reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
10:00

Mecz między Rodziną Soprano a Q-ICE Warszawa rozpoczął się z wysokim tempem, a pierwsze minuty sugerowały, że drużyna gości może stawić opór. Od początku Girma Ramos napędzał ofensywę gospodarzy, a ze strony przeciwników aktywny był Eduard Vakhidov. W 9. minucie Soprano zmarnowało świetną okazję, trafiając w słupek, mimo że cała bramka stała otworem. Obie drużyny próbowały zdobyć otwierającego gola, a Aleksander Grabowski kilkakrotnie ratował zespół świetnymi interwencjami. Pierwszy kwadrans meczu był zaskakująco wyrównany, mimo że Q-ICE było skazywane na porażkę. Goście mieli swoje szanse, ale niewykorzystane okazje zemściły się, gdy w 18. minucie Krzysztof Kulibski wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Próby wyrównania były nieskuteczne, a pod koniec pierwszej połowy gospodarze dołożyli jeszcze dwa gole, kończąc ją wynikiem 3:0. Druga połowa przyniosła totalne załamanie gry Q-ICE. Już po 10 minutach stracili pięć bramek! Choć w 40. minucie gościom udało się zdobyć pierwszego gola z rzutu rożnego, to było już za późno. Rodzina Soprano trafiała nieustannie, a rywale próbowali jedynie minimalizować straty. Bramkarz Q-ICE, po serii wpuszczonych goli, zrezygnował z dalszej gry, co dodatkowo pogorszyło sytuację. Mateusz Cieślak zastąpił go i mimo trudnej sytuacji, postanowił dograć mecz do końca. Ostateczny wynik 15:4 dla Soprano pokazuje ich dominację, a Krzysztof Kulibski, z czterema bramkami i kilkoma asystami, umocnił swoją pozycję w rankingach indywidualnych.

3
10:00

Po czterech seriach gier w siódmej lidze pozostały zaledwie dwa zespoły, które wyraźnie zaznaczyły swoje mistrzowskie aspiracje poprzez zdobycie kompletu punktów. Wśród nich znajdował się FC Melange, któremu minionej niedzieli, na obiektach warszawskiego AWFu, przyszło się zmierzyć z FC Torpedo Andrija Barana. Ukraiński zespół grał do tej pory w kratkę, zdobywając zaledwie cztery punkty, które dawały tylko jedno oczko przewagi nad strefą spadkową. Tym samym, mimo odmiennej sytuacji w tabeli, dla obydwu ekip było to starcie o tzw. sześć punktów. W sam mecz zdecydowanie lepiej weszli gospodarze, którzy momentalnie przejęli inicjatywę, próbując przy tym zepchnąć rywali do głębokiej defensywy. Na efekty takich założeń taktycznych nie musieliśmy czekać zbyt długo. Po składnej akcji w wykonaniu Kamila Marciniaka oraz Łukasza Słowika, FC Melange otworzył wynik. Następnie udało im się podwyższyć przewagę do stanu 3:0. Właśnie przy takim wyniku, arbiter główny zakończył pierwszą odsłonę. W drugiej części pojedynku zawodnicy w pomarańczowych strojach nie obniżyli dynamicznego tempa, przy czym nie stracili na dokładności. W pojedynkach w defensywie brylował wcześniej wspomniany Marciniak, a w fazie destrukcji prym wiódł niezawodny Słowik. Dzięki tak fantastycznej dyspozycji tego duetu, FC Melange bez większych problemów pokonał FC Torpedo aż 7:2. Gracze gospodarzy podkreślili tym samym swoje mistrzowskie aspiracje.

