Sezon 2023/2024
Relacje meczowe: 2 Liga
Aż trudno uwierzyć w to, że AFC Goodfellas w tym sezonie jeszcze nie zaznał smaku zwycięstwa. Ale przeczucie nam podpowiadało, że ten fatalny okres dla chłopaków z Ukrainy, wreszcie się skończy. Ich niedzielnym rywalem była bowiem Warszawska Ferajna, która co prawda tydzień wcześniej sensacyjnie pokonała Orzeły Stolicy, lecz na Arenę Grenady przyjechała choćby bez architekta tamtego sukcesu, Adriana Dembińskiego. Nieobecności było zresztą więcej, co według nas w minimalnie lepszym położeniu stawiało Goodfellas. No i boisko to potwierdziło. Inicjatywa była po stronie graczy w żółtych koszulkach, aczkolwiek wielkiego przełożenia na wynik to nie miało, bo ilekroć Yaraslau Sycheuski i spółka zdobywali gola, to Ferajna odpowiadała. Paradoksalnie spora była w tym zasługa bramkarza ekipy Kacpra Domańskiego, Dominika Trzaskowskiego, który nie pozwalał, by przewaga oponentów była wyższa niż jeden gol. Ale byliśmy niemal pewni, że taki stan nie może trwać wiecznie. I faktycznie – w drugiej połowie Goodfellas od stanu 2:2 zdobyli cztery kolejne gole i nie pozostawili złudzeń, kto był tutaj lepszy. Konkluzja na temat Ferajny jest taka, że jest to drużyna momentów. Chłopaki mają naprawdę fajne chwile, gdzie ich gra wygląda dobrze, ale niestety zdecydowanie więcej jest takich, gdzie rywal ich dominuje i ciężko im wrócić na właściwą drogę. W tym wszystkim nie pomaga też nieregularność kluczowych graczy, bo możemy się jedynie domyślać, że gdyby Kacper Domański miał pełny skład, to tutaj emocje nie skończyłyby się na kilkanaście minut przed ostatnim gwizdkiem. Co do Goodfellas, to zgodnie z naszymi przewidywaniami, wreszcie zgarnęli premierowy triumf. I teraz trzeba koniecznie pójść za ciosem, żeby jak najszybciej odskoczyć od strefy spadkowej, a w drugiej części sezonu pomyśleć nad wzmocnieniami i zaatakować górną połowę tabeli. Bo znamy ich nie od dziś i wiemy, że są predestynowani do wyższych celów niż walka o utrzymanie.
To spotkanie zapowiadało się jako jedne z najciekawszych w szóstej kolejce Ligi Fanów. Liderujący w tabeli zespół Dzików Młochów podejmował łapiące optymalną formę Green Lantern. Kto przyjechał na AWF i nastawiał się na nie lada emocje oraz piłkę nożną na dobrym poziomie na pewno się nie zawiódł. Dwie minuty po pierwszym gwizdku na prowadzenie wyszli gracze z Młochowa. Zdecydowanie poszli za ciosem i już minutę później podwyższyli wynik na 2:0. Strzelcem obu trafień był Przemysław Skrzydlewski, który jest kluczową postacią w ekipie Dzików i tego dnia również nie zawiódł, będąc niezmiernie aktywny na boisku. W 14 minucie piłkę na własnej połowie odebrał Mikołaj Wysocki, następnie po indywidualnym rajdzie zaliczył kontaktowe trafienie, wykończone ładnym strzałem zza pola karnego. Jak się okazało, była to jedyna bramka gości w pierwszej połowie, a Dziki dołożyły jeszcze trzy trafienia, co dawało nam wynik do przerwy 5:1. Po krótkim odpoczynku i zmianie stron obie ekipy wróciły na boisko z planem na dalszą część gry. W drugiej połowie oglądaliśmy zaciętą rywalizację i bramki padały na przemian. Ofensywnie grająca ekipa Green Lantern tworzyła sobie sytuacje i co prawda strzelała dzięki temu gole, ale w związku z tym, że czasami atakowała momentami całym zespołem, to nadziewała się na kontry graczy z Młochowa tracąc kolejne gole. W końcówce spotkania dwóch zawodników Zielonej Latarni ujrzało po żółtej kartce za niestosowne słowa i gesty w stronę sędziego i wtedy stało się jasne, że osłabionej ekipie strat nie uda się już odrobić. Ostatecznie Dziki Młochów po wymagającej drugiej połowie zwyciężyli 11:7 i utrzymali fotel lidera drugiej ligi.
