Sezon Lato 2025
Relacje meczowe: 1 Liga
Przed spotkaniem trudno było wskazać zdecydowanego faworyta tej rywalizacji. W poprzedniej kolejce obie ekipy doznały porażek, co dodatkowo motywowało zawodników do walki o zwycięstwo. Początek meczu obfitował w okazje z obu stron. Mixamator, mimo że stwarzał zagrożenie, nie potrafił skutecznie zaskoczyć bramkarza gospodarzy. Sirius, grając charakterystycznie, budował akcje poprzez liczne podania, ale ich strzały z bocznych sektorów mijały bramkę. Na gole czekaliśmy do 14. minuty, kiedy to błąd w wyprowadzeniu piłki przez bramkarza Mixamatora sprytnie wykorzystał Serhii Melkozerov. Dwie minuty później, po dobrze wykonanym rzucie rożnym, piłkę do siatki skierował Vova Pidluzhnyi, podwyższając wynik na 2:0. Jeszcze przed przerwą, strzelec drugiej bramki dla Siriusa wślizgiem zablokował strzał zawodnika gości, co skutkowało podyktowaniem rzutu karnego, który pewnie wykorzystał Kamil Krupa. Przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę, Sirius zdobył bramkę na 3:1, co dało im sporo komfortu przed drugą częścią. Po zmianie stron, zmotywowany do zmiany wyniku Mixamator śmielej atakował. W 29. minucie, po bramce samobójczej, złapali kontakt na 3:2. Sirius po stracie gola intensywnie pracował, by znów powiększyć przewagę, ale ich groźne strzały skutecznie zatrzymywał bramkarz Grzegorz Augustyniak. Problemem dla Siriusa była nie tylko nieskuteczność, ale także gra w osłabieniu po dwóch przewinieniach w krótkim odstępie czasu. Mixamator grał przez chwilę w dwuosobowej przewadze, ale nie zdołał tego wykorzystać. Dopiero gdy gospodarze znów byli w komplecie, Mixamator doprowadził do remisu. Chwilę później Yurii Suliatytskyi popisał się ładnym strzałem z dystansu po ziemi, wyprowadzając Mixamator na prowadzenie. Taki wynik nie trwał długo, bo minutę później Vova Pidluzhnyi ustalił wynik meczu na 4:4. Był to bardzo dobry mecz, pełen zwrotów akcji i emocji. Niestety, Vova Pidluzhnyi nie wytrzymał dawki adrenaliny i nie mógł pogodzić się z werdyktem sędziego w ostatniej akcji meczu, domagając się rzutu karnego. Jego zachowanie i czerwona kartka pozostawiły niesmak i przyćmiły ten ekscytujący pojedynek. Więcej o tej sytuacji można przeczytać w artykule "Plusy i minusy".
Starcia ukraińskich ekip z wyższych poziomów rozgrywkowych, to zawsze gwarancja wysokiej jakości i emocji. Tym bardziej, jeśli spotykają się zespoły z czuba 1.ligi, walczące o to, by w kolejnym sezonie grać w Ekstraklasie. Z tym większym zaciekawieniem oczekiwaliśmy rywalizacji Ukranian Vikings z Wilkami. Obie drużyny, mimo że miały szerokie kadry, to nie dysponowały optymalnymi zestawieniami. W bramce Wikingów brakowało Eduarda Vakhidova, z kolei trener Wilków nie mógł skorzystać z Wojtka Gajownika, a dodatkowo szybko odpadł mu Marcin Rowiński. Ale to właśnie Wilki były zespołem, który lepiej się oglądało. Chłopaki próbowali grać krótko, kombinacyjnie, natomiast Wikingowie preferowali bardziej bezpośredni futbol, gdzie nie brakowało dalekich zagrań. Tak naprawdę to oba systemy mogły przynieść oczekiwany skutek w pierwszej połowie, bo okazji nie brakowało. Premierowego gola zobaczyliśmy jednak dopiero w 24 minucie, gdy Illya Radkevich wypuścił w bój Yana Komarowa a ten pokonał Serhii Orenchuka. W drugiej połowie nie musieliśmy tak długo czekać na bramki. W 29 minucie Artiom Osmolowski zalicza trafienie bezpośrednio z rzutu wolnego i jest 2:0. Wilki kontrolowały spotkanie, a Wikingowie starali się złapać kontakt, ale nawet manewr z lotnym bramkarzem w postaci Dimy Olejnika, na niewiele się zdał. Przewaga nominalnych gości robiła się coraz większa i było już nawet 0:4. Dopiero przy takim stanie przełamał się Andrii Dutchak, który w pierwszej połowie miał kilka okazji, ale za późno nastawił celownik. Jego gol nie miał jednak większego znaczenia dla losów spotkania, zwłaszcza że prowadzący dorzucili jeszcze dwie bramki i wygrali 6:1. Można powiedzieć, że to były „stare, dobry Wilki”, grające intensywnie, cierpliwie, ale też skutecznie. To zwycięstwo był ze wszech miar zasłużone i pozwoliło temu zespołowi zasiąść w fotelu lidera. Wikingowie musieli z kolei pogodzić się z porażką, jednak muszą uczciwie przyznać, że tego dnia rywal był po prostu lepszy. Trzeba więc szybko się z tego otrząsnąć, zwłaszcza iż ta przegrana niewiele zmienia. Wciąż mają o co grać i jesteśmy przekonani, że szybko wrócą na zwycięską drogę.
