Sezon 2016/2017
Relacje meczowe: 9 Liga
Starcie, które od początku miało jednego faworyta, szybko potoczyło się zgodnie z przewidywaniami. TRCH przyjechało w okrojonym składzie i nawet nie zdołało rozpocząć meczu o czasie, co od razu zwiastowało problemy. Królewscy Wola od pierwszej sekundy wyglądali natomiast tak, jakby chcieli jak najszybciej zamknąć temat i potwierdzić swoją rosnącą formę.
Gospodarze rozpoczęli prawdziwy szturm - dwie szybkie bramki ustawiły przebieg spotkania, a TRCH mogło liczyć jedynie na kontry. Jedna z nich przyniosła gola kontaktowego, dając gościom odrobinę nadziei, lecz ta okazała się krótkotrwała. Królewscy dołożyli kolejne trzy trafienia, całkowicie przejmując kontrolę nad wydarzeniami na boisku.
Największym bohaterem tej części meczu, jak i całego spotkania był Dominik Brzostowski. Już do przerwy skompletował hat-tricka, a jego wpływ na ofensywę gospodarzy był absolutnie kluczowy. TRCH odpowiedziało jeszcze jedną bramką, ale pierwsza połowa i tak zakończyła się wynikiem 5:2, który równie dobrze mógł być wyższy.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Królewscy bawili się futbolem, prowadzili atak za atakiem i wykorzystywali niemal każdy błąd przeciwnika. TRCH walczyło głównie o to, by przetrwać i nie pozwolić na jeszcze większe rozmiary porażki, choć ta misja zakończyła się tylko połowicznym sukcesem. Faworyci dorzucili kolejne pięć trafień, a show ponownie skradł Dominik Brzostowski, kończąc mecz z niewiarygodnym bilansem 6 bramek i 2 asyst.
TRCH odpowiedziało jedynie jednym golem, a końcowy rezultat 10:3 idealnie oddaje różnicę w jakości, organizacji i formie obu drużyn. Królewscy Wola wykonali pewny krok w kierunku spokojnego zimowania w górnej części tabeli, natomiast drużyna z Tarchomina musi jak najszybciej znaleźć sposób na zatrzymanie negatywnej spirali.
Spotkanie lidera ligi z drużyną znajdującą się w strefie spadkowej zazwyczaj jasno wskazuje faworyta. Z drugiej strony wszyscy doskonale wiemy, że to Liga Fanów - tutaj brak jednego gracza lub, przeciwnie, jego obecność potrafi diametralnie zmienić układ sił. Tak jak w poprzedniej kolejce, gdy obecność Maksa Hluschenki znacząco pomogła jego drużynie rozbić rywala. Tym razem Maks nie zagrał, ale mimo to KSB potrafiło postawić się ASAP Vegas.
W pierwszej połowie, podobnie jak w całym meczu, ASAP wyraźnie dominował w posiadaniu piłki, cierpliwie budując ataki pozycyjne. Nie zawsze kończyły się one powodzeniem, ale co jakiś czas zagrożenie pod bramką KSB było bardzo realne. Mimo tego KSB trzymało się swojego planu - solidna defensywa i szybkie kontry. Jedna z takich akcji zakończyła się otwarciem wyniku, a do siatki trafił Vitalii Balandziuk.
Nacisk ASAP Vegas jednak w końcu przyniósł rezultatu. Chłopaki odrobili straty i wyszli na prowadzenie 2:1. Ale KSB ponownie odpowiedziało kontrą, a Vitalii po raz drugi trafił w tym meczu. Wydawało się, że drużyny zejdą na przerwę przy wyniku 2:2, lecz Łukasz Czerwionka miał inne plany. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego oddał strzał z kozłem, po którym piłka wzniosła się w powietrze i przelobowała bramkarza. Może był w tym łut szczęścia, ale wyglądało to jak prawdziwy majstersztyk.
Być może ten gol podciął skrzydła KSB, bo w drugiej połowie obraz gry się nie zmienił. ASAP Vegas dalej prowadził grę, podczas gdy KSB miało coraz większy problem z odpowiadaniem groźnymi akcjami. Na boisku zaczęły się pojawiać słowne i fizyczne spięcia, co poskutkowało czterema żółtymi kartkami, ale nie pomogło to żadnej ze stron. Ostatecznie ASAP zdołał tylko powiększyć przewagę i pewnie dowieźć zwycięstwo do końca. Warto zaznaczyć, że aż czterech zawodników triumfatorów zapisało się w statystykach, ale szczególnie wyróżnił się Piotr Grygiel, który zamiast wdawać się w dyskusje, skupił się na grze i zdobył bardzo ważny dublet.
Tym samym ASAP Vegas utrzymuje drugie miejsce i wciąż ma realną szansę, by jeszcze przed zimową przerwą wskoczyć na fotel lidera. KSB natomiast pozostaje w strefie spadkowej. Wyjście z niej jest możliwe, ale walka o TOP 3 będzie już bardzo trudna. Kluczowe będzie, by nie tracić motywacji i dalej konsekwentnie grać swoje.
Zadyszka Gamba Veloce trwa. Po dwóch porażkach z drużynami ze strefy medalowej (KS Iglica Warszawa oraz LaFlame Bielany), tym razem Szybkonodzy musieli uznać wyższość Bielany Legends.
Początek spotkania był ospały z obu stron. Żadna drużyna nie potrafiła przejąć kontroli nad meczem, a dobrych okazji było jak na lekarstwo. Ostatecznie jednak na prowadzenie wyszli gospodarze: Olek Florczuk strzelił z ostrego kąta między nogami Damiana Urbaczewskiego. W kolejnych minutach więcej z gry zaczęli mieć goście i w końcu dopięli swego, bo tuż przed przerwą pokonali Marka Kurzelewskiego.
