Sezon 2019/2020
Relacje meczowe: Ekstraklasa
Nieczęsto zdarza się, żeby beniaminek Ekstraklasy był stawiany w roli faworyta w starciu z ekipą, która ma spore doświadczenie na tym poziomie rozgrywek, ale tak właśnie było w meczu Alpana z FC Otamanami. Mimo to mecz był szalenie wyrównany i kwestia wyniku długo pozostawała otwarta. Goście wyszli na prowadzenie w 6 minucie po golu Juriego Nievdakha, ale dwie minuty później Mateusz Marcinkiewicz popisał się indywidualną akcją i był remis. W 12 minucie znów Otamany wyszły na prowadzenie i znów zapunktował Jurii Nievdakh, ale tym razem przewaga gości utrzymała się niemal do końca pierwszej połowy, kiedy wyrównał Kamil Melcher. Druga część spotkania to klasyczny scenariusz, w którym walczą obie ekipy, ale gole zdobywa tylko jedna. W 31 minucie hat-tricka zgarnął Jurii Nievdakh, a Alpan mógł zripostować chwilę później, kiedy sędzia odgwizdał rzut wolny o krok od pola karnego. Golkiper Otamanów Oleg Bortnyk przeczytał jednak zamiary przeciwnika i popisał się świetną interwencją przecinając podanie. Do końca meczu pozostało jeszcze mnóstwo czasu, ale żadna z ekip nie była w stanie wyraźnie przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę. Mimo wszystko ataki gości były nieco groźniejsze i w końcu niemoc strzelecką w 45 minucie przełamał niezawodny Borys Ostapenko, który urwał się lewym skrzydłem i strzelił z ostrego kąta pod poprzeczkę. Otamany poszły za ciosem i po chwili Vitalii Yakovenko oddał dość niespodziewany strzał z dystansu, a zasłonięty golkiper Alpana nie zdołał zareagować i piłka wtoczyła się do siatki. Gol ten wyraźnie podciął skrzydła gospodarzom, którzy mieli coraz mniej czasu na dogonienie wyniku, ale przede wszystkim brak pomysłu na świetnie poukładaną defensywę Otamanów. Kropkę nad i postawił w samej końcówce Borys Ostapenko, który uderzył z rzutu wolnego i nie dał szans Piotrowi Kozie, a Otamany zwyciężając 2:6 wskoczyły na najniższy stopień podium Ekstraklasy.
Zarówno Warsaw Bandziors, jak i FC Kebavita przed tym starciem miały na koncie jedną wygraną i dwie porażki, co było zdecydowanie poniżej oczekiwań obu zespołów, więc oczekiwaliśmy wyrównanej walki. Niestety, bardzo szybko inicjatywę przejęli goście, którzy swoim spokojem w kreowaniu ataku pozycyjnego wręcz irytowali rywali. Gospodarze zawsze będą przy piłce stawiali na wysoką dynamikę akcji i skupiali się na kontrach, jednak nie przynosiło to efektu. Gole w pierwszej połowie zdobywali przede wszystkim zawodnicy Kebavity, a jako pierwszy na listę strzelców wpisał się Azamat Qutpiddinov, który wykorzystał stratę rywali oraz wysokie ustawienie golkipera rywali i posłał piłkę do pustej bramki z własnej połowy. Sporo zamieszania było przy golu na 2:0, gdy przy zagubionej w polu karnym piłce znalazł się Moatasem Aziz, który chyba nieświadomie skierował ją do bramki. Gole na 0:3 oraz 0:4 to błysk kreatywności i sprytu Maćka Banaska, który asystował przy golach Vlada Budza oraz Azamata Qutpiddinova. "Bandziorom" udało się otworzyć konto strzeleckie jeszcze w pierwszej odsłonie, gdy po podaniu Krzyśka Niedziółki bramkę w zamieszaniu w polu karnym zdobył Maciek Bandurow. Rezultat pierwszej odsłony na 1:5 ustalił, po podaniu Bartka Gwoździa, Vlad Budz. Początek drugiej połowy to nadal spokojna gra Kebavity i wzorowo wykonana kontra, w której podaniami wymienili się Kamil Majorek oraz Moatasem Aziz, gdzie ten drugi wykończył akcję na 1:6. Gospodarze, mimo dużego deficytu podjęli jeszcze walkę i po golach Szymona Kołosowskiego oraz Michała Bogusza doprowadzili do stanu 3:6. Warto wspomnieć, że przy tych dwóch golach świetnymi podaniami popisał się Norbert Wilk. Do końca spotkania to jednak goście kontrolowali przebieg gry, a szczególnie dobrze spisywał się Kamil Majorek, który w tym czasie asystował przy bramce Moatasema Aziza, a także dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, zapisując na swoim koncie m.in. gola ustalającego wynik mecz na 3:9. Zdecydowane i zasłużone zwycięstwo ekipy Buraka Cana pozwoliło jego ekipie odskoczyć od strefy spadkowej. Warsaw Bandziors są po tym meczu na przedostatnim miejscu.