O godzinie 16:00 na sektorze A doszło do spotkania 1 ligi pomiędzy Ogniem Bielany, a Energią. Zdecydowanie rundę wiosenną lepiej rozgrywa zespół gospodarzy, ale przed spotkaniem drużyny dzieliło tylko jedno miejsce a różnica punktowa wynosiła pięć oczek. Mecz zapowiadał się niezwykle ciekawie nie tylko ze względu na położenie obu drużyn w tabeli, ale także na okoliczności kadrowe, bo Ogień przystąpił do meczu bez zmian, a Energia bez bramkarza. Po pierwszej części spotkania nie można było stwierdzić, która drużyna lepiej się prezentuje. Technika i umiejętności indywidualne zdecydowanie były po stronie gospodarzy, ale ustawienie i gra zespołowa po stronie gości. To wszystko spowodowało, że w pierwszej połowie ujrzeliśmy tylko 5 bramek i minimalnie lepszy w tej części okazał się Ogień, w stosunku 3:2. Niestety tak jak premierowa odsłona trzymała w napięciu a wynik był na styku, to druga część meczu wyglądała już jednostronnie. Mimo braku zmian w drużynie Jana Napiórkowskiego nie było widać zmęczenia, a forma Kacpra Cetlina to była poezja, bo ten gracz strzelił aż 8 bramek z 10 swojego zespołu. Mecz zakończył się wynikiem 10:3.
Dla Graczy Gorszego Sortu ostatnie kolejki to pasmo niepowodzeń. Wysokie porażki i walkower spowodowały, że chyba mało kto wierzył, że ta ekipa odegra jeszcze jakąkolwiek rolę na poziomie 1.ligi. W niedzielę również zapowiadało się mało optymistycznie, bo Adrian Kanigowski miał do dyspozycji tylko jednego rezerwowego, a rywalem była wybiegana i walczącą o tytuł ekipa FC Impuls UA. Nominalni goście byli wręcz murowanym faworytem do wygranej, aczkolwiek coś, co mogło niepokoić, to brak Vladyslava Budza, o którego wpływie na ten zespół nie musimy chyba mówić. No i jak się później okazało – brak rasowego napastnika przyczynił się do sensacyjnej wpadki ekipy Bohdana Ivaniuka. Zacznijmy jednak od początku. W pierwszej połowie Impuls miał więcej okazji, ale brakowało mu skuteczności. Czasami decyzje były podejmowane zbyt pochopnie, co powodowało, że jakość strzałów była daleka od idealnej. GGS okazji miał mniej, natomiast potrafił się odgryzać. Aż wreszcie w 24 minucie świetną akcją indywidualną popisał się Kostiantyn Didenko, który ułożył sobie piłkę na prawej nodze, strzelił w przeciwległy róg i Mikola Osychnyi nie miał szans. W drugiej połowie pogłębiał się problem Impulsu. Wiele akcji było rozgrywanych za szybko, brakowało cierpliwości, przez co potęgowała się frustracja. GGS tylko na to czekał i po bramce Karola Wierzchonia prowadził już 2:0. Ten wynik zdeterminował ostatnie minuty spotkania. Impuls za wszelką cenę szukał trafienia kontaktowego, Mykola Osychnyi grał często na połowie przeciwnika, ale bramka Norberta Skórskiego była jak zaczarowana. Z kolei GGS miał skutecznego tego dnia Kostiantyna Didenko, który ustalił wynik spotkania na 3:0 i jednocześnie przyklepał sobie miano MVP. Warto tutaj jednak pochwalić cały zespół GGSu, bo praca którą wykonał była godna podziwu. Końcowy rezultat pokazał, że w chłopakach wciąż drzemie ogromny potencjał. Byle tylko były chęci i dobra frekwencja kluczowych graczy. Co do Impulsu, to oni przegrali być może kluczowy mecz dla swoich dalszych losów. Nie była to jednak przypadkowa porażka, bo ekipa z Ukrainy całe spotkanie waliła głową w mur. Ta potyczka pokazała również, ile znaczy dla nich Vladyslav Budz, bo nie wyobrażamy sobie, by z nim w składzie, Impuls skończył bez choćby jednego trafienia. Ale dziś to już tylko gdybanie.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)