W tym starciu niespodzianki nie było. Husaria była typowana jako faworyt i praktycznie przez cały mecz dyktowała swoje warunki gry. Już w 3 minucie gola otwierającego zdobył Bartek Grzybowski, a po dziesięciu minutach było już 2:0 po trafieniu Janka Grzybowskiego. Gospodarze niemalże non-stop byli w natarciu na bramkę Patryka Więckowskiego, a Korsarze próbowali odgryzać się kontratakami, lecz defensywa gospodarzy pozostawała niewzruszona i rzadko udawało się gościom podejść pod bramkę Norberta Wierzbickiego. Mimo to wystarczyła jedna klarowna sytuacja wypracowana przez Mateusza Telakowca, a Bartłomiej Kowalewski dołożył nogę i było 2:1. Gospodarze bardzo szybko odzyskali inicjatywę i zanim skończyła się pierwsza połowa było już 4:1 po trafieniach Dominika Talarka i Bartka Grzybowskiego. Tempo meczu w pierwszej części spotkania było dość wysokie, co miało spory wpływ na dalszy przebieg wydarzeń. Co prawda po zmianie stron pierwsze trafienie zaliczyli Korsarze, a gola zdobył Mateusz Telakowiec, to po tej bramce przewaga Husarii była już bezdyskusyjna. Gościom kończyły się nie tylko pomysły na przełamanie defensywy przeciwnika, ale też siły na powrót do obrony, przez co kilkukrotnie nadziali się na kontrę, którą zawodnicy Husarii wykorzystywali z zimną krwią. Team Tomka Hubnera momentalnie odskoczył z wynikiem. Z 4:2 zrobiło się nagle 8:2 i było już praktycznie po meczu. W końcówce Korsarze zupełnie odpuścili obronę i spotkanie zakończyło się wysokim zwycięstwem Husarii Mokotów 12:3.
Po serii meczów bez porażki drużyna Orzeły Stolicy w ostatniej kolejce z boiska schodziła z zerowym dorobkiem punktowym. Ich rywal - UEFA Mafia Ursynów - po słabym początku sezonu dwa ostatnie spotkania wygrał i powoli zaczął wspinać się w ligowej tabeli. Mecz lepiej rozpoczęli goście, a w szczególności Jan Goleń, który strzelając dwie bramki wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie. Chwilę później zespół z Ursynowa ponownie pokonał bramkarza rywali i zapowiadało się na bardzo jednostronne widowisko. Na szczęście dla gospodarzy w kolejnych minutach to oni przejęli inicjatywę, czego efektem było zmniejszenie strat do zaledwie jednego trafienia. Riposta gości była natychmiastowa i chwilę po straconym golu Jan Goleń skompletował hat-tricka. Rywale nie pozostawali dłużni i lada moment zrobiło się 3:4. W ostatnich fragmentach pierwszej części meczu żółtą kartkę otrzymał zawodnik gości, jednak przeciwnicy nie wykorzystali tej przewagi i wynik 3:4 pozostał obowiązującym po 25 minutach rywalizacji. Po wymianie ciosów w premierowej części spotkania, w drugiej obydwie drużyny większą uwagę skupiły na defensywie. Tym samym pierwszą bramkę zobaczyliśmy dopiero w 33 minucie, kiedy to ponownie na dwubramkowe prowadzenie wyszli goście. Długo się z tej przewagi nie cieszyli, bo Orzeły nie odpuszczały i ponownie odległość między zespołami wynosiła jedno trafienie. Mimo że do końca spotkania było jeszcze 15 minut, wynik nie uległ już zmianie i zespół UEFA Mafia Ursynów mógł się cieszyć z trzeciego z rzędu zwycięstwa w tym sezonie. Zespół Orzeły Stolicy mimo walki do ostatnich sekund nie zdołał wyrwać choćby punktu i notuje drugą porażkę z rzędu...
Tylko zwycięstwo to drużyna, która do tej pory gra w kratkę. Dwa zwycięstwa i trzy porażki to ich dorobek w trwającym sezonie. KSB Warszawa po bardzo dobrym starcie w ostatnich dwóch pojedynkach schodzili z boiska bez zdobyczy punktowej. Od początku mecz odbywał się na dużej intensywności i już w 2 minucie goście objęli prowadzenie, strzelając bramkę z rzutu wolnego. Chwilę później dwie składne akcje zespołu gospodarzy wyprowadziły tę ekipę na jednobramkową przewagę. W kolejnych dwóch minutach obydwie drużyny po razie pokonały golkipera rywali i po 10 minutach rywalizacji wynik brzmiał 3:2. Ale od tego momentu coraz wyraźniejszą przewagę posiadali gracze KSB, którzy najpierw doprowadzili do wyrównania. Później mieli jeszcze doskonałą okazję, by jeszcze przed przerwą prowadzić, lecz nie wykorzystali gry w przewadze i do przerwy mieliśmy wynik 3:3. Od początku drugiej części meczu inicjatywę przejął zespół Michała Tarczyńskiego. Zawodnicy Tylko Zwycięstwo byli niestety bezradni i nie potrafili znaleźć sposobu na pokonanie bramkarza rywali. Na domiar złego ich obrona zaczęła całkowicie przeciekać. Ostatecznie mecz zakończył się okazałym zwycięstwem KSB Warszawa w stosunku 10:3. Ojcami zwycięstwa był duet Grabicki-Sobieszczuk, który łącznie zdobył 8 bramek. Drużyna Tylko Zwycięstwo w pierwszej połowie grała jak równy z równym, ale w drugiej wyraźnie było widać brak nominalnego bramkarza i po raz kolejny w tym sezonie zespół ten musiał pogodzić się z rolą przegranego.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)