Mecze In Plus & Pojemnej Haliny z TURem Ochota to niemal klasyki gwarantujące emocje do samego końca, jednak tym razem byliśmy świadkami raczej jednostronnego widowiska. Gospodarze mają w tym sezonie nieustający problem ze składem, co przekłada się na kiepskie wyniki i tym razem było tak samo. W oczy szczególnie rzucał się brak etatowego bramkarza, bo wystawienie w tej roli Patryka Szeligi okazało się raczej marnotrawieniem potencjału ofensywnego tego zawodnika. Gospodarze oczywiście próbowali wykorzystać grę z wysoko wysuniętym golkiperem, ale trzykrotnie kończyło się to przejęciem piłki przez zawodników TURa i strzałem przez całe boisko do pustej bramki. Z drugiej strony team z Ochoty pokazał się jak za najlepszych lat. Wysoka frekwencja, dobry skład i przede wszystkim świetna skuteczność i mecz był wygrany praktycznie w pierwszej połowie. W 3 minucie wynik otworzył Michał Ochman, trzy minuty później podwyższył na 2:0, w 12 minucie Piotr Branicki praktycznie wrzucił piłkę na głowę Rafała Polakowskiego i futbolówka zatrzepotała w siatce. Dopiero przy stanie 0:3 ofensywa In Plus & Pojemnej Haliny się obudziła, z rzutu rożnego podał Jan Skotnicki, a gola strzelił Bartek Żebrowski. TUR odpowiedział golem Piotra Branickiego, a gospodarze zrewanżowali się trafieniem Jana Skotnickiego i na tym skończyło się strzelanie ekipy Patryka Galla w pierwszej połowie, za to Piotr Branicki dokładał kolejne trafienia i goście schodzili do szatni z komfortowym prowadzeniem 2:7. W drugiej części obraz gry nie uległ specjalnej zmianie, a opadający z sił gospodarze nie mieli szans na dogonienie wyniku i mecz zakończył się gładkim zwycięstwem TURa 4:10. Mimo wszystko te cztery trafienia w wykonaniu In Plus & Pojemnej Haliny pokazują, że jest to zespół, który nawet w kryzysie może być groźny, ale w obecnej formie niebiescy wyraźnie odstają od czołówki Ekstraklasy.
