Sezon Lato 2021
Relacje meczowe: 5 Liga
Będące na najniższym stopniu podium Tylko Zwycięstwo podejmowało After Wolę, która pomimo 5. pozycji w tabeli wciąż broniła się przed strefą spadkową. Początek pierwszej połowy był dość wyrównany – oba zespoły badały możliwości rywala. Gospodarze prezentowali bardziej ofensywne podejście, lecz w tej fazie meczu brakowało im skuteczności. Z kolei goście powoli, od własnej połowy, konstruowali kontrataki.
Wiele wskazywało na to, że gol dla Tylko Zwycięstwa jest kwestią czasu. Jednak w 7. minucie to After Wola niespodziewanie objęła prowadzenie. Ten obrót spraw dodał spotkaniu rumieńców. Gospodarze, wciąż nieskuteczni pod bramką rywala, coraz częściej próbowali doprowadzić do wyrównania i w końcu dopięli swego. Od tego momentu przewaga Tylko Zwycięstwa stawała się coraz bardziej widoczna. Pomimo kilku dogodnych sytuacji goście nie zdołali pokonać dobrze dysponowanego Sebastiana Papierza, a sami w ostatnich minutach pierwszej połowy dwukrotnie musieli rozpoczynać grę od środka boiska.
Druga połowa należała już zdecydowanie do faworytów. W ciągu pierwszych pięciu minut powiększyli swój dorobek strzelecki o trzy gole, obejmując bezpieczną przewagę. After Wola, wspierana przez kibiców i swojego lidera Pawła Fronczaka, stojącego za linią boczną, nie potrafiła znaleźć sposobu na dobrze grających rywali. Nie mając już nic do stracenia, goście zdecydowali się wpuścić swojego kapitana na boisko. Zabieg ten szybko przyniósł efekt – After Wola zdobyła drugiego gola, przy którym asystował Paweł. Jednak upływający czas działał na ich niekorzyść. Przysłowiowy gwóźdź do trumny wbił Andrzej Morawski, ustalając wynik meczu w 50. minucie na 8:2.
Tylko Zwycięstwo obroniło swoją pozycję w lidze, natomiast After Wola jest już jedną nogą w strefie spadkowej.
Mecz pomiędzy liderem tabeli, czyli zespołem, który do tej pory nie stracił ani jednego punktu i miał na koncie pięć zwycięstw w pięciu meczach a drużyną znajdującą się bliżej strefy spadkowej niż podium, z reguły trudno uznać za wyrównany. W klasycznym futbolu 11 na 11 takie historie zdarzają się rzadko. Ale futbol 6x6 rządzi się swoimi prawami. Tutaj naprawdę każdy może wygrać z każdym, niezależnie od miejsca w tabeli. I właśnie to jest w nim najpiękniejsze.
Niedzielne spotkanie tylko to potwierdziło. Przez pierwsze 15 minut oglądaliśmy bardzo wyrównaną rywalizację. Owszem, Mareckie Wygi częściej utrzymywały się przy piłce i kreowały więcej sytuacji, ale trudno powiedzieć, by raz za razem zagrażały bramce Lagi. Pierwszy gol padł dopiero w 15. minucie. Nie po długiej akcji, lecz po kapitalnym dalekim podaniu bramkarza Mateusza Klefasa, który idealnie obsłużył Szymona Pietruchę. Ten znalazł się sam na sam z golkiperem i z zimną krwią wykorzystał okazję.
W kolejnych minutach obraz gry nie uległ dużej zmianie. Laga próbowała wyrównać, lecz Mareckie Wygi grały konsekwentnie w obronie i same miały kilka szans, by podwyższyć prowadzenie. Piłka jednak bywa nieprzewidywalna i tym razem los napisał inny scenariusz.
