Sezon 2023/2024
Relacje meczowe: 2 Liga
W słoneczne niedzielne południe na boisko warszawskiego AWF-u wybiegły drużyny Husarii Mokotów i Tylko Zwycięstwo. Gospodarze byli zdecydowanymi faworytami tego starcia. Natomiast sami zawodnicy musieli być zaskoczeni skalą przewagi swojego zespołu i prawdziwym festiwalem strzeleckim, jaki zaprezentowali. Chociaż pierwsza bramka padła stosunkowo późno, bo dopiero w 7. minucie, był to początek deszczu goli. Wynik otworzył Jan Grzybowski, a Husaria szybko narzuciła swoje warunki. Przy stanie 3:0 dla Husarii, Szymon Jałkowski zdobył bramkę kontaktową dla Tylko Zwycięstwo. Historia niejednokrotnie pokazała, że bramka przy takim wyniku może zdziałać cuda. Tym razem również mogło to zwiastować potencjalną zmianę losów meczu. Jednak gospodarze nie dali się wybić z rytmu i do przerwy prowadzili już 5:1. Po zmianie stron, na boisku oglądaliśmy jednostronne widowisko. Husaria Mokotów kontynuowała ofensywną postawę, zdobywając z łatwością kolejne bramki. Zawodnicy podkręcali swoje indywidualne statystyki, a nawet bramkarz Norbert Wierzbicki zdecydował się na udział w ataku, wpisując się na listę strzelców oraz notując asystę. Goście zdołali odpowiedzieć zaledwie jednym trafieniem, co tylko podkreśliło ich bezradność wobec rozpędzonej Husarii. Mecz zakończył się wysokim wynikiem 20:2, co jest rzadko spotykanym rezultatem na tym poziomie rozgrywek. Husaria Mokotów zaprezentowała się z bardzo dobrej strony i jest już o krok od mistrzostwa. Tylko Zwycięstwo natomiast, pomimo bolesnej porażki, wciąż ma szansę na utrzymanie w lidze. W następnej kolejce zmierzą się z zespołem Green Lantern. Muszą jednak podnieść się po dotkliwym blamażu i wygrać, dzięki czemu mogą zdobyć cenne punkty, które pozwolą im opuścić strefę spadkową.
Warszawska Ferajna brawurowo walczy o utrzymanie w 2.lidze. Nie jest lekko, ostatnio przyszła porażka z Green Lantern, a teraz zapowiadało się na kolejny, trudny mecz. Dziki Młochów walczą o podium i ten zespół miał świadomość, że potknięcie z Ferajną może go bardzo drogo kosztować. Spodziewaliśmy się zaciętego widowiska, zwłaszcza mając w pamięci dwa ostatnie spotkania z udziałem ekipy Kacpra Domańskiego na Arenie Grenady. No ale tym razem poprzeczka została zawieszona zbyt wysoko. Tak na dobrą sprawę, to ten mecz skończył się zanim się rozkręcił, bo zanim Warszawska Ferajna zdołała oddać celny strzał, to oponenci mieli już na swoim koncie dwie bramki. Świetnie prezentował się filigranowy Przemek Skrzydlewski, który pod nieobecność Michała Śpiewaka był główną armatą nominalnych gospodarzy. Dziki kontynuowały swój rajd i w pewnym momencie prowadziły już 4:0. Dopiero wtedy trafienie dla Ferajny zanotował Kamil Burdalski. Trudno było jednak sądzić, że ten gol może cokolwiek zmienić w ogólnym obrazie spotkania. Zaskoczenia w drugiej połowie nie było. Ta potyczka nadal toczyła się pod dyktando Dzików, które budowały swoją przewagę i podobnie jak w pierwszej odsłonie, dały przeciwnikom zanotować tylko jedno trafienie. Końcowy wynik, czyli 7:2 nie pozostawiał złudzeń, kto był lepszy i kto o jakie cele walczy w trwającym sezonie. Dziki pozostają więc w grze o medale, z kolei Ferajna – mimo porażki – nadal może wierzyć, że uda jej się zabrać głowę spod stryczka. Ale żeby tak się stało, trzeba wrócić do tej gry, która przynosiła punkty z Tylko Zwycięstwo czy FC Niko UA.
Spotkanie pomiędzy Orzełami Stolicy a KSB Warszawa rozstrzygało, która drużyna po rozegraniu 15 kolejki zajmie miejsce vicelidera 2 ligi. Zespoły te dzieliły zaledwie dwa punkty, a jesienią w ich starciu wygrały Orzeły. Tym razem było inaczej, głównie dlatego, że w przeciwieństwie do poprzednich meczów KSB przyszło w szerokim i dość mocnym zestawieniu, zaś Orzeły solidnym składem, ale z tylko jedną zmianą. Po kilku minutach od rozpoczęcia spotkania zostaje podyktowany rzut karny za faul bramkarza, który pewnie wykorzystuje Maciej Kiełpsz. Mimo wielu prób i lepszej gry KSB przez pewien czas wciąż na prowadzeniu pozostały Orzeły. W końcu pięknym i mocnym strzałem z dystansu Piotr Grabicki zaskakuje golkipera rywali i daje remis 1:1. KSB nie odpuszcza, aż wreszcie dostaje rzut wolny, skutecznie wykorzystany tym razem przez Maćka Grabickiego zewnętrzną częścią stopy. Do końca połowy pada jeszcze jedna bramka, ustalająca wynik na 1:3. Pierwsza część spotkania nie ujawniła nam do końca, która drużyna zdobędzie punkty, lecz w drugiej połowie pełną kontrolę nad meczem przejęła ekipa KSB. Dopiero przy wyniku 1:7 zaczęły padać bramki w drugą stronę. Przebudzenie gospodarzy nastąpiło za późno, aby doprowadzić chociażby do remisu, bo przewaga przeciwnika była zbyt duża. KSB skutecznie zrewanżowało się za porażkę z poprzedniej rundy i zasłużenie odniosło zwycięstwo w stosunku 11:5.
