Sezon Lato 2021
Relacje meczowe: 3 Liga
Spotkanie pomiędzy FC Prykarpattia a GLK od początku zapowiadało się ciekawie. Z jednej strony aktualny lider tabeli, z drugiej drużyna walcząca o utrzymanie na 3-ligowym poziomie rozgrywkowym. Choć różnica punktowa była spora, przez dłuższy czas oglądaliśmy na boisku intensywne starcie.
Pierwsze bramki padły dopiero pod koniec pierwszej połowy. Wynik meczu otworzył Sławek Farion, dając prowadzenie GLK, a chwilę później z rzutu karnego na 2:0 podwyższył Mateusz Grabowski. Gospodarze zdołali szybko odpowiedzieć - kontaktowego gola zdobył Vladyslav Zhykariev, przywracając nadzieję zawodnikom Prykarpattii. Jednak tuż przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę ponownie zaatakowali goście i po trafieniu Macieja Kondraciuka znów odskoczyli na dwubramkowe prowadzenie.
Druga połowa rozpoczęła się obiecująco dla gospodarzy. Bohdan Yosypchuk trafił do siatki, zmniejszając stratę do jednego gola. Niestety, jak się później okazało, był to ostatni pozytywny akcent w ich wykonaniu. Lider rozgrywek włączył wyższy bieg i całkowicie przejął kontrolę nad meczem. Piłkarze GLK tworzyli składne akcje, które przekładały się na kolejne trafienia. Najpierw błyskawicznie odpowiedzieli golem, odzyskując bezpieczną przewagę, a z każdą minutą ich dominacja stawała się coraz bardziej widoczna.
Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 8:2 na korzyść GLK. Goście potwierdzili, że ich miejsce na szczycie tabeli nie jest przypadkowe, utrzymując pozycję lidera po tej kolejce. Prykarpattia, mimo ambitnej i momentami odważnej gry, nie była w stanie zatrzymać rozpędzonych rywali.
Trudne zadanie czekało drużynę Comeback – naprzeciw niej stanęła Warsaw Sinaloa, jedyna niepokonana ekipa w lidze do tego momentu. Różnica punktowa między zespołami wynosiła jednak zaledwie dwa oczka, więc ewentualne zwycięstwo dawało Comebackowi awans nad rywali i realne zbliżenie się do pierwszej trójki. I właśnie tak się stało.
Pierwsza połowa była dość wyrównana. Sinaloa częściej utrzymywała się przy piłce, ale to Comeback był zabójczo skuteczny. W ofensywie błyszczał przede wszystkim Kostiantyn Didenko, który już w pierwszej połowie skompletował hat-tricka. Trafiał na różne sposoby, pokazując pełen wachlarz piłkarskiego doświadczenia. Na jego tle zarówno rywale, jak i koledzy z drużyny momentami wyglądali chaotycznie. On zaś z chłodną głową rozwiązywał każdą sytuację. Sinaloa zdołała odpowiedzieć tylko raz, a gola zdobył Mateusz Nejman.
Druga połowa miała być próbą odrabiania strat przez Sinaloę, ale zamiast pościgu zobaczyliśmy serię niepowodzeń. Warszawiacy wiedzieli, że dwie bramki to niewielka różnica, i ruszyli do ataku. Mieli kilka świetnych okazji, by zmniejszyć dystans, lecz zawiodła skuteczność, a gdy piłka już zmierzała do siatki, kapitalnymi interwencjami popisywał się bramkarz Comebacku, Jevhenii Kost. Dodatkowym ciosem była kontuzja Patryka Abbassiego, lidera ofensywy, który nie dokończył spotkania. Z każdą niewykorzystaną akcją w szeregach Sinaloa narastały frustracja i nerwy, co przełożyło się na trzy żółte kartki i jeszcze większy chaos w grze.
Comeback tymczasem konsekwentnie realizował swój plan. Wykorzystywał błędy rywala, szybkie kontry i stałe fragmenty gry. Po jednym z rzutów wolnych trafił Ivan Vidosević, z rzutu karnego skutecznie uderzył Valentyn Synkevych, a Didenko dołożył jeszcze dwa kolejne gole, kończąc mecz z imponującym dorobkiem pięciu trafień. Sinaloa do końca walczyła o honorowe bramki. W ostatniej akcji ponownie trafił Mateusz Nejman, ustalając wynik na 8:2 dla Comebacku.
W ten sposób w 3. lidze nie ma już niepokonanych drużyn, co tylko podnosi temperaturę rywalizacji o podium. Zarówno Comeback, jak i Warsaw Sinaloa pozostają bardzo blisko czołówki, a to oznacza, że w najbliższych kolejkach czeka nas pasjonujący wyścig o TOP 3.
Obie drużyny zanotowały niezły start w tym sezonie – po trzy zwycięstwa w pięciu pojedynkach, co zapowiadało bardzo emocjonujące spotkanie. I takie właśnie dostarczyły wszystkim zgromadzonym wokół boiska, na którym rozgrywany był ten mecz.
Początek rywalizacji należał zdecydowanie do gospodarzy, którzy błyskawicznie objęli prowadzenie po golu Yildiztaca. Goście jeszcze dobrze się nie otrząsnęli, a przegrywali już dwoma bramkami – tym razem Ostapińskiego pokonał Mizzayev. Ten sam zawodnik w kolejnej akcji trafił ponownie, a kiedy na 4:0 podwyższył Narimanli, można było odnieść wrażenie, że zawodnicy obu ekip nie do końca wiedzą, co właśnie się wydarzyło.
