Sezon 2024/2025
Relacje meczowe: Ekstraklasa
Ogień Bielany miał znakomitą rundę jesienną i zapowiadał walkę o mistrzostwo. W pierwszym meczu na wiosnę zmierzył się z aktualnym mistrzem, Gladiatorami Eternis. Początek spotkania nie ułożył się po myśli zespołu Janka Napiórkowskiego – goście dali się zdominować i choć szybko odpowiedzieli na straconego gola, to w dalszej części pierwszej połowy mieli sporo szczęścia. Gdyby ekipa Michała Dryńskiego była skuteczniejsza, Gladiatorzy mogli prowadzić znacznie wyżej.
Gospodarze skutecznie wyłączyli z gry Kacpra Cetlina, przez co lider Ognia Bielany miał niewiele miejsca, by rozwinąć skrzydła. Kapitalnie prezentowali się za to Adrian Giżyński i Damian Górka, a w defensywie jak zawsze pewnym punktem był Tomek Pietrzak. Do przerwy wynik brzmiał 6:2.
Po zmianie stron Ogień ambitnie próbował nawiązać walkę i wrócić do meczu, ale doświadczenie rywala oraz korzystny rezultat sprawiły, że Gladiatorzy kontrolowali wydarzenia na boisku i nie pozwolili przeciwnikom na zbyt wiele. Na wyróżnienie po stronie gości zasłużył Szymon Świercz, który kilkukrotnie świetnie interweniował – gdyby nie jego dyspozycja między słupkami, wynik mógłby być znacznie wyższy. Ostatecznie mistrz Ligi Fanów zasłużenie zwyciężył, a dzięki wpadce EXC Mobile już po pierwszej kolejce rundy wiosennej wrócił na fotel lidera Ekstraklasy. Ogień spada poza podium, ale nie ma wątpliwości, że ta ekipa będzie walczyć o medale w tym sezonie.
Tur Ochota z nadziejami na lepsze wyniki przystępował do rundy rewanżowej. O poprawie lokaty w tabeli myślał również Browarek, co zapowiadało spore emocje. Od początku inicjatywę przejęli gracze z Ochoty, którzy grali twardo i nieustępliwie. Jako pierwsi strzelili bramkę, ale goście potrafili szybko odpowiedzieć, co jeszcze bardziej podgrzało atmosferę.
Browarek nie miał tego dnia kilku kluczowych zawodników, ale ci, którzy byli do dyspozycji Michała Sobieralskiego, starali się podjąć rękawicę i walczyć o korzystny wynik. Gospodarze w końcówce pierwszej połowy potrafili wypracować sobie przewagę, a szeroki uśmiech Jarka Kotusa mówił wszystko – po 25 minutach Tur prowadził 4:2.
Po zmianie stron gospodarze szybko podwyższyli wynik, zmuszając Browarek do rzucenia wszystkich sił do ataku. Jednak atak pozycyjny nie przynosił efektów, bo rywale nie tylko świetnie przesuwali się w obronie, ale także mieli w bramce prawdziwą zaporę – Pawła Sobolewskiego. „Sobol” popisywał się kapitalnymi interwencjami, po których zawodnicy przeciwników łapali się za głowy, nie mogąc uwierzyć, że piłka nie wpadła do siatki.
W końcówce Browarek zdecydował się na grę z lotnym bramkarzem Kamilem Modzelewskim, ale nie przyniosło to oczekiwanego efektu. Tur Ochota pewnie wygrał 8:3 i może spokojnie przygotowywać się do kolejnego meczu. Browarek nieco zawiódł, a Michał Sobieralski musi zadbać o szerszą kadrę, bo brak kilku zawodników był tego dnia wyraźnie widoczny. Na tym poziomie trzeba mieć optymalny skład, jeśli chce się myśleć o wygrywaniu w ekstraklasie.
