Sezon 2019/2020
Relacje meczowe: Ekstraklasa
Oba zespoły przystępowały do tego spotkania w odmiennych nastrojach. Alpan w ostatnich 5 meczach zdobył zaledwie 3 punkty a ich przeciwnicy 15, co mogło jasno pokazywać, która z tych ekip jest faworytem tego pojedynku. I właśnie od ataków EXC Mobile Ochoty rozpoczęły się te zmagania. W 4 minucie dobrym podaniem został obsłużony Dąbrowski, który bardzo mocno uderzył piłkę z powietrza, ale nie trafił w światło bramki. Chwilę później próbował Prybiński, ale na posterunku był Koza. Po kilku atakach gości do głosu doszli gospodarze. Najpierw próbował Radomski, później dwukrotnie Gajewski, ale ani jeden ani drugi nie był w stanie pokonać dobrze dysponowanego Koryckiego. Kilka momentów po tych wydarzeniach golkipera wicemistrzów z poprzedniego sezonu uratował Bienias, wybijając piłkę z linii bramkowej. Ten sam gracz otworzył wynik tego spotkania. W swoim stylu mocnym, precyzyjnym uderzeniem lewą nogą pokonał golkipera przeciwników. 60 sekund później mieliśmy już 2:0, kiedy to świetną podcinką popisał się Prybiński. Nie musieliśmy długo czekać a wynik brzmiał już 3:0. Ty razem na listę strzelców wpisał się Grzybowski. Alpan miał swoje szanse jeszcze przed przerwą. Próbował Melcher, ale trafił w poprzeczkę, próbował też Wycech i jemu udało się trafić do bramki rywali, co złożyło nam się na stan meczu 3:1 po pierwszych 25 minutach. Kolejna odsłona rozpoczęła się od szybkiego ciosu wyprowadzonego przez Prybińskiego, który wykorzystał podanie od Bieniasa. Nie odebrało to chęci do walki i gonienia rezultatu gospodarzom, co częściowo się udało, bo po indywidualnej akcji gola zdobył Skrajny, ale chwilę po tym trafieniu odpowiedział Nowakowski. Bramka ta mocno podrażniła ambicje graczy Alpanu, którzy odgryźli się w najlepszy z możliwych sposobów, dwukrotnie zaskakując Patryka Koryckiego. Na około 10 minut przed końcem wynik brzmiał 5:4. Ostatnie momenty tego spotkania to kilka dogodnych sytuacji z jednej i drugiej strony. Ostatecznie stan meczu nie uległ zmianie i faworyci zasłużenie dorzucili do swojego bilansu kolejne 3 punkty.
Jeszcze w poprzednim sezonie pewnie wielu nie uwierzyłoby, że w spotkaniu pomiędzy FC Kebavitą, a FC Otamanami to ci drudzy będą faworytem. Rok temu o tej porze ci pierwsi cały czas byli w grze o mistrzostwo ligi, a ich niedzielni rywale walczyli o awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Minęło jednak kilka miesięcy, zmieniły się personalia w obu ekipach, co spowodowało, że drużyna Buraka Cana do ostatniej kolejki będzie walczyć o utrzymanie, a ich oponenci są na dobrej drodze do zdobycia medalu. Wracając jednak do samego meczu, to lepiej rozpoczęli go gospodarze. Od początku bardzo aktywny był Azamat Qutpiddinov, który w pierwszych minutach oddał dwa celne strzały na bramkę konkurentów. Pierwszy był zbyt słaby, ale drugi już znalazł drogę do siatki. Kiedy wydawało się, że to Kebavita kontroluje wydarzenia na boisku, przyszło niespodziewane wyrównanie. Podanie Ostapenki wykorzystał Butenko. Faworyci poszli za ciosem i po dwóch trafieniach Nievdakhego odskoczyli rywalowi na dwubramkową przewagę. Mimo to brązowi medaliści z ubiegłego sezonu nie odpuszczali i jeszcze przed przerwą doprowadzili do wyrównania. Druga odsłona bardzo mocno przypominała pierwszą. Jedni i drudzy mieli dużo swoich szans na zmianę rezultatu. Gospodarze jednak fizycznie nie byli w stanie wytrzymać narzuconego tempa, co zemściło się na nich w końcówce pojedynku, kiedy gole zdobyli Ostapenko i Butenko ustalając wynik tego meczu na 6:4 dla Otamanów.
Poprzedni sezon dla obu ekip wyglądał zupełnie inaczej. Esportivo do ostatnich kolejek biło się o medale, Tur za to do końca walczył o utrzymanie. Rewolucja kadrowa w ekipie ćwierćfinalistów mistrzostw Polski z poprzedniego roku spowodowała, że są oni teraz na przeciwległym biegunie niż kilka miesięcy wcześniej. Jedni i drudzy dość licznie zgromadzili się w niedzielny wieczór przy ulicy Marymonckiej, co mogło zwiastować dobry, szybki mecz. I tak też było. W pierwszych minutach mieliśmy kilka groźnych sytuacji podbramkowych. Próbował Branicki, Polakowski, Nowakowski czy Noguera, ale nieskutecznie. Dopiero po kwadransie gry zobaczyliśmy pierwsze trafienie i był to gol samobójczy Kudelskiego. 5 minut później ten sam zawodnik znowu strzelił, tym razem do właściwej bramki. Końcówka pierwszej odsłony to prawdziwa kanonada strzelecka w wykonaniu obu ekip. Na prowadzenie wychodziła ekipa gości a chwilę po tym bramkę zdobywali gospodarze, co dało nam wynik 4:4 po pierwszej połowie. Druga część meczu rozpoczęła się kapitalnie dla ekipy Eryka Zielińskiego, bo po około 10 minutach od wznowieniu pojedynku prowadzili już 9:4. W tym czasookresie wyróżniał się zwłaszcza Adam Niemyjski. W ostatnich fragmentach meczu bardzo pomagał mu Iker Noguera, który w bardzo prosty i swobodny sposób mijał swoich przeciwników zdobywając kolejne gole. Tur od pewnego momentu próbował gry z lotnym bramkarzem, ale ostatecznie na niewiele się to zdało, bo dobrze dysponowani rywale nie mieli z tym problemów i ostatecznie pewnie pokonali faworyta 12:7.