Od tego momentu Deluxe Barbershop skupił się na obronie, a Husaria Mokotów starała się „wrócić” do gry. I udało im się to szybciej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. W 12. minucie po dobrej kombinacyjnej akcji gości gola zdobył Kamiński. Chwilę później samobójcze trafienie Abdullayeva dało wiatr w żagle ekipie Tomka Hubnera. Zaledwie 90 sekund później Borowski strzelił trzeciego gola dla Husarii i wynik brzmiał już 4:3.
Końcówka pierwszej części meczu również należała do gości. Stan rywalizacji wyrównał Borowski, a pierwsze prowadzenie w tym spotkaniu swojej drużynie dał Herman. Do przerwy goście prowadzili 5:4.
Początek drugiej odsłony to dalsza dominacja Husarii, która za sprawą Urmanowskiego szybko wyszła na dwubramkowe prowadzenie. Dalsze losy pojedynku również toczyły się pod dyktando gości, którzy jednak byli bardzo nieskuteczni. W końcu, gdy do siatki trafili Hubner i Chojnacki, wydawało się, że wynik tego meczu jest przesądzony.
Nic bardziej mylnego – od tego momentu ekipa z Mokotowa zaczęła masowo popełniać proste błędy, które poskutkowały trzema trafieniami dla Deluxe Barbershop. Mimo nerwówki i sporego chaosu w końcówce spotkania, ostatnie słowo należało do gości, a konkretnie do Mamli, który z bliskiej odległości pokonał bramkarza rywali i przypieczętował zasłużone – z perspektywy pełnych 50 minut gry – zwycięstwo swojej drużyny.
Łowcy II w tym sezonie grają w kratkę i nie mogą przebić się do górnej części tabeli. Orzeły Stolicy w tej kampanii nie zdobyły jeszcze punktów i z nadziejami podchodziły do starcia z ekipą z Ukrainy.
Początek meczu ze wskazaniem na gości, którzy potrafili strzelić bramkę i objęli prowadzenie. Gospodarze starali się atakować, ale dobrze w bramce spisywał się Filip Grzywaczewski. Łowcy jednak po kilku minutach wyrównali. Orzeły Stolicy były dobrze zorganizowane i konsekwentnie grały w defensywie. To dało efekty – po kolejnych kontrach wyszli na prowadzenie, a jeszcze przed przerwą goście podwyższyli wynik. Do przerwy mieliśmy rezultat 1:3.
Po zmianie stron Łowcy ruszyli do odrabiania strat i dość szybko doprowadzili do remisu. W ataku wyróżniali się Orest Petryszyn i Denys Blank, który jednak nie zawsze wracał do defensywy. Po jednej z takich akcji, gdy stracił piłkę, Orzeły ruszyły z kontrą i ponownie objęły prowadzenie. Od tego momentu, gdy tylko jedna ekipa wychodziła na prowadzenie, druga natychmiast odpowiadała trafieniem. Na pięć minut przed końcem meczu mieliśmy remis 5:5. Wtedy Łowcy przeprowadzili znakomitą, zespołową akcję i po raz pierwszy w tym spotkaniu wyszli na prowadzenie.
Gdy wydawało się, że gospodarze mają już niemal pewne punkty, Orzeły rzutem na taśmę najpierw wyrównały, a na sekundy przed końcowym gwizdkiem Maciej Kiełpsz potężnym strzałem zapewnił gościom pierwsze zwycięstwo w tym sezonie.
Czy ten mecz wyglądał jak starcie drużyn z przeciwnych końców tabeli? Bez wątpienia tak. Nie mamy już złudzeń, że przetasowania kadrowe w ekipie gospodarzy spowodowały tak dużą zmianę w charakterze tego teamu, że dogonienie stawki 3. ligi jest już po prostu niemożliwe. Oczywiście podopiecznym Patryka Kamoli nie brakuje ani talentu, ani kondycji, ale to jednak za mało na tym poziomie. Tutaj liczy się zgranie drużynowe, kolektyw – coś, nad czym Vikersonn pracował latami i pokazuje to w każdym meczu.
Tak było i tym razem. Powoli, ale solidnie goście budowali przewagę na boisku, a gola otwierającego wynik już w 6. minucie zdobył Ivan Vovk. Vikersonn często rozgrywał piłkę z wykorzystaniem bramkarza i dało się zauważyć, że taki styl gry Tonie Majami zupełnie nie leży. Po kwadransie gry, po golach Serhija Avkhimovycha i Yuriego Rubinskiego, było już 0:4, a dopiero wtedy gospodarze złapali kontakt po trafieniu Patryka Kamoli. Vikersonn odpowiedział jeszcze przed przerwą i schodził do szatni z solidnym prowadzeniem 1:5.
Warto dodać, że frekwencja gości zasługuje na uznanie – mieli tak szeroką ławkę rezerwowych, że dokonywali zmian niemal całego składu. Gospodarze dysponowali za to zaledwie jednym zmiennikiem i był to kolejny czynnik, który przełożył się na wynik.
Wprawdzie po zmianie stron dość szybko Kajetan Lipiński trafił na 2:5, ale zmęczenie dawało o sobie znać i do końca meczu punktowali już tylko goście. Mimo wybitnie niekorzystnego wyniku Tonie Majami starało się atakować do samego końca, a Vikersonn nie lekceważył przeciwnika – nawet mając wysoką przewagę, wolał przerwać kontratak faulem. Po jednym z takich, wyraźnie intencjonalnych fauli Kajetan Lipiński nie wytrzymał emocji i posłał siarczystą wiązankę w stronę przeciwnika, za co został ukarany czerwonym kartonikiem. Z jednej strony można zrozumieć frustrację, ale osłabianie drużyny – również na kolejne mecze – to nie jest coś, co wróży Tonie Majami dobrą przyszłość.
Za to dla Vikersonna ta przyszłość jawi się coraz lepiej, bo dzięki temu zwycięstwu wskoczyli na drugi stopień podium.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)