Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 4 Liga
W spotkaniu Virtualnych z Byczkami oglądaliśmy dwie różne połowy. W pierwszej od początku do ataków ruszyła ekipa z Babic. Dość szybko przełożyło się to na dwie bramki i gospodarze musieli na starcie gonić wynik. W teamie Marka Giełczewskiego brakowało kilku podstawowych zawodników, którzy stanowią o sile drużyny. Jednak mimo tak poważnych osłabień, Virtualni nie poddawali się i po przechwycie Sebastian Chrzanowski strzelił gola kontaktowego. Byczki ponownie głównie po prostych błędach w obronie dorzucili kolejne trafienia i wydawało się, że spokojnie będą kontrolować mecz. Przy stanie 2:4 jeszcze przed przerwą oglądaliśmy zryw gospodarzy. Uaktywnił się Szymon Kolasa i razem z popularnych „Chrzanem" doprowadzili do remisu. 4:4 taki rezultat widniał na tablicy wyników po 25 minutach rywalizacji. Po zmianie stron na boisku istniały już tylko Byczki. Co prawda długo utrzymywał się wynik 4:5 po bramce Oscara Kani. W końcówce worek z bramkami się rozerwał, a goście wykorzystali praktycznie wszystkie szanse jakie mieli. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 4:9. Niestety w drugiej połowie w ofensywie gospodarze praktycznie nie istnieli, a że w defensywie widać było brak komunikacji i sporo błędów to musiało skończyć się porażką. Byczki po raz pierwszy w tym sezonie wygrywają i będą chcieli w kolejnych meczach wspinać się w górę ligowej tabeli.
Spotkanie pomiędzy pierwszą drużyną Awantury Warszawa, a FC Radler Świętokrzyski rozpoczęło się od dwóch doskonałych okazji podbramkowych z obydwu stron. Wiele starć w środku pola, mało gry taktycznej, bardziej presja na rywalu oraz dążenie do szybkiego strzelenia gola - taką taktykę obrały oba zespoły z delikatną przewagą Awantury. Raził trochę brak przeprowadzania składnych akcji i mieliśmy trochę szarpanej gry, ale i takie mecze trzeba wygrywać. Skutecznie z perspektywy Awantury otworzył się wynik spotkania, ponieważ gospodarze wyszli na dwubramkowe prowadzenie. Radler obudził się i starał się nawiązać kontakt z rywalem, a ta sztuka mu się udała mimo, że niepotrzebnie starali się wejść z piłką do bramki. Nie próbowali zbyt często zaskoczyć bramkarza rywali strzałami z dystansu, ale trzeba przyznać, że mieli trochę szczęścia, bo bramkę kontaktową strzelili po samobóju drużyny przeciwnej. Pozytywnym aspektem w tej części w szeregach gości była postawa Daniela Kosińskiego, który pod koniec pierwszej połowy wybronił sytuację sam na sam i uratował wynik. Do przerwy 2:1. Po zmianie stron sytuacja na boisku znacząco się nie różniła od pierwszej połowy i to Awantura kontrolowała przebieg spotkania. Mimo krótkiej ławki rezerwowych podczas tego meczu, zdołała wytrzymać trudy spotkania i utrzymać prowadzenie do końca meczu, dzięki czemu finalnie zwyciężyli 4:2 i przełamali serię dwóch minimalnie przegranych meczów pod rząd.
Niezwykle ciekawie zapowiadało się spotkanie Popalonych Styków z LTM Warsaw. Obie ekipy z aspiracjami do walki o mistrzostwo chciały wygrać i dopisać cenne trzy punkty. Pierwsza połowa to niemoc strzelecka z obu stron. Dużo było walki w środku pola i gdy ekipy dochodziły do sytuacji to napastnicy seryjnie marnowali wypracowane okazje. Nie mógł się wstrzelić nawet Krzysiek Kulibski, co nie jest rzeczą normalną, bo pamiętamy jak seryjnie ten zawodnik trafiał do bramki rywali w poprzednim sezonie. Goście w końcówce pierwszej połowy wykorzystali jedną akcję i Artur Jędrych dał prowadzenie gościom. Po zmianie stron gospodarze dążyli do wyrównania. Po jednym z błędów w obronie Julia Błażejowska przejęła piłkę popędziła na bramkę rywali i strzałem z dystansu nie dała szans bramkarzowi. Remis jednak nie utrzymał się długo, bo chwilę po wyrównaniu sędzia podyktował karnego dla LTMu. Popularny Kaka pewnie go wykorzystał i było 1:2. Od tego momentu ekipa Irka Webera stanęła i to Popalone Styki przejęły inicjatywę. Po bramce na remis poszli za ciosem i w końcówce byli zabójczo skuteczni. Ostatecznie pokonali LTM 5:2 i mimo, że mają rozegrany jeden mecz mniej, to są obecnie liderem w czwartej lidze. Jak widać po spadku można się trochę przeorganizować i znów odnosić sukcesy.
