Sezon 2025/2026
Relacje meczowe: 9 Liga
Spotkanie lidera tabeli 9. ligi - Iglicy Warszawa - z zamykającą stawkę drużyną A.D.S. Scorpions zapowiadało się jako jednostronne widowisko. Boisko jednak bardzo szybko pokazało, że piłka nożna potrafi zaskakiwać.
Lepiej w mecz weszli zawodnicy Skorpionów, którzy już w pierwszych minutach objęli prowadzenie po kapitalnym uderzeniu Aleksandra Gradila prosto w okienko bramki. Lider rozgrywek był wyraźnie zaskoczony takim początkiem, ale bardzo szybko odpowiedział i doprowadził do wyrównania. Pierwsza połowa była zdecydowanie bardziej wyrównana, niż wielu mogło się spodziewać. Obie drużyny próbowały atakować, jednak długo miały problemy ze znalezieniem skutecznego sposobu na dobrze funkcjonujące defensywy przeciwnika. Duża w tym zasługa bramkarzy obu ekip, którzy byli świetnie dysponowani i kilkukrotnie ratowali swoje zespoły przed utratą kolejnych goli. To właśnie dzięki ich postawie w pierwszej części meczu nie oglądaliśmy prawdziwego festiwalu bramek. Mimo ambitnej gry A.D.S. Scorpions to Iglica Warszawa schodziła na przerwę z prowadzeniem 3:2, pokazując swoją jakość i skuteczność w najważniejszych momentach spotkania.
Po zmianie stron kibice zobaczyli już Iglicę, do której wszyscy zdążyli przyzwyczaić się w tym sezonie. Lider całkowicie przejął kontrolę nad meczem, narzucił własne tempo i z każdą kolejną minutą coraz mocniej dominował nad rywalem. Skorpiony nie były już w stanie odpowiedzieć ofensywnie i w drugiej połowie nie zdobyły ani jednej bramki, podczas gdy Iglica dołożyła aż siedem kolejnych trafień.
Wyraźnie było widać, że gospodarze złapali swój rytm i znaleźli sposób na rozbijanie defensywy przeciwnika. Szczególnie dobrze odnalazł się Michał Wszeborowski, który rozegrał kapitalne zawody. Autor trzech bramek i jednej asysty był bezdyskusyjnie jedną z najważniejszych postaci tego spotkania. Bardzo dobrze zaprezentowali się również Maciej Krupiński oraz Mateusz Malinowski, którzy zdobyli po dwie bramki i dołożyli po jednej asyście.
Ostatecznie Iglica Warszawa pewnie zwyciężyła i tym spotkaniem przypieczętowała mistrzostwo 9. ligi, potwierdzając swoją dominację na przestrzeni całego sezonu. Dla A.D.S. Scorpions porażka oznacza natomiast smutny koniec rozgrywek i spadek z ligi, mimo ambitnej postawy szczególnie w pierwszej połowie meczu.
Mecz KSB II Warszawa z TRCH był starciem drużyn z dolnej części tabeli. Gospodarze chcieli umocnić swoją pozycję i odskoczyć od strefy zagrożonej, natomiast TRCH szukało punktów, które pozwoliłyby zmniejszyć dystans do rywali i wydostać się z końcówki stawki.
Od pierwszych minut zdecydowanie lepiej wyglądało KSB. Gospodarze szybko przejęli inicjatywę i już w 11. minucie wyszli na prowadzenie. Marchenko skutecznie wykorzystał dobrze rozegrany aut przez Hluschenko i otworzył wynik spotkania. Kilka minut później ten sam Hluschenko ponownie odegrał kluczową rolę - w 14. minucie świetnie dograł do Balandziuka, który podwyższył prowadzenie. KSB poszło za ciosem i już w 16. minucie było 3:0. Tym razem na listę strzelców wpisał się Sobieszczuk po podaniu Łęczyńskiego. W tamtym momencie wydawało się, że gospodarze mają mecz całkowicie pod kontrolą i spokojnie zmierzają po komplet punktów.
TRCH nie zamierzało jednak odpuszczać. W końcówce pierwszej połowy drużyna zaczęła wyglądać zdecydowanie odważniej i w 21. minucie zdobyła bardzo ważną bramkę. Dąbrowski po podaniu Pasika zmniejszył straty na 3:1, dając swojej drużynie impuls przed drugą częścią spotkania.