Po ciężkiej kontuzji, jaką odniósł Damian Zalewski, w bramce Gladiatorów Eternis stanął Kamil Kuczewski, a jego ekipa w takim niecodziennym zestawieniu musiała stawić czoła Esportivo Varsovia. Jak na dwa mocne, ekstraklasowe zespoły przystało, spodziewaliśmy się wyrównanej walki, jednak dość szybko widowisko zrobiło się jednostronne. Gospodarze od początku prezentowali spokój i wyrachowanie, czym zdobyli optyczną przewagę, a ich perfekcja w budowaniu ataków pozycyjnych była bardzo widoczna. Pierwsze trafienie to dzieło Kuby Wardzyńskiego, który po przejęciu piłki popędził skrzydłem i wykończył z zimną krwią akcję na 1:0. Dwa kolejne trafienia to świetnie wypracowane sytuacje strzeleckie, przy których nie zawiedli Adrian Giżyński i Damian Górka. Swojego "mini hat-tricka" w postaci trzech asysty skompletował Mikołaj Wysocki, gdy po jego podaniu gola na 4:0 zdobył Kuba Jóźwiak. Odpowiedź gości była symboliczna, ale bardzo efektowna, gdy ładnym dryblingiem i skutecznym wykończeniem popisał się Artur Błoński i mieliśmy 4:1. Do końca pierwszej odsłony strzelali już tylko gospodarze, a przy obu akcjach udział miał Patryk Zych, który najpierw podał do Damiana Górki, a następnie asystował przy trafieniu ustalającym wynik premierowej odsłony na 6:1 autorstwa Kuby Jóźwiaka. Było jasne, że graczom Esportivo będzie piekielnie ciężko wrócić do gry, a początek drugiej połowy potwierdził, kto miał tego wieczoru lepszy piłkarsko dzień. Bramki Mikołaja Wysockiego, Kuby Jóźwiaka oraz Patryka Zycha sprawiły, że było aż 9:1. Na osłodę w ekipie gości pięknym golem lobem popisał się Pedro Martinez, ale trudno było o radość z tego trafienia. Efektowną końcówkę spotkania zaliczyli Mikołaj Wysocki oraz Damian Górka, gdyż w ostatnich minutach obaj dwukrotnie zmuszali Michała Siwca do kapitulacji. Ostatecznie mecz zakończył się dwucyfrową wygraną gospodarzy 14:4 i mamy nadzieję, że gracze Esportivo podniosą się i zmobilizują na starcie w następnej kolejce. Gladiatorzy po tym zwycięstwie są tuż za podium, natomiast goście niestety w tym sezonie póki co bez punktów.
Starcie eXc Mobile Ochota z Explo Team zapowiadało się dość interesująco, a okazało się rewelacyjnym widowiskiem. Panowie z obu drużyn pokazali nie tylko futbol na bardzo wysokim poziomie, ale również klasę i wzajemny szacunek, za co należą się słowa pochwały. Ciekawie zrobiło się już po pierwszym gwizdku, bo daleki strzał Karola Bieniasa poleciał „za kołnierz” golkipera Explo Rafała Pomaskiego, który ratował się dość ekwilibrystyczną interwencją, piłka spadła pod nogi Mikołaja Prybińskiego, ale skończyło się tylko obiciem słupka. Mimo to gospodarze byli w natarciu i już 2 minucie padła bramka otwierająca - pięknym strzałem z przewrotki popisał się Michał Kępka. Już minutę później było 2:0 po golu Sebastiana Dąbrowskiego, lecz Explo uszczelniło obronę i team z Ochoty już tak łatwo nie miał. Najpierw Łukasz Malczewski trafił w słupek, a w 12 minucie gola kontaktowego zdobył Oskar Górecki. Gospodarze realizowali schemat gry z wysoko wysuniętym bramkarzem i Krzysztof Jarzyna często podłączał się do rozegrania, do tego bardzo aktywni byli Jan Grzybowski oraz Karol Bienias. W efekcie jeszcze przed przerwą trafił Mikołaj Prybiński i zawodnicy eXc schodzili do szatni prowadząc 3:1. Druga część spotkania również rozpoczęła się od gola po stronie eXc i znów trafił Michał Kępka. Team Sebastiana Dąbrowskiego trzymał bezpieczną przewagę bramkową praktycznie przez cały mecz, choć w 38 minucie Explo doskoczyło z wynikiem na 5:4, kiedy Damian Koński wykorzystał zamieszanie pod bramką Krzysztofa Jarzyny. Nie starczyło jednak determinacji, żeby pójść za ciosem, a Karol Bienias i Krystian Nowakowski zapakowali dwa szybkie gole, które praktycznie przekreśliły szanse Explo na wyrównanie. Wynik na 7:5 w 48 minucie ustalił Oskar Górecki i wygrywając eXc pozostało na fotelu lidera.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)