Sezon Lato 2024
Relacje meczowe: 2 Liga
Nazwać to spotkanie starciem pokoleń, to chyba za mało. Średnia wieku Saskiej Kępy to o kilkanaście lat więcej, niż wśród zawodników Playboys Warszawa. Było oczywiste, że dynamika akcji obu zespołów będzie skrajnie różna i od pierwszych minut potyczki było to bardzo widoczne. Rajdy skrzydłami gości były prawdziwą udręką dla defensywny gospodarzy i bardzo często piłka zatrzymywała się dopiero na bramkarzu – Leszku Galewiczu, który był istnym cudotwórcą niedzielnego popołudnia. W samej tylko pierwszej połowie obronił kilkanaście strzałów, a trzeba przyznać, że gracze tacy jak Piotrek Sadowski, czy Mikołaj Kosieradzki mają bardzo solidne uderzenie. Sposób na pokonanie golkipera gospodarzy znalazł właśnie wspomniany duet, a cała akcja skonstruowana przez graczy Playboys to był czysty rarytas. Świetne podanie od Piotrka Sadowskiego, strzałem w stylu „Panenki” wykończył Mikołaj Kosieradzki i mieliśmy 0:1. Tuż przed przerwą, ponownie po podaniu Piotrka Sadowskiego, stan meczu na 0:2 podwyższył Mateusz Szymczak. Po zmianie stron obraz w pierwszych minutach nie za bardzo się różnił od tego, co oglądaliśmy w pierwszej odsłonie. Goście przeważali, Leszek Galewicz w bramce Saskiej Kępy robił co mógł, ale Playboys grali swoje, co udokumentowali bramką Piotrka Sadowskiego na 0:3. W tym momencie coś się jednak zacięło u gości, a z kolei u gospodarzy włączyło. Najpierw, pierwszego gola dla swojej ekipy na 1:3 zdobył, po zamieszaniu w polu karnym, Mateusz Łukawski. Gol na 2:3 to „stadiony świata”. Daleki wyrzut z autu Mariusza Zgórzaka trafił do Łukasza Kryczki, który strzałem z woleja, zewnętrzną częścią stopy zapakował piłkę w samo okienko bramki strzeżonej przez Łukasza Kulpana. Do końca meczu pozostało kilka minut, kiedy to po podaniu Grzegorza Rękawka piłkę z ostrego kąta, pod poprzeczkę, posłał Marcin Branowski, doprowadzając do remisu 3:3. Ostatnie chwile to istna nawałnica gości, jednak mimo wielu okazji nie zdołali oni pokonać już bohatera tego meczu, Leszka Galewicza. Podział punktów, niedosyt Playboys Warszwa i pierwsze oczko w sezonie na koncie Saskiej Kępy !
Niezwykle ciekawie zapowiadało się spotkanie Warszawskiej Ferajny ze Zjednoczoną Ochotą. Patrząc na tabelę przed meczem można było się spodziewać, że oba zespoły zrobią wszystko by wygrać to spotkanie. W przypadku zwycięstwa gości przewaga nad jednym z głównych rywali do medali byłaby znacząca. Z drugiej strony gospodarze mogli zniwelować straty już na początku rundy, a nawet przeskoczyć przeciwników w tabeli. Od początku spotkanie rozgrywane było w znakomitym tempie. Z obu stron sunęły ataki na bramkę przez co kibice oglądający to starcie nie narzekali na brak emocji. Pierwsza trafiła Warszawska Ferajna, ale z prowadzenia cieszyła się zaledwie kilka minut i drużyna z Ochoty szybko potrafiła włączyć wyższy bieg. Widać było, że wzmocnienia jakie poczyniła Zjednoczona Ochota przełożyły się na jakość na boisku. Znakomicie w skład wkomponował się Kamil Kuczewski i Ihar Bakun. Na bramce również zobaczyliśmy nowego zawodnika, który już pokazał się w naszych rozgrywkach w ekipie Awantury. Mowa tutaj o Aleksandrze Gęściaku, który bronił wybornie choć przy drugiej bramce dla rywali mógł trochę lepiej interweniować. Do przerwy mieliśmy wynik 2:4. Po zmianie stron gospodarze rzucili się do odrabiania strat. Bramka na 3:4 zaostrzyła nam apetyty na jeszcze większe emocje. Jednak doświadczenie gości wzięło górę. Od tego momentu mimo ambitnej gry Warszawskiej Ferajny bramki strzelali już tylko zawodnicy z Ochoty. Od stanu 3:4 dołożyli trzy trafienia i pewnie pokonali chyba najgroźniejszego rywala do podium. Gospodarze muszą teraz liczyć nie tylko na siebie ale i na wpadki przeciwników w kolejnych meczach. Goście zrealizowali swój cel i jeśli będą się nadal tak prezentować to kto wie, czy nawet mistrzostwo nie jest w ich zasięgu.
