Sezon Lato 2021
Relacje meczowe: 7 Liga
W ramach 10. kolejki naszej ligi mieliśmy okazję zobaczyć starcie pomiędzy Kresovią Warszawa a Dnipro United FC. Faworytem tego spotkania, biorąc pod uwagę aktualne miejsca w tabeli obu ekip, była oczywiście drużyna gospodarzy. Kresovia od samego początku narzuciła szybkie tempo gry, a jej ofensywa była tego dnia fenomenalnie dysponowana w porównaniu do słabiej prezentującej się defensywy graczy Dnipro. Piłkarze w białych trykotach skutecznie realizowali swój plan, raz po raz nacierając na bramkę rywala. Robili to na tyle skutecznie, że pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 4:1.
Obraz drugiej części spotkania był niemal identyczny jak w pierwszej. Kresovia kontrolowała grę, nie dając wielu szans na odzew piłkarzom Dnipra. Wśród zawodników, którzy szczególnie przyczynili się do sukcesu gospodarzy, był Aleksander Martyniuk. Był on bowiem kreatorem akcji ofensywnych swojego zespołu, zdobywając 4 bramki oraz dokładając asystę. Warto również docenić Oleksandra Tovchyhę, zawodnika gości, który dwoił się i troił, aby utrzymać swoją drużynę w grze, jednak był bezsilny wobec dobrze zorganizowanej ekipy Kresovii. Ostatecznie gospodarze wygrali 9:4, umacniając swoją pozycję w tabeli.
Mecz Sante i ADP Wolska Ferajna rozpoczął się od mocnego akcentu. Już w pierwszej minucie goście objęli prowadzenie za sprawą Przemysława Fudały, który wykorzystał zamieszanie w polu karnym. Gospodarze jednak błyskawicznie odpowiedzieli – Adam Lewandowski wyrównał, a chwilę później ponownie trafił do siatki, dając Sante prowadzenie 2:1.
Spodziewaliśmy się walki i dokładnie to dostaliśmy. Sante, mimo że startuje w rundę z zerowym dorobkiem punktowym, nie zamierzało biernie przyglądać się, jak reszta stawki ucieka. Ich przewaga jednak nie trwała długo – w 10. minucie ADP ponownie doprowadziło do remisu, a gola zdobył Bartek Oleksiewicz. Po tym wyrównującym trafieniu, mimo optycznej przewagi Sante, zaczęło być widać pierwsze oznaki zmęczenia. Brak szerokiej ławki rezerwowych dawał się we znaki, a utrzymanie wysokiego tempa meczu stawało się coraz trudniejsze.
ADP powoli przejmowało inicjatywę, ale gospodarze nie składali broni. W 18. minucie Tomasz Kawalec miał doskonałą okazję po szybkim kontrataku, jednak świetną interwencją popisał się Wiktor Stankowski, który przez cały mecz prezentował wysoki poziom. Na przerwę drużyny schodziły przy stanie 2:2, ale było jasne, że Sante, jeśli chce myśleć o punktach, będzie musiało wykrzesać z siebie resztki sił.
Druga połowa zaczęła się od szybkiego ciosu – w 7. minucie Damian Nieskórski skierował piłkę do siatki. A właściwie – przekierował strzał swojego kolegi, odbierając mu gola, ale nie było czasu na sentymenty, liczył się wynik. Chwilę później Sante zdołało wyrównać – Albert Piórkowski idealnie dograł do Grzegorza Kozłowskiego, który pewnie zamienił podanie na bramkę. Niestety, to był już prawie ostatni pozytywny akcent dla gospodarzy w tym meczu.
Od tego momentu ADP całkowicie przejęło kontrolę nad spotkaniem, a sygnał do ofensywy dał Amadeusz Obzejta. Mówienie o „dominacji” w tym przypadku nie jest przesadą – Sante, choć waleczne, było po prostu zbyt zmęczone, a ich krótka ławka rezerwowych nie pozwalała na skuteczne zarządzanie siłami. Goście momentami zaczęli nawet bawić się grą, lecz tym razem im to nie zaszkodziło.
Na minutę przed końcem Grzegorz Kozłowski jeszcze zdobył czwartego gola dla Sante, lekko osładzając tę porażkę i ustalając wynik na 4:9. Mimo przegranej gospodarze pokazali się z dobrej strony – gdyby nie zmęczenie, mogliby realnie liczyć na punkty. Liczymy, że na kolejne mecze pojawi się więcej zawodników, co pozwoli im lepiej zarządzać siłami. ADP natomiast zgarnia cenne trzy punkty, które przybliżają ich do czołówki – tym bardziej że ich rywale z drugiego i trzeciego miejsca stracili punkty.
Patrząc na przebieg tego spotkania, szczególnie w pierwszych minutach, można było odnieść wrażenie, że FC Melange nie obudził się jeszcze z zimowego snu. Już w 5. minucie Wataha wyszła na prowadzenie po golu Miłosza Czerneckiego, a chwilę później napór gości poskutkował samobójczym trafieniem gospodarzy – było już 0:2.
W 8. minucie żółtą kartkę obejrzał Przemysław Kacperski, lecz Melanż długo nie potrafił wykorzystać przewagi liczebnej. Co ciekawe, przez chwilę goście grali nawet w czwórkę z powodu źle przeprowadzonej zmiany, ale nawet to nie pomogło gospodarzom w znalezieniu sposobu na pokonanie Michała Pindela. Dopiero w końcówce kary udało się zdobyć wymęczonego gola.
