Sezon 2021/2022
Relacje meczowe: 14 Liga
To miał być trudny egzamin dla Elekcyjnej i… egzamin ten zakończył się brutalnym obnażeniem wszystkich braków gospodarzy. Starcie ostatniej drużyny ligi z pewnie kroczącymi w stronę podium Oldboys Derby II przerodziło się w jednostronny spektakl, Goście zdominowali każdą strefę boiska, narzucili tempo i nie pozostawili Elekcyjnej nawet cienia nadziei na korzystny rezultat.
Od samego początku Oldboysi ruszyli z pełną mocą. Piłka praktycznie nie opuszczała połowy gospodarzy, a kolejne ataki spływały falami. Worek z bramkami otworzył fenomenalny tego dnia Łukasz Łukasiewicz, który od pierwszych minut był siłą nie do zatrzymania. Krótko po jego trafieniu kolejne gole wpadały w szybkim tempie, a Elekcyjna mogła jedynie odpierać napór, nie mając możliwości dłuższego utrzymania się przy piłce. Do przerwy tablica wyników wskazywała 0:5, a wszystko wskazywało na to, że to dopiero początek.
Druga połowa była jeszcze bardziej jednostronna. Oldboysi grali z pełną swobodą, pewnością i ogromną skutecznością. Z każdą kolejną minutą realizowali plan „totalnej dominacji”. Na listę strzelców wpisał się nawet bramkarz Oldboysów, który zauważył wysuniętą pozycję golkipera Elekcyjnej i potężnym wybiciem spod własnej bramki trafił bezpośrednio do siatki rywali. Co więcej – dołożył do tego jeszcze dwie asysty, podkreślając, że tego dnia dosłownie wszyscy zawodnicy gości mieli swój udział w ofensywnej grze. Prawdziwym bohaterem meczu został jednak Łukasz Łukasiewicz – absolutny lider spotkania, który zakończył mecz z imponującym dorobkiem 4 bramek i 3 asyst. Grał z polotem, będąc motorem napędowym każdej akcji ofensywnej swojego zespołu.
Elekcyjna walczyła i próbowała przełamać napór, ale Oldboys Derby II byli tego dnia poza zasięgiem. Każdy błąd gospodarzy kończył się bezlitosnym wykorzystaniem, a każda strata kolejną groźną akcją. Ostateczny wynik 0:15 mówi sam za siebie.
Spotkanie faktycznie mogło być „bez historii”, ale stało się brutalnym przypomnieniem, jak długa droga czeka Elekcyjną, jeśli chce jeszcze powalczyć o utrzymanie. Oldboysi natomiast pokazali piłkarską dojrzałość, dyscyplinę i skuteczność, która pozwala im coraz śmielej myśleć o najwyższych celach w tym sezonie.
To był jeden z kluczowych meczów dla obu drużyn. Zwycięstwo Santiago Remberteu mogło znacząco przybliżyć ich do podium, natomiast triumf Milkeen dawał szansę na dogonienie rywali i jednoczesne oddalenie się od dolnej części tabeli. O wadze tego spotkania najlepiej świadczył jego przebieg – pełen zwrotów akcji i nieprzewidywalnych momentów.
Pierwsza połowa rozpoczęła się bardzo intensywnie. Już w 1. minucie wynik otworzył Bartosz Chamera, dając Santiago szybkie prowadzenie. Później tempo nieco spadło, gra się uspokoiła, ale w 9. minucie zawodnicy Milkeen odpowiedzieli – Rafał Maciejewski doprowadził do remisu. Spotkanie było wyrównane, obie drużyny miały swoje momenty, lecz tuż przed przerwą Santiago ponownie wyszło na prowadzenie, tym razem po trafieniu Konrada Domańskiego.
Wydawało się, że druga połowa przyniesie jeszcze więcej emocji i zaciętą walkę o każdy centymetr boiska. Niestety dla Milkeen sytuacja skomplikowała się po kontuzji Jury Goncharenko – drużyna nie miała już zmian, co mocno utrudniło jej grę w końcówce. To był punkt zwrotny. Santiago bezlitośnie wykorzystało przewagę kondycyjną, dominując rywala w każdej strefie boiska. W ostatniej tercji meczu Milkeen nie nadążał już za tempem rywali – aż dziewięć razy piłka lądowała w ich siatce. Choć udało im się odpowiedzieć czterema trafieniami, o realnej walce nie mogło być już mowy. Santiago zagrało pewnie, z polotem i pełną kontrolą.