Po zimowej przerwie do rywalizacji powróciła Ekstraklasa, a pierwszym spotkaniem był pojedynek FC Otamanów z wracającym do ligi Esportivo Varsovia. Drużyna Eryka Zielińskiego zajęła miejsce MKS Piaseczno, które wycofało się z rozgrywek. Faworytem starcia wydawali się Otamani, jednak forma i skład Esportivo pozostawały sporą niewiadomą.
Początek meczu należał do gospodarzy, którzy od razu narzucili swoje tempo. Esportivo broniło się dzielnie, próbując wyprowadzać kontrataki, ale brakowało im dokładności i zgrania. W 6. minucie wynik otworzył Damian Warmiak, wykorzystując szybko rozegrany rzut rożny. Chwilę później na 2:0 podwyższył Borys Ostapenko. Goście nie zamierzali się poddawać – aktywna dwójka Wielgat i Stoch próbowała zagrozić bramce Otamanów. W 20. minucie właśnie ta współpraca przyniosła efekt – Eryk Stoch strzałem zza pola karnego zdobył gola kontaktowego. Gospodarze jednak odpowiedzieli tuż przed przerwą, a na 3:1 trafił Vitalii Yalovenko.
Druga połowa to całkowita dominacja Otamanów. Esportivo zaczęło popełniać proste błędy w defensywie, co skutkowało kolejnymi golami dla gospodarzy. W 35. minucie wynik brzmiał już 6:1, przekreślając szanse na jakikolwiek zwrot akcji. Choć Ali Saudi zdobył jeszcze bramkę dla gości, to niestety doznał poważnie wyglądającego urazu, a Esportivo – pozbawione zmienników – musiało dokończyć mecz w osłabieniu.
Ostatnie minuty należały do duetu Ostapenko – Nievdakh, który krótkimi kombinacjami rozbijał defensywę rywali. Otamani dołożyli cztery kolejne trafienia i ostatecznie zwyciężyli aż 10:2. Mimo wysokiej porażki w grze Esportivo widać było potencjał, a kluczem do lepszych wyników będzie stabilizacja składu i wartościowi zmiennicy. Liczymy, że Eryk Zieliński zdoła uzupełnić kadrę już na najbliższą kolejkę.
Czy Explo będzie czarnym koniem rozgrywek wiosennych? Po tej kolejce to stwierdzenie stało się całkiem realne. Team Łukasza Dziewickiego raczej nie był w tym spotkaniu typowany w roli faworyta, ale niesiona sukcesem w postaci wygranego Pucharu Fanów ekipa Explo zafundowała nam jedno z największych zaskoczeń minionej kolejki. Goście weszli w ten mecz bez najmniejszych kompleksów i zanim się obejrzeliśmy, było już 0:2. W 5. minucie książkową akcją popisał się Piotr Żuk, a Piotr Balsam tylko dołożył nogę i Explo objęło prowadzenie. Dwie minuty później oglądaliśmy niemalże kalkę tej sytuacji – tym razem podawał Hubert Skrzypek, a Piotr Żuk postarał się o wykończenie. Gospodarze z niedowierzaniem patrzyli na to, co się właśnie stało, ale nie z takich sytuacji eXc już wychodziło. Ekipa Kamila Jurgi wzięła się do odrabiania strat… i szło jej to fatalnie, głównie ze względu na tytaniczną pracę, jaką w bramce Explo wykonywał tego dnia Michał Łuczyk. Dopiero w 19. minucie udało się zdobyć gola kontaktowego, a podanie Patryka Kępki na bramkę zamienił Sebastian Dąbrowski. Wynik do przerwy już się nie zmienił, a po zmianie stron inicjatywa powoli przechodziła na stronę gospodarzy.