4
11:00

O 11:00 na sektorze B Saska Kępa podejmowała Shot DJ. Mimo że faworytem spotkania była drużyna gości, nie przebiegło ono według ich planu. Zaczęło się jednak dobrze, gdy Salif Yattara popisał się indywidualną akcją i wyprowadził ekipę w niebieskich barwach na prowadzenie. Kiedy wyglądało na to, że Shot ma mecz pod kontrolą mimo skromnego prowadzenia, gospodarze wyrównali, a niedługo później wyszli na prowadzenie. W szeregi gości wdarło się zamieszanie i to oponenci utrzymywali kontrolę nad meczem. Byli dłużej przy piłce, szanowali ją i mądrze rozgrywali akcje. Shot DJ mógł liczyć jedynie na wykończenie akcji z kontry. Po przerwie gra faworytów zdecydowanie się poprawiła, co doprowadziło do remisu 2:2 Potem przez dłuższy czas oglądaliśmy bezbramkowe, dość równe starcie. Ponownie na prowadzenie wychodzą gospodarze i walka o chociaż jeden punkt dla gości rozpoczyna się od nowa. W końcówce spotkania swoją trzecią bramkę zdobywa Salif Yattara. Bez wątpienia to on dał swojej drużynie wiatr w żagle. Do końca meczu piłka nie zatrzepotała już w żadnej z bramek i chociaż ostatnie minuty należały do Shota, to z przebiegu całego meczu, remis 3:3 wydaje się być sprawiedliwy.

5
11:30

6 punktów – właśnie tyle miały przed bezpośrednim spotkaniem z 5.kolejki ekipy KK Wataha i ADP Wolska Ferajna. Tym samym nie musimy chyba tłumaczyć, że zwycięzca tej pary robił krok w stronę walki o podium, a przegrany znacznie sobie komplikował sytuację w tej materii. Trudno było wskazać faworyta, chociaż nieobecność w Ferajnie Oskara Nieskórskiego była dość znacząca. Pierwsza połowa była wyrównana, aczkolwiek pod względem bramek lepsza dla Watahy. To wcale nie musiało się jednak skończyć wynikiem 3:2 po 25 minutach, bo Wolska Ferajna, zwłaszcza w końcówce tej odsłony zaczęła łapać dobry rytm i oprócz gola kontaktowego Damiana Nieskórskiego, mogła dołożyć jeszcze przynajmniej jedno trafienie. Co się jednak odwlekło, to nie uciekło i na początku drugiej odsłony wciąż trwał dobry fragment Mateusza Nejmana i spółki. Pozwoliło to doprowadzić do remisu, jednak przeciwnicy błyskawicznie odzyskali gola przewagi po trafieniu Maćka Lulki. Tyle że to była jedna z niewielu ofensywnych akcji Watahy w finałowej połowie. Trudno powiedzieć, czy taka była taktyka, czy rywal im nie pozwalał na więcej, jednak kierownicę w dłoni mieli cały czas gracze z Woli. Tyle że minuty mijały, a rezultat się nie zmieniał, co spowodowało, że przegrywający postanowili zagrać z lotnym bramkarzem. To się opłaciło, bo po fajnie wyklepanej akcji, Mateusz Nejman – z drobną pomocą jednego z obrońców – w końcu wpakował piłkę do siatki i gdybyśmy mieli tutaj pokusić się o opinię, to wynik 4:4 byłby sprawiedliwy. Futbol nie zawsze bywa jednak wymierny i zaraz po tym, jak Ferajna wyrównała, rywale znów odskoczyli na odległość trafienia dzięki Dominikowi Surackiemu. Czasu na odrobienie tej minimalnej straty już nie wystarczyło i gracze ADP przegrali mecz, w którym w naszej ocenie wcale nie byli słabsi. Zabrakło trochę szczęścia, zarówno pod bramką przeciwnika, jak i własną, no ale kto będzie o tym pamiętał za jakiś czas. Co do Watahy, to wynik był zdecydowanie lepszy niż sama gra i wydaje nam się, że podopieczni Przemka Kacperskiego mieli świadomość, że trochę się tutaj prześlizgnęli. Chociaż to też jest sztuka, by grać słabiej, a i tak zapisać na swoje konto pełną pulę.

Reklama