzy tylko obserwował, jak futbolówka za jego plecami wpada do bramki. Był to gol na 2:2 i byliśmy pewni, że po zmianie stron będzie gorąco. Nie minęło wiele czasu w drugiej odsłonie, a po raz kolejny zobaczyliśmy gola okraszonego sztuczką techniczną. Tym razem, po prostopadłym podaniu od Marcina Osowskiego, drugiego gola w tym meczu, strzałem piętą, zapisał na swoim koncie Grzesiek Kowerski i Bulbez po raz drugi prowadził, tym razem 2:3. Ten gol naprawdę rozjuszył graczy Zaruby United i od tego momentu, do samego końca spotkania wręcz bombardowali bramkę rywali. Tutaj po raz kolejny musimy zaznaczyć, że gdyby nie Marcin Osowski, to w tym czasie wpadłoby kilka bramek, jednak "Osa" spisywał się naprawdę świetnie. Nie miał jednak wiele do powiedzenia w akcji, która się wydarzyła dosłownie w ostatnich sekundach meczu. Strzał Artura Umiastowskiego najpierw został sparowany na słupek, a następnie piłka wróciła pod jego nogi i dobitka była już skuteczna. Niewygodnie uderzona przez Artura futbolówka odbiła się jeszcze od mokrej murawy i ostatecznie znalazła drogę do bramki, ustalając wynik spotkania na 3:3. Świetny mecz, mnóstwo emocji i gol na wagę punktu w ostatnich sekundach - niedzielna piłka w pełnej krasie!
FC Tartak mający najbardziej stabilną formę w siódmej lidze, grał przeciwko Tornado Squad, które mając w zapasie jeden zaległy mecz, walczy o wejście na podium. Niefaworyzowani gospodarze dobrze weszli w to spotkanie i już w 3 minucie objęli prowadzenie. Podrażnieni stratą gola oponencie chcieli szybko odpowiedzieć, lecz mimo niewielkiej przewagi nie mogli zmienić wyniku. Głównie za sprawą bramkarza Drwali Konrada Dudka, który dwoi się i troił, udaremniając wysiłki napastników Tornado. Dopiero końcówka tej dość wyrównanej połowy przyniosła nam większą liczbę goli. Po zwiększeniu nacisków ofensywnych to gracze Michała Nawrockiego doprowadzili do wyrównania, a następnie dzięki trafieniu samobójczemu jednego z Drwali wyszli po raz pierwszy na prowadzenie. Remis do przerwy uratował niezastąpiony Piotr Kawka, który wykorzystał podanie od Luca Kończala. Kiedy zawodnicy wrócili po chwili odpoczynku na boisko, styl gry obydwu zespołów nie uległ większej zmianie. Dobrze grający zawodnicy Tartaku przez długi czas nadążali nad rywalem nie tracąc go z zasięgu. Upływający czas i coraz większe zmęczenie zaczęło zbierać żniwo pod koniec meczu. Szersza ławka rezerwowych Tornado okazała się kluczowa, aby wygrać to spotkanie różnicą tylko lub aż dwóch bramek. Dzięki triumfowi Tornado Squad ma tylko dwa punkty straty do najniższego stopnia podium. FC Tartak niestety doznał już szóstej porażki z rzędu i z zerowym dorobkiem punktowym pilnuje ostatniego miejsca w lidze.
Sporo emocji i niesamowitych zwrotów akcji doświadczyliśmy w meczu Watahy z Virtualnymi. Początek spotkania to sporo walki w środku pola, bo jak wiadomo przejęcie tego sektora boiska, to szansa na łatwiejszą realizację własnych założeń. Gospodarze potrafili lepiej przystosować się warunków na boisku i to oni mieli inicjatywę w pierwszym fragmencie spotkania. Goście jakby trochę niemrawo starali się konstruować swoje ataki, sporo też było niedokładności i strat podopiecznych Marka Giełczewskiego. Wataha potrafiła dobry okres zamienić na bramki i w dość podobny sposób kończyła swoje ataki. W pewnym momencie było już 4:0 i nic nie zwiastowało, że Virtualni mogą w tym spotkaniu coś ugrać. Gdy wydawało się, że do przerwy nic się nie zmieni, po dwójkowej akcji Kolasa - Płotnicki mieliśmy pierwsze trafienie dla gości. Do przerwy wynik brzmiał zatem 4:1. W obozie graczy w zielonych trykotach widać było mobilizację i chęć walki o chociażby punkt. Po zmianie stron gospodarze zadowoleni z wyniku trochę spuścili z tonu. To szybko wykorzystali rywale strzelając szybko bramkę. To dodatkowo ich uskrzydliło i praktycznie każda akcja pachniała golem. Znakomicie prezentował się Szymon Kolasa, który po raz kolejny w tym sezonie wziął ciężar zdobywania bramek na siebie. Uzupełniał go w ataku Michała Płotnicki i dość szybko Virtualni wyrównali, by po kolejnych trafieniach wyjść na prowadzenie. Wataha kompletnie zaskoczona starała się odpowiedzieć przeciwnikom, ale w drugich 25 minutach była nieskuteczna i trochę bezradna. Ostatecznie goście wygrywają mecz 4:7 i zdobywają cenne trzy punkty. Dziwny był to mecz, gdzie w każdej z połów dominowała inna drużyna, ale bilans końcowy niestety nie był korzystny dla gospodarzy, którzy muszą szukać punktów w kolejnych potyczkach.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)