reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
11:00

Bezpośrednie starcie ASAP Vegas FC z Bielany Legends miało duże znaczenie dla układu tabeli i nie zawiodło pod względem emocji. Ostatecznie to Vegas wygrało 7:6, choć o losach meczu zdecydowała dopiero ostatnia akcja.

Od pierwszych minut tempo było wysokie. Wynik otworzył Dymiński uderzeniem z dystansu po długim słupku, ale Bielany szybko wyrównały. Niedługo później Dymiński ponownie wpisał się na listę strzelców, niemal kopiując pierwsze trafienie, a chwilę później Vegas podwyższyło na 3:1. Rywale jednak nie odpuszczali – najpierw było blisko po uderzeniu w poprzeczkę, a następnie Borczyk trafił bezpośrednio z rzutu wolnego. Jeszcze przed przerwą wyrównał Jędrych, a po błędzie bramkarza Vegas Bielany objęły prowadzenie. Ostatecznie pierwsza połowa zakończyła się remisem 4:4.

Po zmianie stron gra się zaostrzyła, a Bielany szybko odskoczyły na dwie bramki. Kluczowa była sytuacja z rzutem karnym po faulu zawodnika ASAP Vegas we własnym polu karnym – Czarowski najpierw obronił strzał, ale przy dobitce Wojciechowskiego nie miał już szans. Chwilę później było już 6:4 i wydawało się, że to Bielany przejęły kontrolę. ASAP Vegas odpowiedziało jednak natychmiast – najpierw złapało kontakt, a następnie doprowadziło do wyrównania. W końcówce obie drużyny szukały zwycięskiego trafienia, ale decydujący cios padł w ostatniej akcji, kiedy Drozdowicz skierował piłkę do pustej bramki, ustalając końcowy wynik tego spotkania.

ASAP Vegas FC umocniło się w czołówce, natomiast Bielany Legends mimo tylko trzech punktów przewagi nad strefą spadkową, mogą odczuwać spory niedosyt po tak wyrównanym spotkaniu.

2
14:00

Spotkanie 11. kolejki 9. Ligi Fanów pomiędzy Klubem Sportowym Sandacz a KróLewskimi Wola było starciem drużyn znajdujących się na dwóch przeciwległych biegunach tabeli. Gospodarze walczą o utrzymanie i każdy punkt jest dla nich na wagę złota, natomiast goście celują w awans i chcą włączyć się do ścisłej czołówki. Ich wysoką formę potwierdziło zwycięstwo nad wiceliderem w pierwszym meczu rundy wiosennej.

Początek spotkania należał jednak do Sandacza, który wszedł w mecz bardzo odważnie. Już w 6. minucie Olender wykorzystał swoją okazję i wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Ten gol wyraźnie pobudził gości, którzy zaczęli stopniowo przejmować inicjatywę i coraz częściej gościli pod bramką rywali. W 14. minucie ich wysiłki zostały nagrodzone, bo Sadowski doprowadził do wyrównania. KróLewscy nie zamierzali się zatrzymywać i kilka chwil później objęli prowadzenie po trafieniu Olwińskiego. Mimo kolejnych sytuacji z obu stron wynik do przerwy nie uległ już zmianie i goście schodzili na nią z jednobramkową przewagą.

Po zmianie stron przewaga KróLewskich była jeszcze bardziej widoczna. Goście kontrolowali przebieg gry i regularnie stwarzali zagrożenie pod bramką Sandacza. W 27. minucie Olwiński ponownie wpisał się na listę strzelców, podwyższając na 3:1. Dwie minuty później Kondera dorzucił kolejne trafienie i zrobiło się 4:1. Rozpędzeni goście nie zwalniali tempa. W 37. minucie na 5:1 trafił Kosin, a chwilę później drugiego gola w meczu zdobył Kondera. W samej końcówce gospodarze zdołali jeszcze odpowiedzieć, gdy Krzyszczak zdobył bramkę na 6:2, ratując nieco honor swojej drużyny.

Ostatecznie KróLewscy Wola pewnie pokonali Klub Sportowy Sandacz 6:2, potwierdzając swoje aspiracje do walki o awans. Gospodarze natomiast, mimo dobrego początku, nie byli w stanie utrzymać tempa rywali i wciąż muszą szukać punktów w kolejnych spotkaniach, aby zapewnić sobie ligowy byt.

3
15:00

Dziewięć kolejek bez zwycięstwa - z taką rzeczywistością musi mierzyć się obecnie ekipa Artura Kałuskiego. W zeszłą niedzielę goście mieli okazję do rewanżu za bardzo wysoką porażkę jesienią, ale szybko okazało się, że druga drużyna KSB po prostu ma patent na Scorpions i jest nim ofensywne trio - Aleksander Giżyński, Maksym Hluschenko i Vitalii Balandziuk.

Co ciekawe, KSB ponownie zwyciężyło różnicą aż czternastu bramek, ale początek meczu wcale nie zapowiadał takiego pogromu. Goście nawiązali równą walkę, ale brakowało im trochę szczęścia, a przede wszystkim chłodnej głowy, bo w pierwszej połowie Scorpions zmarnowali przynajmniej dwie stuprocentowe okazje. Inna sprawa, że goście zupełnie nie mieli odpowiedzi na rewelacyjnie dysponowanego Maksyma Hluschenkę. W 6. minucie otworzył wynik strzałem z dystansu, po chwili popisał się „petardą” z rzutu wolnego, a po kwadransie gry miał już na koncie cztery gole. Mogło być nawet wyżej, ale w sytuacji sam na sam Aleksander Giżyński nieco przesadził z nonszalancją i trafił w słupek.

