Sezon 2024/2025
Relacje meczowe: 7 Liga
W 16. kolejce 7. ligi doszło do emocjonującego, a momentami niestety napiętego starcia pomiędzy ukraińskim FC Dnipro United a walczącą o awans Saską Kępą. Spotkanie od początku toczyło się w atmosferze ogromnej determinacji z obu stron. Nie zabrakło piłkarskich emocji, ale niestety pojawiły się również incydenty, które wykraczały poza sportowy kontekst – dochodziło do niepotrzebnych spięć o tle narodowościowym, które nie mają miejsca na boisku.
W pierwszej połowie to Saska Kępa przejęła inicjatywę. Już na początku mieli świetną okazję, by objąć prowadzenie, ale Marek Kwiatkowski nie wykorzystał rzutu karnego – piłka odbiła się od słupka. Chwilę później jednak goście dopięli swego. Po sprytnym podaniu klubowej legendy Sebastiana Sitka, debiutujący Artur Wrzyszcz skierował piłkę do siatki i otworzył wynik meczu – 0:1.
Po zmianie stron Saska Kępa szybko poszła za ciosem. Tym razem Zgórzak wpisał się na listę strzelców, a asystę przy jego trafieniu zanotował Kwiatkowski, który zrehabilitował się za wcześniejszy błąd i odzyskał pewność siebie. Dnipro nie zamierzało się poddać. Po składnej, zespołowej akcji i dokładnym dograniu Kyrylo Kuda, Maksym Marchenko zdobył bramkę kontaktową, dając swojej drużynie nadzieję na korzystny rezultat. Mimo tego wynik nie uległ już zmianie i Saska Kępa mogła cieszyć się z ważnego, choć trudnego zwycięstwa.
Spotkanie zakończyło się wynikiem 1:2, ale z pewnością zapamiętane zostanie nie tylko ze względu na piłkarską rywalizację. Mecz momentami tracił sportowy charakter i wymknął się spod kontroli, co sprawiło, że sędzia miał pełne ręce roboty. Obie ekipy powinny wyciągnąć wnioski – bo choć stawka jest wysoka, duch fair play musi pozostać nadrzędną wartością.
Mecz, który na papierze wyglądał jak formalność dla pretendenta do tytułu, okazał się naprawdę soczystym widowiskiem. Shot DJ mierzył się z przedostatnią w tabeli Watahą Warszawa, która – choć wciąż z mizernym dorobkiem – nie miała zamiaru odpuszczać. I od pierwszego gwizdka było widać, że walka o utrzymanie to dla nich sprawa honoru.
Już w 2. minucie wynik otworzył Hubert Korzeniewski, który bez kompleksów dał Watasze sensacyjne prowadzenie. Gospodarze nie wpadli jednak w panikę. Do gry wrócił Maksym Hluschenko – długo nieobecny z powodu kontuzji – i szybko przypomniał, dlaczego jego brak tak bardzo był odczuwalny. Wyrównał chwilę po stracie gola i momentalnie nadał grze Shot DJ więcej płynności i klasy.
Chwilę później swoje show zaczął Denisio Fenomeno – nowy transfer prosto z Mozambiku. Piłka mu się kleiła do nogi, wizja gry była najwyższej próby, a jego bramka na 2:1 tylko rozpoczęła kanonadę gospodarzy. I choć worek z golami się rozwiązał, Wataha nie pękła – przed przerwą odpowiedziała jeszcze fenomenalnym trafieniem Roberta Malarowskiego, który z niemal połowy boiska huknął w samo okienko. Bramkarz tylko odprowadził piłkę wzrokiem.
Do przerwy Shot DJ prowadził różnicą dwóch goli, ale nikt nie mógł powiedzieć, że Wataha oddaje mecz bez walki. Wręcz przeciwnie – pokazali sporo charakteru i zostawili sporo zdrowia.
