Sezon 2023/2024
Relacje meczowe: 1 Liga
Spotkanie w ramach 5. kolejki pomiędzy Betterstyle Husaria Mokotów a FC Łowcy zapowiadało się na fantastyczne widowisko. To przecież dwie uznane marki nie tylko w Warszawie, ale i całej piłkarskiej mapy szóstek w Polsce. Co prawda, patrząc na miejsce w tabeli, obecną formę oraz sytuację kadrową, faworytem tego starcia byli zawodnicy gości, jednak nikt raczej nie spodziewał się tego, co zobaczyliśmy na arenie gry.
Pierwsze kilka minut rozpoczęło się znakomicie dla zespołu z Mokotowa. Po przejęciu piłki na własnej połowie zdecydowali się na szybki kontratak, który bardzo dobrze wykończył Bogucki. Nic wtedy nie zapowiadało, że będzie to ich ostatnia bramka w tej połowie, a rywal tak mocno zdominuje gospodarzy.
Łowcy włączyli drugi, trzeci, a momentami nawet piąty bieg, a ich gra przez długie fragmenty wyglądała wręcz bezbłędnie. Ekipa gości, pod przywództwem Denysa Blanka oraz wspierającego go w tej ofensywnej destrukcji Damiana Patoki, strzeliła aż osiem kolejnych goli, nie tracąc przy tym żadnego.
Po zmianie stron, niestety dla widowiska, obraz gry nie uległ zmianie. Drużyna Łowców wciąż doskonale kontrolowała przebieg spotkania, sukcesywnie dokładając kolejne trafienia. W drugiej odsłonie, do wspomnianych wcześniej liderów zespołu gości swoje duże trzy grosze dołożył Borys Ostapenko. Nieco mniej widoczny w pierwszej połowie, w drugiej pokazał pełnię swoich możliwości. Jego pięć bramek pozwoliło Łowcom jeszcze bardziej odskoczyć od rywala i praktycznie odebrało gospodarzom chęć do gry. Husaria próbowała tego dnia nawiązać jakąkolwiek rywalizację i udało jej się zdobyć dwa gole w drugiej połowie, jednak były to raczej trafienia na otarcie łez niż bramki kontaktowe. Drużyna Łowców ostatecznie wysoko wygrywa to spotkanie wynikiem aż 18:3 i wciąż pozostaje w grze o zajęcie pierwszego miejsca po rundzie jesiennej.
Husaria natomiast musi szukać punktów w kolejnych meczach, ponieważ Łowcy tego dnia byli po prostu za mocni. W takiej dyspozycji byliby w stanie zagrozić każdej drużynie z Ekstraklasy.
Od pierwszego gwizdka to zespół UKS Toho przejął inicjatywę. Gospodarze kontrolowali grę, długo utrzymywali się przy piłce i z łatwością przenosili ciężar meczu na połowę rywala. Korsarze skupili się na obronie i robili to naprawdę dobrze. Przez całą pierwszą połowę utrzymywali się w grze głównie dzięki świetnym interwencjom Damiana Zalewskiego, który kilkukrotnie ratował swój zespół przed stratą gola.
Pomimo przewagi Toho, do przerwy wynik brzmiał tylko 1:1 – efekt konsekwentnej defensywy gości i odrobiny nieskuteczności gospodarzy. W drugiej połowie obraz gry jednak diametralnie się zmienił. Korsarze zaczęli tracić siły, linie defensywne się rozluźniły, a Toho tylko czekało na moment, by przyspieszyć. Po zmianie stron gospodarze ruszyli z pełną mocą. Ich akcje nabrały płynności, piłka krążyła między zawodnikami z łatwością, a Aleksander Czyż rozegrał prawdziwy koncert. Zdobył cztery bramki i zaliczył dwie asysty, pokazując pełen wachlarz ofensywnych umiejętności – od mocnych strzałów po finezyjne dogrania. Obok niego świetny występ zanotował Dawid Jankiewicz, który zakończył mecz z dorobkiem dwóch bramek i dwóch asyst, będąc jednym z motorów napędowych ataków Toho.
