Sezon 2022/2023
Relacje meczowe: 1 Liga
Mecz drużyn, które w tym sezonie na boisku jeszcze nie przegrały. Gospodarze jedyne punkty stracili w ubiegłym tygodniu, remisując z UEFA Mafią Ursynów. Z tą samą drużyną w pierwszym meczu sezonu przegrali Łowcy. Na boisku zwyciężyli, ale okazało się, że w ich barwach zagrało kilku nieuprawnionych zawodników, co w konsekwencji dało walkower na korzyść rywali.
Inferno Team przystępowało do meczu na szczycie bez pauzujących za kartki Patryka Abbassiego oraz Oskara Pyrzyny, co wydawało się sporą stratą. Od początku pojedynku optyczną przewagę mieli goście, którzy częściej dochodzili do sytuacji strzeleckich, ale albo pudłowali, albo kapitalnie między słupkami spisywał się Paweł Stanek. Pierwszy gol padł w 17. minucie, kiedy błąd w wyprowadzeniu piłki przez rywali wykorzystał Kołomański. Dalsza część pierwszej połowy wyglądała podobnie - Łowcy starali się konstruować atak pozycyjny, a Inferno Team dobrze się broniło i groźnie kontratakowało. Do przerwy wynik nie uległ zmianie.
W drugiej odsłonie goście dość szybko zdecydowali się na grę z lotnym bramkarzem. Manewr nie okazał się udany, bo błąd przy wyprowadzeniu piłki wykorzystał Wielgat, podwyższając prowadzenie. Błyskawicznie odpowiedział Solop, strzelając gola kontaktowego. Tego dnia jednak niesamowite zawody rozgrywał Sylwester Wielgat, który był bohaterem swojej ekipy. W 39. minucie zdecydował się na rajd boczną strefą boiska zakończony celnym strzałem. Chwilę później ponownie wpisał się na listę strzelców, wykorzystując błąd w rozegraniu ataku pozycyjnego przeciwników. W 42. minucie dopisał do dorobku asystę przy bramce Świecińskiego.
Zawodnicy Łowców mieli problemy ze skutecznością, więc z pomocą - choć niezamierzoną - przyszli im przeciwnicy. Kołomański wpakował piłkę do własnej bramki i na około pięć minut przed końcem gospodarze prowadzili 5:2. Ostatnie słowo należało jednak do miejscowych, a szczególnie do Wielgata, który jeszcze dwukrotnie trafił do siatki rywali.
Ostatecznie w meczu na szczycie 1. Ligi Fanów Inferno Team zasłużenie pokonało FC Łowcy 7:3.
Korsarze zderzyli się ze ścianą w meczu z faworyzowanymi gospodarzami. UEFA Mafia Ursynów dość gładko rozprawiła się z drużyną gości, mimo że pierwsze trafienie należało do Damiana Zalewskiego. Niestety dla utalentowanego bramkarza Korsarzy, to było jego jedyne dobre wspomnienie z tego spotkania. Już chwilę później jego kolegom urwał się Jakub Komendołowicz i potężnym uderzeniem niechcący znokautował rywala. Mowa oczywiście o nieszczęśliwym kopnięciu piłką. Dość powiedzieć, że Damian potrzebował krótkiej przerwy, aby zatamować krwawienie z nosa i wargi.
Mimo tych niedogodności (i zapewne posmaku krwi w ustach) bramkarz Korsarzy spisywał się świetnie. Problem polegał jednak na tym, że równie dobrze wyglądało kilku zawodników faworyzowanych gospodarzy. Jakub Komendołowicz wyprowadzał kolejne ataki, wspierali go Adam Goleń i Krzysztof Bartkiewicz, a gra toczyła się praktycznie wyłącznie na połowie gości. Do przerwy UEFA Mafia Ursynów prowadziła 4:1, mimo kilku świetnych interwencji bramkarza słabszej drużyny, w tym wygranego pojedynku sam na sam z Kubą Komendołowiczem.