Pierwsza połowa była wyjątkowo trudna dla FC Melange – kolejny gol Watahy wisiał w powietrzu, a w 19. minucie tylko fenomenalny refleks Bartka Jakubiela uchronił gospodarzy przed stratą bramki. W 23. minucie po spięciu sędzia pokazał podwójną karę, a chwilę później Dominik Suracki podwyższył wynik na 1:3. Kolejne trafienie Watahy obnażyło niemoc FC Melange – gospodarze stracili gola, grając w przewadze, a po raz kolejny na listę strzelców wpisał się Suracki.
Po zmianie stron dramat gospodarzy trwał. W 32. minucie rzutu karnego nie wykorzystał Łukasz Krysiak, a kapitalną interwencją popisał się Michał Pindel. Pomarańczowi ewidentnie nie mieli swojego dnia, za to Wataha kontrolowała przebieg gry i w 38. minucie wydawało się, że mecz jest już zamknięty – goście prowadzili 1:6.
Dopiero w ostatnich siedmiu minutach FC Melange w końcu pokazał swój potencjał. Powoli, ale skutecznie, zaczęli odrabiać straty. W 42. minucie Andres Carmona dobił strzał Bartka Podobasa, a chwilę później sam Podobas popisał się precyzyjnym uderzeniem z rzutu wolnego i nagle zrobiło się 3:6. W końcówce Kamil Pietrzykowski i Łukasz Słowik dołożyli jeszcze po golu, ale otrzeźwienie przyszło zdecydowanie za późno. Wataha dowiozła zwycięstwo do ostatniego gwizdka i zgarnęła komplet punktów.
To spotkanie było jednostronne, ale nie dlatego, że zawodnicy Q-Ice nie mieli nic do powiedzenia. Wręcz przeciwnie – walczyli ambitnie z faworyzowanym Shot DJ, jednak tego dnia ekipa Jeremiego Szymańskiego była po prostu nie do zatrzymania.
Pierwszy gol padł dopiero w 9. minucie, ale już przed przerwą goście odskoczyli na tyle, by spokojnie kontrolować resztę meczu. Do 19. minuty wynik brzmiał już 0:5 po trafieniach Michała Wasiaka, Eduarda Tran Vana, Filipa Olaka, Jeremiego Szymańskiego oraz jednym golu samobójczym. Kapitan Shot DJ był tego dnia wyjątkowo aktywny, a przeciwnicy często podwajali krycie, by zatrzymać jego rajdy.
W 24. minucie gospodarze mieli w końcu powód do radości – kapitan Łukasz Mróz popisał się fenomenalnym uderzeniem i trafił do siatki niemal przez całe boisko. Do przerwy było 1:6, a po zmianie stron kwartet Olak-Szymański-Wasiak-Tran Van nie zwalniał tempa, regularnie meldując się na liście strzelców i asystentów.
Warto także odnotować dobry występ nowego bramkarza Shot DJ – Marcina Poręby, który dał się pokonać tylko trzykrotnie. Goście zanotowali pierwsze zwycięstwo w rundzie wiosennej i umocnili się na pozycji lidera 7. ligi.
Rodzina Soprano vs Saska Kępa było spotkaniem 7. Ligi, pomiędzy gospodarzami, goniącymi lidera Shot DJ, a drużyną znajdującą się w środku tabeli. Pierwszy mecz na jesień został zdominowany przez drużynę Soprano, która do tej rundy podchodzi niestety nieco osłabiona. Ich gwiazda, Girma Ramos, nie zjawił się na boisku, a z tego, co wiemy, nie będzie on obecny również w rundzie rewanżowej. To duża strata, która, jak później pokazał właśnie ten mecz, wyszła na jaw podczas 10. kolejki.
Spotkanie rozpoczęło się dramatycznie dla ekipy vicelidera 7. Ligi. Drużyna Saskiej Kępy bowiem postawiła szczelny mur w obronie i nastawiła się na szybkie ataki rywala. I ta taktyka się sprawdziła, bowiem po pierwszych 25 minutach mieliśmy wynik 4:0 dla Saskiej Kępy. Rodzina Soprano po ciężkich, cierpkich i konkretnych słowach musiała gonić wynik w drugiej połowie. Co było całkiem bliskie realizacji. Wszystko szło po ich myśli, udało się odrobić 3 bramki straty, lecz na przeszkodzie stanęły dwie rzeczy. Pierwszą z nich był nieoczekiwany samobój Krzysztofa Kulibskiego, który zamknął mecz wynikiem 3:5. Drugą – znakomita dyspozycja między słupkami Daniela Piecyka.
Niby nic szczególnego można powiedzieć, przecież to nie pierwszy raz, kiedy bramkarz ratuje drużynę w meczu. Zgadza się! Ale Daniel Piecyk jeszcze chwilę przed meczem nie wiedział, że będzie on tego dnia między słupkami drużyny gości. Daniel nie jest nominalnym bramkarzem, lecz stwierdził, że przy nieobecności nominalnego golkipera to on weźmie sprawy w swoje ręce – i zrobił to, jak widać po wyniku końcowym, znakomicie. Gratulujemy zasłużonego wyróżnienia na zawodnika całej kolejki, a drużynie Saskiej Kępy trzech oczek po emocjonującym starciu!
Rodzinie Soprano natomiast życzymy szybkiego powrotu do punktowania, gdyż na ten moment są oni jedynym zespołem w naszych oczach, który realnie ma szansę rywalizować z obecnym liderem i próbować go dogonić, zapewniając jeszcze jakieś emocje w walce o mistrzostwo tej ligi.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)