Sezon 2018/2019
Relacje meczowe: 1 Liga
W niedzielę rano doszło do starcia w pierwszej lidze pomiędzy dwoma ukraińskimi gigantami Ukranian Vikings vs Wilki. Wilki wyszły w skromnym zestawieniu z jedną zmianą, zaś gospodarze w kadrze 12-osobowej. W pierwszej połowie oglądaliśmy równe widowisko, z wysoko grającym bramkarzem Wikingów oraz obustronnym atakiem pozycyjnym. Eduard Vakhidov grał świetny mecz. Zaliczał liczne interwencje, pewnie wychodził z bramki i wysoką grą pomagał drużynie przeprowadzać ataki. Remis 3:3 po premierowych 25 minutach to w dużym stopniu również jego zasługa. Rozpoczynając drugą połowę gospodarze w ciągu minuty zdobyli dwie bramki, a konkretnie uczynił to Andrii Dutchak, notując w tak ważnym spotkaniu hat-tricka. Gdy do końca meczu zostało niepełne 20 minut wydawało się, że Wilki - po których było widać zmęczenie - nie będą w stanie się podnieść. Zagrali dobrą pierwszą połowę, lecz na drugą już zaczęło brakować sił. W momencie kiedy wydaje się, że to koniec Yegor Boiko pokonuje po strzale z dystansu bramkarza Wikingów. Mecz dobiega końca, Wilkom udaje się zdobyć kolejną bramkę ale na więcej zabrakło czasu. Mecz kończy się wynikiem 6:5 dla Ukranian Vikings, ale to było bardzo dobre starcie, w którym obie drużyny pokazały klasę.
Pozostająca niepokonana przed tą kolejką Contra podejmowała znajdujących się na przeciwległym biegunie AnonyMMous, którzy w tym sezonie jeszcze nie zaznali smaku zwycięstwa. Od początku spotkania widać było, że to zespół Michała Raciborskiego ma więcej jakości, ich akcje były znacznie bardziej składne niż rywali, co powodowało regularne zagrożenie przed bramką Maćka Miękiny. Contra dopięła swego w 6 minucie, kiedy to Tomasz Zagórski zamienił na bramkę precyzyjne podanie Filipa Woźnicy. Nie minęła minuta i było już 2:0 a sytuacja Anonimowych stawała się coraz trudniejsza, bo niemal nic im nie wychodziło. Na kilkanaście minut mecz się wyrównał, Contra nie była już tak groźna pod bramką rywali, a szeregi obronne AnonyMMous uszczelniły się w stosunku do początku spotkania. Przyszła jednak 18 minuta meczu, która rozpoczęła serię pięciu strzelonych bramek przez Contrę i jasne było, że przy wyniku 0-7 gospodarze mają już tylko iluzoryczne szansę na odwrócenie losów spotkania. Druga połowa to potwierdzenie dobrej dyspozycji Michała Raciborskiego i całej jego ekipy. AnonyMMous udało się w zdobyć co prawda dwie bramki, ale były to trafienia jedynie na otarcie łez, bo Contra była tego dnia całkowicie poza zasięgiem Maćka Miękiny i jego kolegów z zespołu.
Ten pierwszoligowy mecz rozpoczął się z wysokiego C, gdy dość szybko Kacper Cetlin otworzył wynik spotkania strzelając pierwszą bramkę dla Ognia. Było to zresztą początek dominacji ekipy z Bielan, która prowadziła grę i dyktowała warunki. Potwierdza to ilość sytuacji strzeleckich, która była przynajmniej trzykrotnie wyższa niż to, co wykreowali rywale. Jedyne do czego można się przyczepić w zespole Janka Napiórkowskiego to skuteczność. Impuls miał mniejsze posiadanie piłki, ale paradoksalnie potrafił z tego mądrze korzystać. Nastawiał się głównie na kontrataki. Tyle że już wtedy rywal był daleko z przodu. Ogień w pierwszej połowie prowadził już bowiem 3:0, a wszystkie bramki były autorstwa Kacpra Cetlina (z czego jedna z rzutu karnego). Pod koniec premierowej części gry goście zdobyli bramkę z rzutu wolnego po precyzyjnym uderzeniu Dmytro Stesiuka. W drugiej połowie po upływie trzech minut Ivaniuk przelobował bramkarza Ognia. Bez wątpienia gra gości w drugiej połowie zdecydowanie się poprawiła, jednak w końcowym rozrachunku to było za mało na dobrze dysponowaną drużynę Ognia Bielany, która ostatecznie wygrała pewnie w stosunku 7:4.