Na szczególne wyróżnienie zasłużyli liderzy Santiago: Bartosz Chamera (3 gole i 3 asysty), Piotr Wójtowicz (3 gole i 1 asysta) oraz Konrad Domański (również 3 gole i 1 asysta). To właśnie oni stanowili o sile ofensywnej drużyny i przesądzili o wysokim zwycięstwie.
Dzięki temu triumfowi Santiago znacząco zbliżyło się do czołowej trójki przed przerwą w rozgrywkach. Milkeen natomiast ugrzęzło w dolnej części tabeli – do piątego miejsca traci sześć punktów, ale sezon jeszcze się nie skończył. Przed nami aż 12 kolejek, więc wciąż jest czas, by powalczyć o lepszy wynik.
Spotkanie między Warsaw Pistons a BS Zadymiarze zapowiadało się bardzo jednostronnie ze względu na rewelacyjną formę, jaką prezentują goście. Gospodarze natomiast przystępowali do meczu z ósmej lokaty, po dotkliwej porażce sprzed tygodnia.
Pierwsza połowa przyniosła niesamowite emocje i zwroty akcji, zwłaszcza w jej początkowych minutach. Skreślane na starcie Warsaw Pistons jako pierwsi wyszli na prowadzenie po niespełna dwóch minutach gry. Kolejna minuta przyniosła aż trzy kolejne trafienia - dwa ze strony gości oraz jedną bramkę dorzuconą przez Mateusza Malimona. Mateusz prezentował tego dnia znakomitą dyspozycję, zdobył wszystkie cztery gole dla swojego zespołu i był zdecydowanie wyróżniającą się postacią w drużynie gospodarzy. W pewnym momencie ekipa w czarnych koszulkach prowadziła niespodziewanie 4:2, lecz tuż przed przerwą dała sobie wbić trzy gole i rezultat do przerwy wynosił 4:5.
Druga połowa meczu to już absolutna dominacja Zadymiarzy. Po przeciętnej jak na nich pierwszej części gry, goście wyszli na drugą połowę odmienieni. Już po niespełna pięciu minutach zdobyli cztery bramki, które praktycznie przesądziły o losach spotkania. Gole padały głównie po dużych błędach defensywy Pistons. Zadymiarze kontrolowali przebieg gry do końca meczu, czerpiąc przy tym ogromną przyjemność z gry. Do końcowego gwizdka dołożyli jeszcze trzy trafienia, zwyciężając tym samym po raz piąty z rzędu. Genialna dyspozycja Dominika Zawiślaka oraz Michała Nesterowicza była kluczowa dla osiągnięcia takiego wyniku. Ich kreowanie gry i współpraca między formacjami zdecydowanie wyróżniają się na tle całej ligi.
Po tym spotkaniu BS Zadymiarze umocnili się na fotelu lidera i kontynuują swoją znakomitą passę zwycięstw. Jeśli chodzi o Warsaw Pistons, ich gra mimo wszystko napawa optymizmem. Gdyby nie znacznie słabsza druga połowa, z pewnością zasłużyliby na coś więcej niż tak dotkliwa porażka.
W rzęsistym deszczu przyszło rywalizować w niedzielny wieczór ekipom Kanarków i Olimpiku. Gospodarze, w nowych strojach i z pełnym składem, przystąpili do spotkania z drużyną z Ukrainy w doskonałych nastrojach. Początek meczu to prawdziwy popis skuteczności Mateusza Chatrego, który błyskawicznie otworzył wynik po przechwycie, a następnie dołożył kolejne dwa trafienia. Kanarki zyskały spokój w grze i – ku radości całej ławki rezerwowych – wyraźnie dominowały na boisku.