Druga połowa to już jednak pełna kontrola gospodarzy. Z każdą minutą przewaga rosła, a Hluschenko coraz mocniej wcielał się w rolę dyrygenta – asysty, przegląd pola, a przy tym nadal skuteczność pod bramką. Fenomeno? Dodał swoje, robiąc różnicę nie tylko liczbami, ale też energią na boisku. Końcowy wynik 10:6 nie mówi wszystkiego – to był szybki, otwarty, intensywny mecz, który mógł się podobać.
W ekipie Watahy bez dwóch zdań wyróżniał się Korzeniewski – gol, udział w czterech trafieniach, mnóstwo biegania. Mimo porażki – ogromny plus. Shot DJ? Zrobili swoje. Kolejne zwycięstwo i forma, która coraz wyraźniej wskazuje, że to oni mogą sięgnąć po mistrzostwo – o ile tylko Fenomeno i Maksym pozostaną zdrowi.
Gdy w meczu spotykają się drużyny dzielone zaledwie dwoma punktami, można w ciemno zakładać wyrównane zawody i walkę o każdy centymetr boiska. Tak właśnie było w starciu FC Melange z Kresovią Warszawa. Choć długo nie oglądaliśmy goli, to bynajmniej nie z powodu braku ofensywnych prób – tych było sporo – ale raczej z ostrożnego podejścia obu ekip, które nie chciały zbyt wcześnie odsłonić się w defensywie.
Duża w tym zasługa bramkarzy – Bartosz Jakubiel kilkukrotnie zatrzymał strzały Liashuka i Rohovyia, a po drugiej stronie Ivan Losik popisał się kapitalną interwencją przy próbie Kamila Marciniaka. Bez ich postawy wynik 0:0 z pewnością nie utrzymałby się tak długo. Pierwszy gol padł dopiero w 19. minucie – i to jak! Łukasz Słowik, najaktywniejszy po stronie gospodarzy, świetnie przyjął kierunkowo podanie od Marciniaka i uderzył z rotacją, po czym piłka odbiła się od słupka i wpadła do siatki. Goście odpowiedzieli jeszcze przed przerwą – po sygnale w postaci obicia słupka przez Vadyma Bezbidovycha, w końcu do siatki trafił Kirilo Przyka po długim podaniu od Włodzimierza Kazakowa. 1:1 do przerwy zapowiadało emocje w drugiej połowie – i te rzeczywiście przyszły.
Zaraz po wznowieniu gry groźny strzał Marcina Godlewskiego dał gospodarzom rzut rożny, a chwilę później ten sam zawodnik odebrał piłkę w wysokim pressingu. Futbolówkę przejął Słowik i pięknym wolejem między nogami Losika trafił na 2:1. Ale Kresovia odpowiedziała błyskawicznie – ledwie minutę później do pustej bramki trafił Oleksandr Rohovyi po dograniu Daniila Mikulicha. I znów remis. Po raz trzeci na prowadzenie FC Melange wyprowadził nie kto inny jak Łukasz Słowik, kompletując tym samym hat-tricka, ale i ta przewaga nie trwała długo – błyskawicznie wyrównał Liashuk.
Kluczowy moment nastąpił w 36. minucie – Bezbidovych efektownie wycofał piłkę podeszwą, a Liashuk precyzyjnym strzałem dał prowadzenie 3:4. Chwilę później goście przeprowadzili zabójczą kontrę dwóch na jednego, którą skutecznie wykończył Przyk – 3:5. FC Melange zdołało jeszcze złapać kontakt – po świetnej wrzutce z rzutu rożnego autorstwa Andresa Carmony, Słowik głową zdobył czwartą bramkę dla gospodarzy. Ale czasu zabrakło – Kresovia utrzymała prowadzenie i wygrała 5:4.
To bardzo cenne zwycięstwo dla gości, którzy dzięki trzem punktom wyprzedzili FC Melange w tabeli i zbliżyli się do strefy medalowej. Obie drużyny, przy takim układzie sił, najprawdopodobniej zrealizowały swój plan minimum – awans do Superbet Pucharu Ligi Fanów.