Już w kuluarach mówiło się, że starcie Graczy Gorszego Sortu z Energią będzie spotkaniem o podwyższonym ryzyku. W ich meczach zawsze coś się dzieje i można było odnieść wrażenie, że tutaj jedni chcą coś udowodnić drugim. Większe szanse na realizację pozytywnego dla siebie scenariusza dawaliśmy Energii. Głównie dlatego, że GGS musi sobie od pewnego czasu radzić bez Łukasza Kuleszy, a wszyscy wiemy ile ten gracz znaczy dla swojej ekipy. Ale nawet jego brak nie może stanowić wymówki dla tego, co w niedzielę pokazali podopieczni Adriana Kanigowskiego. A zagrali naprawdę słabiutko i zwłaszcza pierwsza połowa to coś, co pewnie w ich przygodzie z Ligą Fanów jeszcze się nie przydarzyło. Tę część spotkania chłopaki przegrali aż 0:7! Aż trudno w to uwierzyć, ale tutaj od samego początku wszystko układało się zupełnie nie po myśli GGSu. Być może trochę zaskoczył ich rywal, który był aktywny w swojej grze, szybko wyrobił sobie przewagę, natomiast największym problemem GGSu była obrona. A w zasadzie jej brak. Brakowało doskoku do rywala, brakowało tego, by przyasekurować własnego bramkarza, gdy temu zdarzało się wypluwać piłkę. Gracze Energii byli z kolei zawsze tam gdzie trzeba i bezlitośnie punktowali oponentów. Ale pewnie nawet oni się nie spodziewali, że już po pierwszej połowie losy trzech punktów będą rozstrzygnięte. W drugiej połowie mecz się wyrównał i swojego rodzaju paradoksem jest, że ostatecznie nie padła w tym okresie ani jedna bramka. Było za to sporo kartek. Doświadczyliśmy bowiem momentu, gdzie jedni i drudzy byli dla siebie – delikatnie rzecz ujmując – mało delikatni, jednak nie ma tego co roztrząsać, bo wszystko dość szybko wróciło do normy. Po ostatnim gwizdku zobaczyliśmy zresztą fajny obrazek, gdzie zespoły podziękowały sobie za spotkanie, co też należy docenić. Energia wygrała więc 7:0 i zachowała miejsce na podium. Gracze Gorszego Sortu przegrywają z kolei drugi mecz z rzędu i spadają na szóstą pozycję. Oby jak najszybciej udało im się otrząsnąć po tej wpadce, tym bardziej że w weekend czeka ich rywalizacja z kolejnym zespołem z Ukrainy. I jeżeli tutaj nie dojdzie do przełamania, to prawdopodobieństwo skończenia rundy jesiennej na miejscach 1-3, będzie już wyłącznie w sferze ich marzeń.
Nie wiemy, jakie były przedsezonowe założenia Warsztatu Gepetto i MixAmatora, ale chyba jedni i drudzy musieli liczyć się z tym, że nie będą odgrywali czołowych ról w 1.lidze. A jeśli nawet takie ambicje miały, to szybko musiały się ich pozbyć, bo po czterech kolejkach zajmowały miejsca niemal na samym dnie stawki. Tym większego znaczenia nabierała ich bezpośrednia konfrontacja. Bo nawet jeśli o medale powalczą inni, to w meczach, gdzie jest szansa na zwycięstwo, trzeba dawać z siebie absolutnego maxa. Ale jakby mało było dotychczasowych problemów po obydwu stronach, to w niedzielę pojawiły się kolejne kłopoty – wpierw z dojazdem, a potem z frekwencją. Obydwa zespoły dysponowały tylko po jednym rezerwowym, co miało wpływ na mecz. Obejrzeliśmy bowiem starcie, które nie miało wielkiego tempa i tutaj nikt za wszelką cenę nie chciał podejmować zbytniego ryzyka. To doprowadziło do sytuacji w której niewiele zabrakło, a nie zobaczylibyśmy ani jednego gola! Niebezpieczeństwo bezbramkowego remisu rosło z minuty na minutę, tym bardziej, że nawet jeśli któraś ze stron stworzyła sobie okazję, to fatalnie ją marnowała. Kulminacyjny moment meczu to zdecydowanie sama końcówka. Najpierw ekipa Warsztatu nie wykorzystuje 200% okazji do otwarcia wyniku. Paweł Rolek miał przed sobą pustą bramkę, ale źle dołożył stopę i piłka zamiast do siatki, poleciała nad poprzeczką. I być może już wtedy w głowach zawodników Gepetto zaświtała myśl, że to się może zemścić. No i tak się właśnie stało. W 49 minucie spotkania Marek Reszczyński źle wznowił grę od autu bramkowego, podał piłkę wprost pod nogi Yuriego Suliatyskiego, a ten minął jednego rywala, następnie dograł do Żenii Bajewa i finału wszyscy możemy się domyśleć. Gracze Warsztatu nie mogli uwierzyć w to co się stało. Część z nich ukryła twarz w dłoniach, bo to starcie nie mogło się dla nich gorzej skończyć. Powinni wygrać, a jak nie, to mieli obowiązek przynajmniej zremisować. Inna sprawa, że podział punktów byłby tutaj sprawiedliwy, bo obejrzeliśmy równy mecz, w którym żadna ze stron nie potrafiła wyrobić sobie przewagi. Do MixAmatora uśmiechnęło się szczęście i być może będzie to dla nich światełko w tunelu, bo przecież to są ich pierwsze punkty w sezonie. Ale nawet gdyby miały się okazać ostatnie (czego im nie życzymy), to ten mecz zostanie w ich pamięci na długo. Tak naprawdę, to doświadczyliśmy tutaj naocznej odpowiedzi na pytanie za co kochamy piłkę nożną. Właśnie za to, że dosłownie w 60 sekund z nieba można spaść do piekła, lub odwrotnie. To jest właśnie piękno futbolu, chociaż domyślamy się, że zawodnicy Warsztatu Gepetto widzą to zupełnie inaczej.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)