Przed meczem można było śmiało określić ten pojedynek jako spotkanie Dawida z Goliatem. Gospodarze w tym sezonie mają duży problem z systematycznym punktowaniem, co przekłada się na ich pozycję w tabeli. Goście natomiast naszpikowani dobrze znanymi z piłki nożnej 6-osobowej nazwiskami, na stałe zadomowili się w górnej części tabeli i do samego końca sezonu będą walczyć o złote krążki. Niemałe było zdziwienie kibiców oglądających to spotkanie, kiedy po 3 minutach po trafieniach Bogusza i Piotrowskiego to Warsaw Bandziors prowadzili w tym pojedynku. Gladiatorzy z podrażnionymi ambicjami rzucili się do odrabiania strat i dość szybko im się to udało. Najpierw strzelił Jóźwiak, potem Zych i mieliśmy remis. Ten drugi dorzucił niedługo potem kolejnego gola, wyprowadzając tym samym swój zespół na prowadzenie. Drużyna Szymona Kołosowskiego odgryzała się i dość często stwarzała zagrożenie pod bramką rywali, ale albo strzały były niecelne albo dobrze bronił Adrian Mańk. Wspomniany przeze mnie wcześniej kapitan zespołu zdołał w końcu zdobyć gola, ale dwa dorzucili też rywale (konkretnie Kielak) i do przerwy faworyci prowadzili 5:3. W kolejnych 25 minutach obraz gry wyglądał podobnie. Jedni i drudzy mieli swoje szanse na zmianę rezultatu, ale groźniejsi i przede wszystkim skuteczniejsi byli Gladiatorzy. Bardzo dobre zawody rozgrywał Patryk Zych, strzelec aż 7 goli. Nieźle wyglądał też Mikołaj Kwiatkowski, który jak tylko pojawiał się na boisku, to wnosił do gry swojej drużyny dużo jakości. Po stronie gospodarzy należy wyróżnić Macieja i Mikołaja Kiełpsza oraz wspomnianego wcześniej Kołosowskiego. Na tej trójce opierała się gra beniaminka z tego sezonu. Ostatecznie zasłużenie wicelider tabeli zwyciężył w tej rywalizacji 14:8.
Spotkanie, które było bardzo ważne dla układu dolnej części tabeli. Obie ekipy jak tlenu potrzebują punktów i było to widać w niedzielny wieczór. Świetne, szybkie, atrakcyjne dla oka postronnego kibica widowisko stworzyli nam zawodnicy jednej i drugiej drużyny. Od początku dłużej przy piłce utrzymywali się goście, ale to gospodarze stworzyli pierwszą dogodną sytuację do zdobycia gola, kiedy to Rybak minął już bramkarza rywali, ale uderzył w słupek. W odpowiedzi próbował Skotnicki, ale jego strzał z bliska obronił Michał Łuczyk. Chwilę po tej akcji w zamieszaniu pod polem karnym Explo zimną krew zachował Żebrowski i otworzył wynik tego pojedynku. Około 5 minut później świetną indywidualną akcją popisał się Sebastian Gołąb, który mocnym płaskim strzałem zaskoczył golkipera gospodarzy. Tuż przed przerwą beniaminek z tego sezonu dobrze skontrował swojego przeciwnika. Jeden z graczy Explo urwał się lewą stroną boiska, płasko wstrzelił piłkę w pole karne, gdzie jeden z jego kolegów tylko dołożył stopę i skierował futbolówkę do pustej bramki. Do przerwy 2:1 dla Pojemnej Haliny. W drugiej odsłonie obraz gry nie uległ zmianie, stroną przeważającą byli goście, ale gospodarze świetnie kontrowali. Bramka na 2:2 była kopią tej pierwszej. Również jeden z graczy urwał się na skrzydle, płasko dograł w pole karne a jeden z jego kolegów dopełnił formalności. Od tego momentu goście jeszcze bardziej przycisnęli, ale cuda w bramce wyczyniał Michał Łuczyk, na pokonanie którego przeciwnicy nie mogli znaleźć recepty. Na około 10 minut przed końcem Explo niespodziewanie wyszło na prowadzenie. Rywale dość szybko odpowiedzieli piękną bramką Janka Skotnickiego. Ostatnie momenty tej rywalizacji to prawdziwa nawałnica pod bramką Łuczyka. Golkiper gospodarzy bronił jednak jak w transie i tylko dzięki jego świetnym interwencjom pojedynek zakończył się rezultatem 3:3.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)