ADP Wolska Ferajna – Rodzina Soprano to kolejne starcie rozegrane 25 maja na Arenie Grenady. Spotkanie dwóch drużyn znajdujących się na zupełnie różnych biegunach tabeli zapowiadało mecz dość jednostronny – i choć nie skończyło się tu wielkim pogromem, to jednak obraz gry potwierdził przedmeczowe przewidywania.
Pierwsza połowa nie należała do najbogatszych w gole – zaledwie trzy trafienia i wynik 1:2 na przerwę to raczej rozczarowanie, zwłaszcza znając ofensywny potencjał obu zespołów. Na szczęście druga odsłona zrekompensowała to w pełni. Obie drużyny podkręciły tempo i w końcu doczekaliśmy się widowiska, na jakie czekaliśmy od pierwszego gwizdka.
Znacznie konkretniejsza i skuteczniejsza w ofensywie była Rodzina Soprano. Dawid Tymowski – autor dwóch bramek i dwóch asyst – zdecydowanie był najlepszym zawodnikiem na boisku. Kreator, lider, egzekutor – trudno znaleźć jedno określenie, które oddałoby jego wpływ na ten mecz. Gdy tylko goście zaczęli wykorzystywać swoje sytuacje, gospodarze momentalnie stracili impet, a obraz gry przesunął się wyraźnie na jedną stronę. Choć wynik 7:2 może nie robi wrażenia przy liczbie niewykorzystanych okazji przez Soprano, to dominacja tej drużyny nie podlegała żadnej dyskusji.
Rodzina Soprano utrzymuje się na drugim miejscu w tabeli i może już spokojnie szykować się na czerwcową galę rozdania nagród. Pytanie tylko – jaki kolor medalu zawisnął finalnie na ich szyjach? Odpowiedź poznamy po ostatnich dwóch kolejkach!
W niedzielne przedpołudnie na Arenie Grenady rozegrano spotkanie drużyn z dolnych rejonów tabeli 7. Ligi Fanów. Ostatni w tabeli zespół Sante podejmował walczące o utrzymanie Q-ICE Warszawa. Gospodarze przystępowali do meczu bez szans na pozostanie w lidze, mając na koncie zaledwie 4 punkty. Dla Q-ICE była to szansa na wydostanie się ze strefy spadkowej – przed meczem tracili do bezpiecznego miejsca tylko dwa oczka.
Początek meczu był wyrównany – obie drużyny miały swoje sytuacje, ale dobrze spisywali się bramkarze, popisując się kilkoma naprawdę efektownymi interwencjami. Z czasem jednak to goście zaczęli przejmować inicjatywę i wyraźnie pokazali, że zamierzają walczyć o utrzymanie do samego końca. Do przerwy Q-ICE prowadziło już 6:1, a show skradł Vlad Yarmoliuk, który ustrzelił klasycznego hat-tricka. Dwa trafienia dołożył Maks Blinskiy, a na listę strzelców wpisał się także… bramkarz Eduard Vakhidov, który po indywidualnej akcji przeszedł całe boisko i pewnym strzałem zakończył akcję. Vakhidov wyróżniał się przez cały mecz – nie tylko dobrze bronił, ale aktywnie uczestniczył w rozegraniu i grze ofensywnej. Dla Sante jedyną bramkę w pierwszej połowie zdobył Tomasz Cacko.
Po przerwie znów błysnął Cacko – efektownym trafieniem dał gospodarzom cień nadziei. Ale Q-ICE szybko ucięło wszelkie spekulacje – drugą połowę zdominował Mariusz Zduńczyk, który dzięki swojej ambicji i waleczności skompletował hat-tricka. Po jednym golu dołożyli też Vadim Korob i Łukasz Mróz. Sante odpowiedziało jeszcze dwoma trafieniami, ale było to zbyt mało, by realnie myśleć o punktach.
Mecz zakończył się wynikiem 4:11. Q-ICE Warszawa dzięki temu zwycięstwu wydostało się ze strefy spadkowej i może z optymizmem patrzeć na ostatnie kolejki. Dla Sante to już koniec marzeń – drużyna żegna się z 7. Ligą.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)