Druga połowa to dalsza dominacja faworytów. Padały kolejne bramki, a przewaga rosła w oczach. Dopiero przy wyniku 9:1 mecz się wyrównał, a Korsarze zaczęli odpowiadać na ataki zwycięskiej ekipy. W ostatnich minutach zdobyli kilka goli na osłodę, jednak na odwrócenie losów spotkania było już zdecydowanie za późno. Wynik ustalił Jan Goleń, strzelając na 11:4.
Co najważniejsze z perspektywy gospodarzy - dzięki siedmiu punktom zdobytym w ostatnich trzech spotkaniach powoli zbliżają się oni do strefy medalowej. UEFA Mafia Ursynów traci do trzeciego miejsca pięć oczek i ma przed sobą teoretycznie prosty mecz z FC Kebavitą. Co więcej, ktoś z podium na pewno straci punkty w najbliższą niedzielę, bo FC Łowcy zmierzą się z Siriusem.
Korsarze natomiast o poprawę humorów przed przerwą zimową powalczą z BetterStyle Husarią Mokotów.
Spotkanie Explo Team z Presleyem Gniazdowym rozpoczęło się w dość nietypowych okolicznościach. Goście mieli poważne problemy z dojazdem, przez co pierwszy gwizdek opóźnił się o około 15 minut. Niestety dla Presleya, zanim zdążyli „wejść” w mecz i odpowiednio się dogrzać, już przegrywali i grali w osłabieniu.
Już pierwsze minuty przyniosły Explo wymarzony start. Wynik otworzył Górecki, a chwilę później goście znaleźli się w jeszcze trudniejszej sytuacji. Szadkowski obejrzał czerwoną kartkę za faul na zawodniku wychodzącym na czystą pozycję, a po rzucie wolnym wynik na 2:0 podwyższył Włudarski.
Explo grało w przewadze i konsekwentnie kontrolowało przebieg meczu, choć przez dłuższy czas brakowało skuteczności, by udokumentować dominację kolejnymi golami. Dopiero gdy siły na boisku się wyrównały, Presley zaczął kreować swoje sytuacje, lecz znakomicie interweniował Łuczyk, zatrzymując każdy groźniejszy strzał. W 20. minucie zrobiło się 3:0 po kolejnym trafieniu Góreckiego, a chwilę później ten sam zawodnik skompletował hat-trick, dając gospodarzom jeszcze większy komfort. Dosłownie minutę później miała miejsce jedna z najbardziej efektownych akcji meczu - Łuczyk zdecydował się na niesygnalizowany strzał spod własnego pola karnego i kompletnie zaskoczył bramkarza rywali, podwyższając na 5:0. Do przerwy wynik nie uległ już zmianie.
Zaraz po wznowieniu gry goście wysłali jasny sygnał, że nie składają broni, bo Wiktorowski szybko trafił na 5:1, próbując pobudzić drużynę do walki. Reakcja Explo była natychmiastowa - chwilę później gospodarze zdobyli bramkę na 6:1 i ponownie przejęli pełną kontrolę nad meczem. Na około dziesięć minut przed końcem Zapolski dorzucił trafienie na 7:1, praktycznie przesądzając losy spotkania. Od tego momentu rozpoczął się prawdziwy festiwal bramek. W końcówce Explo zdobyło aż pięć kolejnych goli, prezentując kapitalną skuteczność i bardzo wysokie tempo gry. Presley próbował odpowiadać i strzelił jeszcze dwa gole, ale nie miało to wpływu na końcowy rezultat.
Ostatecznie Explo Team zwyciężył aż 12:3, zgarniając pewne trzy punkty i pokazując, że w tym sezonie może być groźny dla każdej drużyny. Presley Gniazdowy, mimo trudnego początku i gry w osłabieniu, walczył do końca, lecz różnica klas i skuteczności była w tym meczu wyraźna.
Spotkanie ekipy Sirius z drużyną Kebavita to starcie drużyn z dwóch zupełnie różnych biegunów, jeśli chodzi o sytuację i miejsce w ligowej tabeli. Gospodarze walczą przecież o mistrzostwo pierwszej ligi, natomiast Kebavita, znajdująca się w strefie spadkowej, nie może uznać tego sezonu za udany.