W końcówce gospodarze nie zwalniali tempa. Wykorzystując zmęczenie rywala, konsekwentnie budowali akcje i zamieniali je w kolejne gole. Korsarze próbowali odpowiadać, ale brakowało już świeżości i dokładności, by utrzymać intensywność sprzed przerwy.
Mecz zakończył się wynikiem 7:2, w pełni oddającym przewagę Toho Adifeed. Gospodarze zagrali dojrzale i skutecznie, a duet Czyż – Jankiewicz był tego dnia nie do zatrzymania. Korsarze mogą być zadowoleni z pierwszej połowy i postawy swojego bramkarza, ale druga część spotkania pokazała, jak bezlitosne potrafi być tempo narzucone przez graczy z Grodziska Mazowieckiego.
Za takie mecze kochamy 1. Ligę! Multum akcji bramkowych, efektowne parady, zwroty akcji i niezastąpiona radość po zdobytych golach – wszystko to dostarczyło nam starcie legendarnej Kebavity z debiutującym w tym sezonie w Lidze Fanów zespołem KS Presley Gniazdowy.
Pierwsza połowa przyniosła wyrównane widowisko – obie drużyny starały się zachować balans między ofensywą a pilnowaniem własnych zasieków defensywnych. Jako pierwsi strzelanie rozpoczęli piłkarze Presleya, a konkretnie Nikodem Hamulczuk, który po podaniu od Maksa Serokina z prawego skrzydła umieścił piłkę w dalszym okienku bramki. Po wielu mozolnych próbach w ataku pozycyjnym także Kebavita dorobiła się swojego premierowego trafienia – strzał broniącego dostępu do bramki Fabiana Kalety dobił Davronbek Sattorov. Ofensywni gracze gości byli jednak bardzo ruchliwi i pomysłowi, co utrudniało grę przeciwnikom. Owocem takiego sprytu był strzał z dystansu w wykonaniu Wojciecha Michalaka, który wpadł do siatki również dzięki Krystianowi Pudelkowi, zmylił on bowiem golkipera, przepuszczając piłkę sunącą w stronę bramki. Kebavita zdołała jednak jeszcze przed przerwą odrobić straty – po kontrataku z udziałem Nnamaniego i Sattorova na tablicy widniał remis 2:2.
W drugiej odsłonie zmagań goście wyszli na komfortowe, dwubramkowe prowadzenie i wydawali się pewni w swoich poczynaniach, nawet po tym, jak gola kontaktowego zdobył szarżujący lewym skrzydłem Kaleta. Kiedy dystans znów wrócił do dwóch trafień – po golu Pudelka, któremu asystował Furtak – trener gospodarzy Burak Can, widząc przydatność Kalety w ofensywie, zdecydował się wprowadzić na bramkę Azamata Qutpiddinova. Był to strzał w dziesiątkę – piłkarze Kebavity zdołali odrobić straty i doprowadzili do wyniku 6:6. Na tym poziomie kluczowe jest jednak zarządzanie siłami, a tego dnia – ku rozpaczy trenera – gospodarze nie mieli ani jednego zmiennika. Zmęczeni zawodnicy nie nadążali już za świeżo wprowadzonymi rezerwowymi Presleya, którzy wspólnie z kapitanem Wiktorowskim i Pudelkiem wypracowali cztery kolejne trafienia.
Na otarcie łez Nnamani ustalił wynik meczu na 7:10, lecz nie miało to już wpływu na kwestię punktów w tej rywalizacji. Cenne trzy oczka pozwoliły gościom utrzymać niewielką przewagę nad strefą spadkową. Kebavicie, w razie zwycięstwa, dałyby ten sam komfort, lecz problemy kadrowe okazały się prawdziwą piętą achillesową podopiecznych Buraka Cana.
Pojedynek między Inferno a Siriusem był bez wątpienia najważniejszym meczem 5. kolejki 1. ligi. Obie drużyny swoją grą w pierwszych spotkaniach udowodniły, że zasługują na miejsce w Ekstraklasie.