Obie drużyny całkiem nieźle radziły sobie na starcie sezonu i chyba w obu obozach panowało przekonanie, że wręcz trzeba pokonać najbliższego rywala. Znacznie lepiej w mecz wszedł Wierny. Szybkie trzy bramki kolejno: Tomka Adamczyka, Marcina Kowalskiego i Piotra Gratkowskiego sprawiły, że już po 7 minutach ekipa ze Służewca prowadziła 0:3 i to całkowicie zasłużenie. Na ławce Iglicy wręcz wrzało z powodu wyniku i postawy gospodarzy w pierwszych minutach. Jednak z biegiem czasu impet Wiernego słabł, a coraz mocniej do głosu dochodzili Igliczanie. W obozie gospodarzy panowało przekonanie, że trzeba strzelić chociaż jedną bramkę przed przerwą i wtedy wszystko będzie jeszcze możliwe. Jakże prorocze okazały się te słowa w perspektywie całego spotkania. W 20 minucie Mateusz Pietrusiński po raz pierwszy pokonał bramkarza Wiernego i do przerwy mieliśmy wynik 1:3. Iglica poczuła, że ten mecz nie jest jeszcze stracony i od razu po zmianie stron ruszyła do kolejnych ataków. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać i już w 26 minucie ponownie do bramki trafił Mateusz Pietrusiński. Bardzo dobrze w drugiej części prezentował się też Krystian Zbrzeski, z którym rywale mieli spore problemy. Miał on swoje przysłowiowe pięć minut, kiedy doprowadził do remisu 3:3. Tym razem reakcja Wiernego była natychmiastowa – Marcin Kowalski minutę później ponowienie wyprowadził ekipę ze Służewca na prowadzenie. Wierny mógł w końcówce zamknąć mecz, ale nie wykorzystał świetnej okazji, za to ponowne do siatki trafiła Iglica doprowadzając do stanu 4:4. Mimo kilku szans z obu stron wynik już się nie zmienił. Tak jak tydzień temu Wierny odwrócił losy meczu, tak teraz to oni dali się dogonić rywalowi. Nie mniej jednak z perspektywy całego spotkania podział punktów był jak najbardziej zasłużony.
Oldboys Derby z charyzmatycznym kapitanem na czele podejmował Margerite Team. Różnica miejsc w tabeli mogłaby wskazywać, że zdecydowanym faworytem będą goście, w końcu lider podejmował 7 drużynę w tabeli. Jednak te kilka miejsc w pozycji to różnica raptem 2 pkt, czyli tak naprawdę tym meczem jedni i drudzy mogli zamienić się miejscami. Niemal cała pierwsza połowa wyglądała jakby waga tego spotkania sparaliżowała nogi obydwu zespołów. na pierwszą bramkę musieliśmy czekać aż do końcowych fragmentów gry. Na prowadzenie wyszedł zespół OldBoysów, najlepszy zawodnik tego meczu, Tomek Ciesielski otworzył wynik spotkania. Wydawało się, że na drugą połowę gospodarze wyjdą z jednobramkową przewagą, ale nie pozwolił na to Aleksander Celuch, który w ostatniej akcji pierwszej odsłony spotkania doprowadził do wyrównania. Pierwsze 10 minut gry w drugiej połowie należało do gospodarzy, którzy zdobyli aż 3 bramki i zapewnili sobie spokój już do końca meczu. Jeszcze Olek Celuch próbował poderwać swój zespół zdobywając bramkę z rzutu wolnego, ale na nic się to zdało, bo w odpowiedzi jego zespół jeszcze dwukrotnie wyciągał piłkę z siatki. Oldboysi wygrywają 6:2 potwierdzając zwyżkującą dyspozycję, jednocześnie wyprzedzając w tabeli swoich oponentów.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)