Po przerwie emocji było już znacznie więcej. TRCH szybko złapało momentum i w 27. minucie Grabowski po asyście Libery zdobył gola kontaktowego. Goście wyraźnie poczuli, że mogą jeszcze wrócić do meczu i coraz mocniej naciskali na defensywę rywali. KSB bardzo szybko odpowiedziało. W 33. minucie Sobieszczuk po podaniu Makowskiego ponownie podwyższył prowadzenie gospodarzy, przywracając swojej drużynie nieco spokoju. Mimo tego TRCH cały czas pozostawało w grze i nie zamierzało rezygnować z walki o punkty. W 40. minucie wydawało się, że KSB definitywnie zamyka spotkanie. Hluschenko po podaniu Balandziuka zdobył bramkę na 5:2, jednak odpowiedź TRCH była błyskawiczna. Jeszcze w tej samej minucie Posacki po asyście Pasika ponownie zmniejszył straty, a chwilę później Grabowski zdobył swoją drugą bramkę w meczu, sprawiając, że końcówka zrobiła się naprawdę nerwowa.
Decydujący moment przyszedł dopiero w 49. minucie. Hluschenko ponownie wpisał się na listę strzelców, zdobywając gola, który zamknął spotkanie i przypieczętował zwycięstwo KSB II Warszawa.
Gospodarze wygrali dzięki bardzo mocnemu wejściu w mecz oraz skuteczności w kluczowych momentach. TRCH zasługuje jednak na uznanie za charakter i walkę do końca. Goście kilkukrotnie wracali do gry i utrzymywali wynik otwarty praktycznie aż do ostatnich minut spotkania.
Sandacz potrzebował punktów jak tlenu. Każda inna opcja niż zwycięstwo praktycznie zamykała drzwi do pozostania w lidze. ASAP Vegas chciał natomiast odegrać się za ubiegłotygodniową stratę punktów z LaFlame, która kosztowała zespół drugą pozycję w tabeli. Motywacje obu drużyn były więc jasne.
Pierwsze minuty meczu toczyły się w ulewie, ale pogoda zmieniła się równie szybko jak rezultat spotkania. Czerwionka otworzył wynik, a Grygiel mocnym uderzeniem z ostrego kąta podwyższył na 0:2, zanim Sandacz zdążył na dobre wejść w mecz. Deszcz ustąpił miejsca słońcu, lecz na boisku obraz gry się nie zmienił. Czerwionka dorzucił trzecią bramkę, Dymiński trafił na wykroku i zrobiło się już 0:4. Olender skrócił straty po ładnym podaniu partnera i przez chwilę Sandacz próbował odwrócić losy spotkania. Walczak, trafiając po efektownym zwodzie, szybko jednak ostudził zapał rywali.
Po przerwie Sandacz momentalnie się ożywił. Sadziak wykorzystał złe wybicie obrońcy i zdobył bramkę na 2:5, ale bardzo szybko okazało się, że był to jedynie chwilowy zryw. Drozdowicz przeciął błędne podanie bramkarza, Grygiel dołożył dwa kolejne trafienia, w tym jedno po efektownym rajdzie zakończonym strzałem z dystansu. Dymiński wpisał się na listę strzelców po kapitalnym podaniu piętą od partnera, Walczak zaliczył drugiego widowiskowego gola w meczu, a Rząca i Drozdowicz domknęli spotkanie. ASAP prowadził grę spokojnie i mądrze, a Sandacz nie miał na to odpowiedzi.
Ostateczny wynik 2:12 jest bezlitosny. ASAP Vegas wraca do walki o pozycję wicelidera z przytupem i udowadnia, że zeszłotygodniowa porażka była jedynie wypadkiem przy pracy. Sandacz natomiast jest coraz bliżej rozstania z dziewiątą ligą.
---
Ostatecznie mecz zweryfikowany na walkower 3:0 dla KS Sandacz, z racji występu nieuprawnionego zawodnika w drużynie ASAP Vegas.
Batalia pomiędzy Bielany Legends a Królewscy Wola była starciem drużyn ze środka tabeli. Oba zespoły miały już praktycznie pewne utrzymanie, ale jednocześnie nie liczyły się w walce o medale. Mimo to nikt nie zamierzał odpuszczać i od początku było wiadomo, że możemy spodziewać się solidnego, ambitnego widowiska.