Późniejszym popołudniem GGS podejmowało w roli gospodarza Explo Team. Spotkanie zapowiadało się bardzo ekscytująco, gdyż nie było wiadomo, co może Nam ono przynieść. Goście tym meczem zaliczyli debiut na boiskach Ligi Fanów, a zajęcie drugiego miejsca w niedawno rozgrywanym pucharze dodawało pewności, że mogą na wiosnę zamieszać w tabeli 2 ligi. Od pierwszego gwizdka zawodnicy Explo Team grali bez kompleksów, co świadczyło, że są pewni swoich umiejętności. Już w pierwszej minucie spotkania udało się im wyjść na prowadzenie po trafieniu Mateusza Ilnickiego, którego obsłużył Marek Pawłowski. Radość z prowadzenia nie trwała jednak długo, gdyż pozostawienie zbyt dużej przestrzeni dla Mateusza Przybysza skończyło się stratą bramki. Jednak nie wpłynęło to źle na morale graczy Explo Team, którzy od razu ruszyli do ataku, aby ponownie wyjść na prowadzenie. Tym razem piłkę do siatki rywala skierował Dominik Szarpak. Tuż przed gwizdkiem sygnalizującym zakończenie pierwszej połowie GGS po raz drugi w tym spotkaniu doprowadził do wyrównania. Indywidualną akcją popisał się Maciek Chojnacki, który przedarł się przez formacje defensywne rywala i umieścił futbolówkę w siatce. Druga część spotkania przebiegała już całkowicie pod dyktando zawodników Gości. Dzięki dobrej organizacji gry i wysokiej kreatywności udało się im zdobyć trzy trafienia, które zapewniły im komplet punktów już w debiucie.
Na prawdziwe emocje w drugiej lidze czekaliśmy do samego końca dnia meczowego. Gdy niektórzy po godzinie 21:00 w niedzielę rozmyślają już o kolejnym dniu w pracy, zebrani na Arenie Picassa mieli okazję obejrzeć naprawdę ciekawe spotkanie. W zapowiedzi kolejki Rafał typował remis i niewiele się pomylił, bo mecz był naprawdę wyrównany. Początek należał do Orzełów Stolicy, którzy zdobyli zasłużoną, ale nieco szczęśliwą bramkę. Tomasz Czerniawski oddał płaski strzał, który początkowo był w rękach bramkarza FC Górki, ale finalnie nie zdołał on zatrzymać piłki przed przekroczeniem (a właściwie przeturlaniem się przez) linii bramkowej. To wcale nie oznacza, że goście zawsze grali w tym meczu pechowo. Przekonali się o tym ich rywale, gdy bramkę kontaktową zdobył Przemysław Dolega. Zawodnik FCG uderzył z woleja po dośrodkowaniu jednego z kolegów, strzał został zablokowany, ale piłka wróciła do niego, dzięki czemu mógł powtórzyć tę sztukę i ponownie strzelić z powietrza. Tym razem futbolówka znalazła już drogę do siatki, a gracze w niebieskich koszulkach mogli się cieszyć z wyrównania. Czyżby ta radość podziałała na zawodników Górki demotywująco? A. Vuković mówił niedawno, że “pycha kroczy przed upadkiem”, a widocznie niższe tempo zaproponowane przez zespół gości skrzętnie wykorzystał zespół Janka Wnorowskiego. Kapitan Bordowych zauważył drobny przestój w grze przeciwnika i strzelił gola, trafiając od słupka. W drugiej połowie o obniżonej koncentracji FC Górki nie było już mowy. O ponownym wyrównaniu zadecydował Maruszewski, który nie tak dawno miał okazję zaprezentować się trenerowi reprezentacji Polski w ramach akcji “Polowanie na Reprezentanta’. Gdyby selekcjoner oglądał go niedzielnym wieczorem na boiskach Ligi Fanów nie miałby najmniejszych wątpliwości odnośnie jego przydatności dla kadry naszego kraju. Podobnie jeśli chodzi o Marcina Godlewskiego, który cudownym podaniem z “fałsza” stworzył swojemu koledze okazję do bramki na 2:2. Zespół gości próbował pójść za ciosem, czego efektem była wykreowana sytuacja “sam na sam”. Nie udało się jej jednak zamienić na bramkę, podobnie jak późniejszą świetną akcję Orzełów Stolicy (piękna interwencja bramkarza FCG). Cierpliwość i wola walki popłacają. Pod koniec meczu Górka zdołała rozegrać piękną akcję zespołową, a na końcu tej “klepki” znalazł się Stęszewski, który wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Orzeły atakowały do ostatnich sekund, ale nie zdążyły już dogonić rywali, czego efektem okazało się zwycięstwo FCG 3:2.
W meczu kończącym niedzielne zmagania w ramach 10 kolejki 2 ligi zmierzyły się ze sobą drużyny Black Eagles Warszawa oraz Eternisu. Mimo, że spotkanie odbyło się z drobnym opóźnieniem to postronni obserwatorzy nie mieli prawa narzekać na jego sportową jakość. Pierwszy kwadrans upłynął w zdecydowanej, ale i przy okazji wyrównanej atmosferze. Po bramce Banaska wyrównał Rudy, lecz niestety ta bramka dla Eternisu okazała się być jedyną w kontekście całego spotkania. Kolejne trafienia Kończyńskiego oraz fenomenalna dyspozycja Salamończyka zapewniły gospodarzom bardzo cenne trzy pkt. Co za tym idzie ekipa gospodarzy może spać spokojnie, zajmując pierwsze miejsce w tabeli. Mimo wszystko należy jednak podkreślić, że dyspozycja Eternisu tego dnia nie była na tyle mierna, aby wysoka porażka była zasłużona. Niestety jak wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę: niewykorzystane sytuację lubią się mścić. Nie inaczej było i tym razem. Gracze w czerwonych strojach odbijali się od bramki strzeżonej przez Bilskiego jak od muru. Nominalny zawodnik z pola zaprezentował prawdziwe show broniąc strzały, które wydawały się być niemożliwe do obrony. Klasowy występ zaowocował podniesionym morale wśród zawodników z pola, którzy skrzętnie wykorzystywali wykreowane sytuację. Słowami, które najpełniej podsumowują tą rywalizację są te, wypowiedziane przez kapitana Black Eagles Warszawa po wygranym meczu: Miało nas tu nie być, a wyszła Barcelona.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)