Olimpik sprawiał wrażenie, jakby nie dotarł na pierwsze minuty meczu, przez co musiał odrabiać straty. Przebudzenie gości nastąpiło przy stanie 3:0. Najpierw zdobyli pierwszą bramkę w meczu, a chwilę później trafili po raz drugi, łapiąc kontakt. W tym okresie kapitalnie między słupkami spisywał się Jakub Piwowarczyk, który kilkoma świetnymi interwencjami utrzymał Kanarki na prowadzeniu. Przy wyniku 3:2 gospodarze potrafili jeszcze przed przerwą podwyższyć rezultat, dzięki czemu po 25 minutach rywalizacji mieliśmy 4:2.
Po zmianie stron znacznie lepiej zaczęli grać zawodnicy z Ukrainy. Kanarki złapały lekki przestój, co rywale skrzętnie wykorzystali, doprowadzając do remisu 4:4. Na szczęście gospodarze szybko odzyskali rytm i ponownie wyszli na prowadzenie. W drugiej części spotkania znów błyszczał Jakub Kowalski, który był niezwykle aktywny w ofensywie – to po jego świetnych akcjach Kanarki odskoczyły i ustaliły wynik meczu na 7:4.
Olimpik zasługuje na uznanie za walkę i determinację, jednak tego dnia lepsza była drużyna gospodarzy. Kanarki po raz kolejny sięgnęły po zwycięstwo i wyraźnie zgłaszają aspiracje do walki o najwyższe cele w tym sezonie.
Po tym meczu – ponownie będącym aluzją do sezonu Lato 2025 – pozostał pewien niedosyt. Przy nieco mniej drastycznych warunkach pogodowych byłby to naprawdę świetny pojedynek jak na standardy 14. Ligi, jednak zawodnicy musieli skupić się przede wszystkim na tym, by nie nabawić się kontuzji na śliskiej murawie. Nie znaczy to jednak, że zabrakło emocji – wręcz przeciwnie.
BRD błyskawicznie wyszło na prowadzenie, gdy górną piłkę posłaną na ich połowę strącił głową Marcin Miszkurka, a futbolówka trafiła prosto pod nogi Maćka Karczewskiego, który płaskim strzałem pokonał Artura Macka. Heavyweight Heroes szybko odpowiedzieli. Najpierw wyrównali za sprawą aktywnego Mateusza Nykiela, a następnie wyszli na prowadzenie, gdy Rafał Spodar wykorzystał podanie od Marka Malenki i sprytnym strzałem po koźle zaskoczył Adriana Kloskowskiego.
Doskonałą okazję na wyrównanie miał Karol Nowicki, jednak jego strzał z rzutu karnego poszybował nad poprzeczką. Po serii wzajemnych kontrataków, wielu niecelnych górnych podań i momentami bardziej fizycznej gry, doszło do prawdziwego zwrotu akcji. Ku niedowierzaniu wszystkich, gola z własnego pola karnego zdobył bramkarz gospodarzy Macek, lobując wysuniętego Kloskowskiego. Ten niespodziewany gol ustalił wynik do przerwy na 3:2, choć piłkarze z Bródna mogli mieć do siebie sporo pretensji. To oni byli stroną nieco bardziej dominującą, lecz zawiodła ich dokładność i decyzje w kluczowych momentach.
Na szczęście dla widowiska, goście nie wyszli na drugą połowę ze spuszczonymi głowami. Wręcz przeciwnie – zmotywowani, ruszyli po odwrócenie losów spotkania. Kluczową rolę w tym, mimo fatalnych warunków, odegrał Adam Wojciechowski, który najpierw asystował przy trafieniu Nowickiego, następnie sam wpisał się na listę strzelców po rzucie rożnym, a na koniec zaliczył decydujące podanie przy golu Mateusza Adamca.
Choć remis również byłby wynikiem sprawiedliwym, żadna z drużyn nie zamierzała tego wieczoru dzielić się punktami. Ostateczny rezultat tego spotkania miał duże znaczenie – wyraźnie podzielił tabelę na dwie grupy: zespoły walczące o podium oraz te broniące się przed spadkiem.







)
)
)
)
)
)
)
)
)