Tak też się stało. Od pierwszych minut obie drużyny grały odważnie w ataku, jednak defensywy funkcjonowały bardzo dobrze, skutecznie rozbijając kolejne próby przeciwników. Przez długi czas żadna ze stron nie potrafiła znaleźć drogi do siatki. Przełamanie nastąpiło dopiero pięć minut przed końcem pierwszej połowy. Aleks Tomaszewski wykorzystał swoją okazję i wyprowadził Królewskich na prowadzenie. Jak się później okazało, było to jedyne trafienie przed przerwą i do szatni zawodnicy schodzili przy wyniku 1:0 dla drużyny z Woli.
Drugą połowę znacznie lepiej rozpoczęli zawodnicy Bielany Legends. W 31. minucie Mateusz Borczyk doprowadził do wyrównania i wydawało się, że gospodarze zaczynają przejmować inicjatywę. Gol wyraźnie dodał im energii, ale odpowiedź Królewskich przyszła bardzo szybko. Zaledwie sześć minut później Adrian Olwiński popisał się kapitalnym uderzeniem z rzutu wolnego, ponownie wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie. Królewscy poszli za ciosem i już trzy minuty później Wojtek Biegajło podwyższył wynik na 3:1, wykorzystując moment słabszej organizacji rywali. Bielany Legends nie zamierzały się jednak poddawać. Ponownie błysnął Mateusz Borczyk, zdobywając bramkę kontaktową i przywracając swojej drużynie nadzieję na korzystny rezultat. Było to jednak ostatnie trafienie zespołu z Bielan w tym spotkaniu.
Końcówka należała już zdecydowanie do zawodników Królewskich Wola. Goście wykorzystali bardziej otwartą grę przeciwników i dołożyli jeszcze dwa gole, przypieczętowując pewne zwycięstwo. Mimo ambitnej walki i momentami bardzo dobrej gry ze strony Bielany Legends, to zawodnicy Królewskich pokazali większą skuteczność oraz więcej zimnej krwi w decydujących fragmentach meczu.
LaFlame Bielany podejmowało Gambe Veloce w jednym z najciekawiej zapowiadających się spotkań minionego weekendu na naszych ligowych obiektach. Starcie drugiej drużyny ligi z piątą siłą rozgrywek zwiastowało ogromne emocje i trzeba przyznać - mecz zdecydowanie dowiózł oczekiwania kibiców.
Od pierwszych minut to gospodarze wyglądali na zespół bardziej zdecydowany i pokazali, że przyjechali po pełną pulę. LaFlame bardzo szybko wykorzystało problemy rywali i objęło prowadzenie. Gamba Veloce znalazła się w trudnym położeniu, szczególnie że jedna z bramek padła po fatalnym błędzie bramkarza, a druga po bardzo niefortunnym odbiciu piłki od słupka po strzale głową. Wiele drużyn mogłoby po takim początku stracić pewność siebie albo całkowicie się posypać, ale absolutnie nie leży to w DNA Gamby Veloce. Goście błyskawicznie pokazali charakter. Nie tylko bardzo szybko odrobili straty, ale jeszcze przed przerwą zdołali wyjść na prowadzenie i to oni schodzili do szatni z jednobramkową przewagą.
Druga połowa była już prawdziwą wymianą ciosów. Na boisku oglądaliśmy dwa bardzo solidne zespoły, które od pierwszej do ostatniej minuty grały na ogromnej intensywności i ani przez chwilę nie odpuszczały. Każda akcja mogła zakończyć się bramką, a tempo spotkania praktycznie nie spadało. Ogromną rolę po stronie gospodarzy odegrał Filip Gąska. Bramkarz LaFlame Bielany rozegrał kapitalne zawody i wielokrotnie ratował swój zespół w trudnych momentach. Śmiało można powiedzieć, że w dużej mierze to właśnie jego interwencje pozwoliły gospodarzom pozostać w meczu i utrzymać realne szanse na zdobycie punktów. Po kolejnych trafieniach z obu stron wydawało się, że LaFlame dowiezie zwycięstwo do końca, jednak rywale nie przestali walczyć. Na dwie minuty przed ostatnim gwizdkiem decydujący moment nastąpił po stałym fragmencie gry - Olek Florczuk świetnie odnalazł się w polu karnym i strzałem głową doprowadził do wyrównania.
Ostatecznie zespoły musiały podzielić się punktami, ale patrząc na przebieg spotkania trudno mieć do tego jakiekolwiek pretensje. Było to kapitalne widowisko a obie drużyny zasługują na ogromne uznanie za formę, jaką prezentują w końcówce sezonu.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)