Na kolejne trafienia musieliśmy czekać aż do 37. minuty, ale gdy już padły, emocje eksplodowały. Laga zdobyła dwa szybkie gole, odwracając losy meczu i wychodząc na prowadzenie. W ekipie gości dwa razy w krótkim odstępie trafiał Julian Wzorek. Mareckie Wygi natychmiast jednak odpowiedziały błyskawiczną akcją i doprowadziły do remisu. Wszystkie te bramki były efektem walki, determinacji i błędów w defensywie - typowe „robocze gole”, które pokazują charakter obu drużyn. Po tym szalonym fragmencie mieliśmy remis 2:2.
Ale Laga nie zamierzała się zatrzymywać. Zagrała świetną akcję pozycyjną, która ponownie wyprowadziła zespół na prowadzenie. Wydawało się, że Laga dowiezie zwycięstwo do końca, wszak na zegarze zostało tylko siedem minut.
Jednak duet Klefas – Pietrucha miał inne plany. W ostatnich minutach meczu znów zadziałała ta sama kombinacja: długie podanie Klefasa, główka Pietruchy i piłka w siatce! W ten sposób Mareckie Wygi wyrównały praktycznie w ostatniej akcji meczu, ratując punkt i podtrzymując swoją serię meczów bez porażki.
Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 3:3. Mareckie Wygi pozostają niepokonane i wciąż liderują w tabeli, choć tym razem tracą pierwsze punkty w sezonie. Laga z kolei może być z siebie dumna. Z jednej strony urwała punkty liderowi, z drugiej jednak ma prawo czuć niedosyt, bo zwycięstwo było naprawdę blisko.
Kryształ po pierwszym zwycięstwie w poprzedniej kolejce stanął przed niezwykle trudnym zadaniem – zmierzyć się z Feniksem, który do tej pory wygrał wszystkie pięć meczów. Mało kto spodziewał się, że zespół z Targówka zdoła przerwać tę imponującą serię lidera, a jednak dokonał tego w wielkim stylu.
Spotkanie rozpoczęło się zgodnie z przewidywaniami. Fenix szybko narzucił wysokie tempo i już po kilku minutach prowadził 2:0. Wydawało się, że wszystko potoczy się po myśli faworyta, lecz Kryształ błyskawicznie wrócił do gry. W okolicach 10. minuty było już 3:2 dla gospodarzy, którzy przejęli kontrolę nad meczem. Świetnie funkcjonował duet braci Rucińskich, raz po raz rozmontowujących defensywę rywali, a Kubiszer dołożył prawdziwe dzieło sztuki – eleganckim strzałem w samo okienko bramki. Kryształ nie zamierzał się zatrzymywać. Do końca pierwszej połowy utrzymywał inicjatywę i schodził na przerwę z zasłużonym prowadzeniem 6:3.
Druga połowa była bardziej wyrównana, ale to wciąż Targówek był skuteczniejszy. Na nieco ponad dziesięć minut przed końcem spotkania prowadził już 8:4 i wydawało się, że sprawa jest rozstrzygnięta. Wtedy jednak Fenix włączył tryb turbo – w krótkim czasie odrobił wszystkie cztery bramki i doprowadził do remisu! Głównym bohaterem tej pogoni był Jevhenii Palamarchuk, który zdobył aż cztery gole i dał swojemu zespołowi nadzieję na uratowanie punktu.
Ale los miał przygotowany jeszcze jeden zwrot akcji. Gdy zegar wskazywał ostatnią minutę meczu, na scenę wkroczył zawodnik meczu – i całej 5. ligi w tej kolejce – Igor Ruciński. W ostatniej akcji spotkania przyjął piłkę, obrócił się z rywalem na plecach i uderzył z dystansu nie do obrony. Piłka wpadła do siatki, a Kryształ mógł świętować sensacyjne i dramatyczne zwycięstwo. Ruciński zakończył mecz z pięcioma golami na koncie, po raz kolejny udowadniając, jak kluczową postacią jest dla swojego zespołu.