Mecz rozpoczął się zaskakująco dobrze dla ekipy Buraka Cana. Mocnym strzałem po długim słupku Dima Kaszuba zaskoczył bramkarza rywali. To trafienie zadziałało jednak motywująco na gospodarzy, którzy od tego momentu zaczęli grać swoją piłkę i przejęli całkowitą kontrolę nad spotkaniem. O ile w pierwszej odsłonie aż sześć razy ktoś z ekipy Siriusa wpisywał się na listę strzelców, a goście odpowiedzieli trzykrotnie. O ile ten wynik nie był jeszcze tragiczny dla Kebavity, o tyle druga połowa to już kompletna dominacja faworytów.
Sirius, sprawiając wrażenie ekipy grającej małym kosztem sił, dołożył kolejne pięć trafień, tracąc zaledwie jedną bramkę. To honorowe trafienie gości, jedynie „na otarcie łez”, było jednak przepiękne - wspomniany wcześniej Kaszuba, zza pola karnego, technicznym strzałem wpakował piłkę w prawy górny róg, z pomocą sprzyjającej tym razem poprzeczki. W ekipie gospodarzy wyróżniającą postacią był zdecydowanie Maksim Semenov. Autor pięciu goli i dwóch asyst był wszędzie tam, gdzie trzeba, i znacząco przyczynił się do końcowego triumfu nad niżej sklasyfikowanym rywalem.
Sirius dopisuje kolejne trzy oczka do ligowej tabeli, natomiast Kebavita po raz kolejny schodzi z boiska pokonana. Mimo całkiem niezłej gry, musi szukać punktów w ostatniej kolejce rundy jesiennej.
Spotkanie pomiędzy Betterstyle Husaria Mokotów a UKS Toho Adifeed G.M. to kolejne starcie, jakie miało miejsce w poprzedniej kolejce na naszych ligowych obiektach. Mecz zapowiadał się naprawdę interesująco, bowiem mieliśmy do czynienia z zespołami, które dzieliła raptem dwupunktowa przewaga w tabeli na korzyść gospodarzy. Zapowiadał się więc zacięty, wyrównany pojedynek i dokładnie takie widowisko obejrzeliśmy w niedzielny wieczór.
W mecz dużo lepiej weszli goście. Dwa szybkie gole Zasadzkiego i Czyża dały zespołowi Kacpra Flisa pewną przewagę, którą zapewne Toho miało w planach skutecznie bronić. Ta sztuka się jednak nie udała. Jeszcze przed przerwą najpierw gola kontaktowego strzelił Maciek Grabicki, a chwilę później Jakub Brzeski doprowadził do wyrównania. Gdy zespoły schodziły na przerwę, było wyraźnie widać niezadowolenie gospodarzy, którzy czuli się tego dnia mocni. To właśnie po stronie Husarii, prowadzonej przez Tomka Hubnera, widać było więcej pewności siebie przed drugą połową.
Szczególną pewnością siebie, świetnym wyczuciem miejsca i czasu emanował Maciej Grabicki, a więc autor dwóch kolejnych trafień po przerwie, z czego jedno, przepiękne uderzenie w samo okienko, dało gospodarzom chwilę oddechu i teoretycznie miało ustawić mecz. Nic bardziej mylnego - Toho szybkimi dwoma trafieniami ponownie doprowadziło do remisu.
Do końca spotkania obie drużyny walczyły łeb w łeb, wymieniając się golami. Ostatecznie lepiej z tego pojedynku wyszli zawodnicy Husarii, którzy utrzymali przewagę uzyskaną na kilka minut przed końcem. Toho miało swoje sytuacje, jednak niewykorzystane okazje w samej końcówce meczu oraz brak dokładności przy ostatnim podaniu odebrały im możliwość zdobycia choć jednego punktu. A naszym zdaniem z przebiegu gry naprawdę na niego zasłużyli swoją zespołową, zorganizowaną postawą.
Spotkanie kończy się ostatecznym zwycięstwem gospodarzy, którzy dopisują kolejne trzy punkty do ligowej tabeli. Husaria miała po swojej stronie więcej piłkarskich atutów. Może zespołowo nie wyglądała tak dobrze jak Toho, ale dysponowane przez nich indywidualności przeważyły i zadecydowały o końcowym triumfie.







)
)
)
)
)
)
)
)
)