Remis 1:1 z pewnością nie satysfakcjonował gości, którzy w drugą połowę weszli mocno zmotywowani. Walczyli o każdą piłkę i każdy metr boiska. Gambie natomiast brakowało filiżanki mocnej, włoskiej kawy. Nawet po bramce Konrada Wielkiego na 1:2 zawodnicy rezerwowi gospodarzy byli przekonani o końcowym zwycięstwie. Przesadna pewność siebie i brak poczucia zagrożenia okazały się zgubne dla faworytów. Konrad Wielki ponownie wykazał się największą przytomnością na boisku, zebrał bezpańską piłkę i podwyższył wynik na 1:3. Dopiero wtedy, choć tylko na chwilę, gospodarze się przebudzili. Grzesiek Wolski zdobył bramkę kontaktową, jednak chwilę później goście znów pokazali większą determinację. Tym razem trafił Mateusz Borczyk, podwyższając prowadzenie do 2:4.
Jak później się okazało, Gamba Veloce nie była już w stanie przyspieszyć. Brak intensywności z pierwszych 40 minut okazał się bardzo kosztowny. Goście wykorzystywali swoje doświadczenie i wygrywali większość piłek stykowych. Ostatecznie zawodnicy z Bielan zakończyli mecz dość zaskakującym, ale w pełni zasłużonym zwycięstwem.
Jeśli ktoś liczył na ewentualną niespodziankę w tym spotkaniu, bardzo szybko został sprowadzony na ziemię. Wprawdzie już w pierwszej akcji meczu gospodarze obili słupek bramki Szymona Lisieckiego, jednak chwilę później gra przeniosła się na drugą część boiska, a gola otwierającego wynik zdobył Jan Napiórkowski. Skorpiony dość długo stawiały opór, ale w 10. minucie worek z bramkami się rozerwał i w niecałe dwie minuty LaFlame podwyższyło na 0:4. Najpierw z rzutu wolnego precyzyjnym strzałem popisał się Kornel Przewoźny, dosłownie w kolejnej akcji ten sam zawodnik ponownie zapisał się na protokole, a chwilę później dublet skompletował Jan Napiórkowski.
Po kwadransie gry w końcu przełamała się formacja ofensywna gospodarzy, a gola kontaktowego zdobył Maciej Morra. Goście błyskawicznie zripostowali trafieniem Bartosza Kaczmarczyka, ale Scorpions skutecznie odpowiedzieli drugim golem Macieja Morry i na tablicy widniał wynik 2:5. W grze gospodarzy brakowało jednak konsekwencji, a i z komunikacją wewnątrz zespołu Artura Kałuskiego były poważne problemy. W 23. minucie, za zupełnie nieuzasadnione pretensje do sędziego, żółtą kartką został ukarany Maciej Błaszczyk, a prezent w postaci przewagi liczebnej LaFlame szybko przekuło na bramkę. Jeszcze przed przerwą hat-tricka zdobył Kornel Przewoźny.
Po zmianie stron Maciej Błaszczyk zrehabilitował się za sytuację z pierwszej połowy, trafiając na 3:7, ale o jakimkolwiek comebacku nie było mowy. LaFlame Bielany było po prostu lepsze w niemal każdym aspekcie gry i kontrolowało przebieg meczu do samego końca. Wprawdzie gospodarzom udało się jeszcze trzykrotnie znaleźć drogę do siatki, ale warto pamiętać, że broniący tego dnia bramki LaFlame Szymon Lisiecki nie jest nominalnym golkiperem tej ekipy. Goście nie forsowali tempa i również trzykrotnie pokonali bramkarza Scorpions, na spokojnie dowożąc korzystny wynik do końca.
W starciu KS Iglica Warszawa z Klubem Sportowym Sandacz emocji naprawdę nie brakowało, choć gospodarze finalnie dowieźli pewne zwycięstwo. Pierwsza połowa to wyraźna dominacja Iglicy, która stworzyła sobie mnóstwo sytuacji - momentami wręcz hurtowo. Problem w tym, że skuteczność pozostawiała wiele do życzenia. Mimo tego udało się wypracować solidne prowadzenie 4:1, dające komfort na drugą odsłonę.
Po przerwie obraz gry na chwilę obrócił się o 180 stopni. Sandacz, zamiast się poddać, zaczął grać odważniej, agresywniej i przede wszystkim konkretniej pod bramką rywala. Efekt? Zrobiło się 4:3, a gospodarzom zaczęło palić się pod nogami. Kilka prostych strat, odrobina chaosu w ustawieniu i nagle mecz, który wydawał się kontrolowany, mógł wymknąć się z rąk.
Właśnie wtedy odżyła ofensywa Iglicy, która wykorzystała moment rozluźnienia u gości i dobiła rywala dwiema kolejnymi bramkami. Kluczową postacią gospodarzy był Sebastian Szczygielski, autor trzech goli. To on najczęściej ciągnął grę do przodu, wygrywał pojedynki i dawał impuls, gdy drużyna potrzebowała oddechu. Jego występ był zdecydowanie najjaśniejszym punktem meczu w szeregach Iglicy.
Ostateczne 6:3 to wynik zasłużony, choć Iglica może mieć lekki niedosyt, bo gdyby lepiej wykorzystywała swoje sytuacje, końcówka mogła być znacznie spokojniejsza. Sandacz natomiast pokazał charakter i momentami naprawdę dobrą piłkę, ale to faworyci zasłużenie zgarnęli pełną pulę.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)