UEFA Mafia nie miała jeszcze okazji grać na Arenie Grenady i byliśmy ciekawi, jak Norbert Wilk i spółka zaadaptują się w nowym miejscu. Ich rywalem byli przedstawiciele FC Niko UA, zespołu który w teorii był tuż za plecami Mafii w tabeli, jednak te ekipy dzieliło trochę punktów i faworyt był jeden. Te przedmeczowe dywagacje dość szybko znalazły przełożenie w boiskowej rywalizacji. Gracze UEFY błyskawicznie udowodnili, kto będzie tutaj rozdawał karty, a pierwsze skrzypce grał początkowo Michał Piłatkowski. Rywale nie mieli sposobu, jak zatrzymać tego gracza, który regularnie pokonywał Dmytro Zaiachuka. A gdy Michał zdjął nogę z gazu, wówczas rolę kata przejął Norbert Wilk. To w głównej mierze bramki tego duetu pozwoliły faworytom bezpiecznie prowadzić po pierwszej połowie. W drugiej odsłonie obraz gry znacząco się nie zmienił. Różnica w szybkości i pomysłowości rozgrywania akcji była diametralna i UEFA rozpoczęła finałową część od serii czterech trafień z rzędu, co przełożyło się na wynik 9:2. Już wtedy wiedzieliśmy, że dwucyfrówka to tylko kwestia czasu i tak też się stało. W samej końcówce spotkania, gdzie wszystko było już jasne, ekipa Niko trochę się przebudziła, zdobyła nawet dwa gole z rzędu, ale to tylko przypudrowało wynik, który zatrzymał się przy stanie 11:6. Był to niestety mecz bez historii, który pokazał przegranym, jak wiele im jeszcze brakuje do drużyn z górnej połowy tabeli. Mafia nie musiała się tutaj specjalnie wysilać by wygrać, ale prawda jest taka, że o tym starciu trzeba jak najszybciej zapomnieć, bo wielkich wniosków nie da się z niego wyciągnąć. Na plus warto jednak odnotować udany debiut Dominika Woronowicza, który swój pierwszy mecz w nowych barwach zakończył z dwiema bramkami i identyczną liczbą asyst.
Starcie Green Lantern z Korsarzami zamykało dzień rozgrywek na Arenie AWF, ale mimo późnej pory jedni i drudzy stawili się w solidnych składach i oglądaliśmy bardzo emocjonujące widowisko. Przede wszystkim obie ekipy narzuciły spore tempo już od pierwszego gwizdka sędziego i oglądaliśmy mnóstwo boiskowej walki. Nikt nie zamierzał odstawiać nogi i choć fauli nie zabrakło, to sędzia nie musiał ani razu sięgać po żółty kartonik. Już w premerowych minutach dało się zauważyć, że oba zespoły są równie waleczne i mają podobny potencjał, bo pierwsze sześć goli to praktycznie cios za cios. W 2 minucie wynik otworzył Adrian Rzepecki, ale już akcję później był remis po golu Bartłomieja Kowalewskiego. W 5 minucie to Korsarze wyszli na prowadzenie po potężnym strzale Loica Bonneta, ale tym razem zripostował Patryk Podgórski. Chwilę później do pustej bramki nie trafił Damian Dobrowolski, a na kolejne trafienie musieliśmy czekać do końcówki pierwszej połowy i znów mieliśmy kalkę poprzednich sytuacji – Korsarze wyszli na prowadzenie po trafieniu Jakuba Łojka, a Kamil Biliński wyrównał już po kilkunastu sekundach. Po wznowieniu gry Mikołaj Wysocki dostał podanie z autu od Patryka Przygody i nie dał szans Pawłowi Wiśniewskiemu, ale w 32 minucie wyrównał Bartłomiej Kowalewski, a po tej bramce inicjatywa przeszła wyraźnie na stronę Korsarzy. Po chwili dwa szybkie gole zapakował Marcel Winiarski i pierwszy raz w tym meczu goście odskoczyli na dwa oczka. Do końca spotkania pozostało jeszcze sporo czasu, ale powoli dawało o sobie znać zmęczenie i coraz trudniej było o klarowną sytuację strzelecką, a obaj golkiperzy czujnie bronili dostępu do swojej bramki. W 43 minucie Mikołaj Wysocki strzelił na 5:6, ale Latarniom zabrakło impetu w końcówce, za to świetny występ swoim trzecim golem podsumował Bartłomiej Kowalewski. Dwubramkowej przewagi Korsarze nie oddali już do końcowego gwizdka sędziego i ekipa Beniamina Chrapowickiego cieszyła się z kolejnych punktów.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)