Inferno dysponuje zawodnikami o bardzo wysokim indywidualnym poziomie, a z każdym kolejnym meczem coraz lepiej widać zgranie i solidność w defensywie. To zespół z ogromnym potencjałem, który mimo młodego stażu w lidze już teraz osiąga świetne wyniki. Z kolei Sirius to drużyna niezwykle dobrze przygotowana taktycznie, z szeroką ławką i wieloma klasowymi zawodnikami. Dzięki temu potrafi utrzymywać wysokie tempo gry przez pełne 50 minut. Połączenie dyscypliny i piłkarskiej jakości nadaje jej naprawdę mocny charakter.
Przed meczem trudno było wskazać faworyta – obie ekipy przystępowały do 5. kolejki z kompletem punktów, a stawką spotkania była pozycja lidera. Pierwsza połowa była prawdziwym pokazem ofensywnej piłki. Inferno trzykrotnie obejmowało prowadzenie, ale za każdym razem Sirius błyskawicznie odpowiadał, doprowadzając do remisu 3:3 przed przerwą.
W drugiej części meczu Sirius przejął inicjatywę. Częściej utrzymywał się przy piłce i stwarzał więcej groźnych sytuacji. W końcu udało mu się wyjść na prowadzenie, lecz tym razem Inferno natychmiast odpowiedziało kontratakiem, ponownie wyrównując wynik. W dalszej fazie spotkania Sirius nadal dominował w ataku, ale nie potrafił wykorzystać kilku stuprocentowych okazji. I wtedy zadziałała stara piłkarska zasada – „niewykorzystane sytuacje się mszczą”. W kolejnej kontrze Inferno przeprowadziło zabójczą akcję, ustalając wynik meczu.
Na miano bohatera spotkania zasłużył Patryk Abbassi, który zdobył hat-tricka i zaliczył asystę, ale warto też wyróżnić zawodnika Siriusa, Ihora Pivovara, który dołożył dwa trafienia i również miał swoje szanse na hat-tricka.
Dzięki temu zwycięstwu Inferno zostało samodzielnym liderem tabeli, jednak nie można zapominać o drużynach depczących im po piętach – zwłaszcza o Siriusie i Łowcach. Walka o tytuł w tej lidze dopiero się rozkręca, a emocji z pewnością nie zabraknie!
Explo Team na starcie z Uefą Mafią przystąpił z nadziejami na walkę o komplet punktów – i już na początku meczu pokazał, że tego dnia jest niezwykle mocny na boisku. Goście starali się poukładać grę, ale nie mieli pomysłu, jak zaskoczyć dobrze zorganizowaną defensywę rywali.
W obronie, jak zawsze, niemal nie do przejścia był Łukasz Dziewicki, a w ofensywie szalał Oskar Górecki, który tego wieczoru ustrzelił aż cztery bramki. Do przerwy gospodarze prowadzili 4:0.
Po zmianie stron UEFA próbowała szarpać i atakować, jednak to gospodarze podwyższyli wynik. Przy stanie 5:0 wkradła się chwila nieuwagi i goście w końcu zdobyli swoją pierwszą bramkę. Z przebiegu gry trudno jednak było przypuszczać, by mogli odrobić straty – tym bardziej, że Explo Team przez cały mecz pozostawał skoncentrowany i nie dopuszczał przeciwników do klarownych sytuacji. Sam kapitan ekipy z Ursynowa w pewnym momencie przyznał, że tego dnia rywale są po prostu nie do ruszenia. Spotkanie zakończyło się wynikiem 9:3, a Explo Team może realnie myśleć o walce o podium po rundzie jesiennej.
UEFA Mafia natomiast, plasując się w środku tabeli, musi zagrać lepiej w kolejnym tygodniu, by umocnić się w bezpiecznej strefie przed finiszem rozgrywek w tym roku kalendarzowym.







)
)
)
)
)
)
)
)
)