Od 30. minuty eXc praktycznie non-stop było w natarciu, a Explo, zepchnięte na swoją połowę, starało się odgryzać groźnymi kontratakami. Naprawdę niewiele zabrakło, aby ekipa Łukasza Dziewickiego podwyższyła prowadzenie – dwukrotnie zabrakło dosłownie centymetrów, aby dołożyć nogę i wbić piłkę do pustej bramki. Z drugiej strony eXc grało z wysoko wysuniętym bramkarzem, ale akcjom tym brakowało dynamiki, a to, jak Explo Team zagrało tego dnia w obronie, powinno być pokazywane jako wzór gry w defensywie. Strzały Damiana Patoki, Jana Grzybowskiego i Karola Bieniasa albo odbijały się od nóg dobrze poustawionych obrońców Explo, albo były bronione przez fenomenalnie dysponowanego Michała Łuczyka, który grał jak natchniony. Gospodarze kilkukrotnie obili też słupek i poprzeczkę, ale drogi do siatki znaleźć nie mogli. Mimo ciągłego naporu goście długo pozostawali niepokonani, aż w końcu eXc wymęczyło gola i w 43. minucie do wyrównania doprowadził Jan Grzybowski. Narastająca frustracja i brak porozumienia nie pozwoliły na więcej, i Explo Team dowiozło wynik do końca. Choć to tylko remis, to dla gości jest to niewątpliwie sukces i dobry prognostyk przed resztą rundy wiosennej. Z drugiej strony zawodnicy eXc mają się nad czym pochylić, bo choć do prowadzących Gladiatorów brakuje zaledwie jednego punktu, to w przypadku kolejnego potknięcia mistrzostwo Ekstraklasy może się niebezpiecznie oddalić.
Choć było to ostatnie spotkanie rozgrywane tego dnia na Arenie AWF, to zawodnicy obu drużyn postarali się o solidne widowisko. Alpan dość szybko wyszedł na prowadzenie, bo już w 2. minucie wynik otworzył Mateusz Izbicki, ale na kolejnego gola musieliśmy trochę poczekać. Po początkowym zaskoczeniu Contra odzyskała skupienie i dopiero w 12. minucie udało się gospodarzom przebić przez obronę ekipy Michała Raciborskiego, a swoje pierwsze trafienie zaliczył Adam Matejak. Oba zespoły utrzymywały dość wysokie tempo spotkania, ale częste galopy po obu stronach boiska rozbijały się o defensywę lub świetnie dysponowanych tego dnia golkiperów.
Do dość niespotykanej sytuacji doszło w samej końcówce pierwszej połowy. Contra przejęła inicjatywę i coraz częściej zapuszczała się pod bramkę Piotra Kozy, a w 23. minucie sędzia podyktował rzut karny dla gości. Tomasz Zagórski podszedł do piłki, ale tym razem górą był golkiper Alpanu. Contra dostała szansę na poprawkę już w następnej akcji i tym razem Michał Raciborski zapakował piłkę do siatki. W praktycznie ostatnim fragmencie tej części spotkania Adrian Bucki zdobył gola wyrównującego i w niecałe dwie minuty przewaga gospodarzy stopniała do zera.
W przerwie Kamil Melcher dobrze poukładał plan na drugą połowę, bo po zmianie stron gospodarze byli niemalże od samego początku w natarciu. W 29. minucie Marcin Banasiak ofiarnie wybił piłkę praktycznie z linii bramkowej, ale w 34. minucie nie był już w stanie pomóc i Przemek Wycech wyprowadził Alpan na prowadzenie. Dwie minuty później było już 4:2 po trafieniu Daniela Kani, ale Contra długo dłużna nie pozostawała i w 41. minucie był znów remis po golach Tomasza Zagórskiego i Adriana Buckiego.
Kiedy wydawało się, że spotkanie skończy się podziałem punktów, dwa zabójcze ciosy wyprowadzili gospodarze – najpierw na dwie minuty przed końcem gola zdobył Adam Matejak, a kropkę nad "i" w ostatniej minucie meczu postawił Mateusz Izbicki. Alpan zwyciężył, choć nie bez problemów, 6:4.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)