W końcówce pierwszej połowy gola kontaktowego zdobył Aleksandr Mirgorodski, ale był to jeden z niewielu jasnych punktów w występie ADS Scorpions. Po zmianie stron KSB totalnie zdominowało przeciwnika i bez większego wysiłku dokładało kolejne bramki. Z 4:1 do przerwy momentalnie zrobiło się 9:1 i mecz był praktycznie rozstrzygnięty. Dla kapitana ekipy z Bródna, Michała Tarczyńskiego, był to wyjątkowo udany mecz - lider KSB pojawił się na boisku w końcówce i zdobył swojego premierowego gola w Lidze Fanów, a na dokładkę zaliczył jeszcze asystę przy trafieniu Patryka Makowskiego.

KSB II gładko pokonało ADS Scorpions, a wynik 16:2 dobrze oddaje charakter tego spotkania.

4
22:00

Jak na hit 9. ligi spotkanie to było zaskakująco jednostronnym widowiskiem. Po zeszłotygodniowym blamażu związanym z regulaminem rozgrywek LaFlame po prostu musiało wygrać ten mecz, aby zachować matematyczne szanse na dogonienie lidera. Jak widać po wyniku, plan ten udało się ekipie Sebastiana Górskiego wykonać w 100%, bo przez większą część meczu goście wyglądali na niemal bezradnych.

Początkowo obie drużyny miały zupełnie rozkalibrowane celowniki i ich grę można było podsumować słowami „mecz straconych szans”. Jednak w 16. minucie gospodarze się przełamali i gola otwierającego wynik zdobył Jan Kołodziejski. Od tego momentu LaFlame dostało wiatru w żagle – po chwili podwyższył Szymon Lisiecki, a jeszcze przed przerwą na 3:0 trafił Marcin Staszyc.

Po zmianie stron gospodarze szybko dorzucili kolejne trafienie i przy stanie 4:0 sytuacja Iglicy zrobiła się, delikatnie mówiąc, bardzo trudna. Nie tylko trzeba było gonić wynik, ale goście nie mogli znaleźć wspólnego rytmu, a frustracja negatywnie wpływała na skuteczność. Kiedy w 34. minucie Kornel Przewoźny zapakował piłkę do siatki, było już praktycznie po meczu. Paradoksalnie chwilę później atak Iglicy w końcu się przełamał, ale gol Kacpra Kubiszera przyszedł zwyczajnie za późno. Kwadrans to dużo czasu, jednak LaFlame wypracowało przewagę, której nie dało się już roztrwonić.

W 38. minucie Kornel Przewoźny, trafiając na 6:1, dał sygnał, że gospodarze nie dadzą Iglicy żadnych szans na comeback. W końcówce goście zdobyli jeszcze dwie bramki, ale ostatecznie to ekipa Sebastiana Górskiego mogła cieszyć się z trzech punktów i przedłużenia szans na walkę o podium.

5
22:00

Dwie młode drużyny – a takowymi bez wątpienia są Gamba Veloce oraz TRCH – to na papierze ciekawe spotkanie. Można było oczekiwać, że piłkarze wykorzystają swoją witalność oraz chęć do gry, aby pokazać trochę dobrego futbolu. Mecz rozegrany o 22:00 w 9. lidze nie okazał się jednak piłkarską ucztą.

Gamba Veloce rozbudziło apetyty już na samym początku, wychodząc z dynamicznym kontratakiem prawą stroną boiska, którego efektem była bramka z bliska Bartosza Dybowskiego po dograniu od Olka Florczuka. Pójścia za ciosem jednak nie było. Drużyny bały się otworzyć i podejść ofensywniej, żeby przypadkiem nie stracić gola. Gdy udawało się zawiązać jakąś akcję, to strzały pozostawiały wiele do życzenia. Na pewno więcej mogło wyniknąć z gry Filipa Wolskiego. Grający w centrum pola pomocnik Gamba Veloce bardzo często miał piłkę przy nodze i widać było, że potrafi z nią zrobić wiele. Nie przełożyło się to jednak na konkrety – coś jak niegdyś u Piotra Zielińskiego.

Piłka więc zmieniała właściciela, znajdowała się w przeróżnych miejscach boiska, a my z utęsknieniem wypatrywaliśmy emocji. Sytuacja nieco zmieniła się przed przerwą, gdy podanie w pole karne od Jakuba Grabowskiego zamieniło się w asystę przy golu Bartka Fiksa. Trch nie poszło jednak za ciosem, bo od razu po tym trafieniu sędzia zakończył pierwszą połowę.

Po wznowieniu gry piłka dalej nie chciała trafiać nawet w światło bramki, a oba zespoły dużą wagę przywiązywały do zabezpieczenia własnego pola karnego. Ciężar rozstrzygnięcia meczu ponownie wziął na siebie Dybowski. Jego wysoki odbiór i pewne wykończenie dały najpierw prowadzenie, a w perspektywie czasu – zwycięstwo. W osiągnięciu celu nie przeszkodziła nawet gra z zastępstwem na bramce po żółtej kartce dla golkipera Gamby – Marka Kurzelewskiego. Awaryjnie między słupkami stanął Kuba Nita, który nie został nawet poważnie sprawdzony przez rywali. Szybko bowiem siły na boisku się wyrównały, gdy w następnej akcji Hubert Posacki także został odesłany na chwilę na ławkę kar.

Na boisku robiło się coraz bardziej nerwowo, ale kolejnych bramek już nie oglądaliśmy. Spotkanie zakończyło się wynikiem 2:1 dla ubranych na czarno zawodników Gamba Veloce.

Reklama