Fenix doznał pierwszej, bardzo bolesnej porażki w sezonie, ale mimo tego wciąż pozostaje jednym z głównych faworytów rozgrywek. Kryształ z kolei pokazał ogromny charakter, determinację i wiarę w siebie, potwierdzając, że nie zamierza rezygnować z walki o miejsce na podium.
Spotkanie pomiędzy Warsaw Eagle a Ajaksem Warszawa miało zdecydowanie jednostronny przebieg. Gospodarze przystąpili do meczu w mocno osłabionym składzie, co od początku było widoczne na boisku. Już w ósmej sekundzie spotkania Ajaks objął prowadzenie po trafieniu Bartka Kopacza - to jedno z najszybszych goli w historii rozgrywek Ligi Fanów. Od tego momentu goście całkowicie przejęli kontrolę nad meczem, urządzając sobie prawdziwy festiwal strzelecki. Ostatecznie Ajaks zwyciężył aż 25:4, nie pozostawiając złudzeń co do swojej dominacji.
Najskuteczniejszym zawodnikiem spotkania był Natan Czyżewski, który zdobył aż 8 bramek. Świetne zawody rozegrał również Bartek Kopacz, autor 7 trafień. Po hat-tricku dołożyli Dominik Kossowski i Jakub Pastewka, Wojtek Lewandowski trafił dwukrotnie, a Jan Zaborny i Adrian Tarnowski dorzucili po jednym golu.
Mimo wysokiej porażki, gospodarze nie złożyli całkowicie broni i starali się zdobywać bramki honorowe, jednak różnica klas między zespołami była tego dnia aż nadto widoczna.
Dla Ajaksu to pierwsze punkty w tym sezonie, które z pewnością podniosą morale drużyny. Choć ekipa wciąż zajmuje ostatnie miejsce w tabeli, tak efektowne i przekonujące zwycięstwo może być zapowiedzią długo wyczekiwanego przełamania.
Gdy grają ze sobą zespoły Dzików z Lasu II i Na2Nóżkę, niemal pewne jest, że nikt nie może się nudzić, oglądając ich mecze. Nie inaczej było w niedzielny wieczór na arenie AWF-u. Ekipa gości znakomicie weszła w spotkanie i już po kilku minutach prowadziła z zespołem z Bielan kilkoma golami. Gospodarze zaliczyli koszmarny start – praktycznie każda groźna akcja rywali kończyła się bramką.
Oczywiście team Michała Ossowskiego miał swoje szanse, ale znakomicie między słupkami spisywał się Aleksander Sordylewicz, skutecznie wyłapując strzały przeciwników. Ekipa Dzików zdobyła jedynego gola przy stanie 0:2, ale później bramki strzelali już tylko goście. Do przerwy było 1:6 i nic nie wskazywało na odrodzenie gospodarzy.
Po zmianie stron jednak z impetem do odrabiania strat ruszyła ekipa z Bielan. W ciągu zaledwie pięciu minut strzeliła trzy bramki, a wynik 4:6 brzmiał już bardzo niepokojąco dla zespołu Na2Nóżkę. Goście musieli się pozbierać, by nie wypuścić niemal pewnego zwycięstwa, ale zanim zdążyli się zorganizować, Dziki doprowadziły do wyrównania. Świetnie pracował w defensywie Dawid Goździewski, a w ofensywie brylował Michał Ossowski.
Od stanu 6:6 goście potrafili ponownie wstrzelić się w bramkę i objąć prowadzenie. Gospodarze dążyli do wyrównania, jednak po jednej z kontr stracili kolejną bramkę. W samej końcówce zdołali jeszcze pokonać golkipera rywali, ale była to tylko bramka zmniejszająca rozmiary porażki.
Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 7:8, a obu ekipom należą się brawa za świetne widowisko na zakończenie zmagań szóstej kolejki Ligi Fanów.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)