Sezon 2018/2019
Relacje meczowe: 4 Liga
Na pierwszy ogień niedzielnych zmagań wyszły zespoły Nieuchwytnych oraz Ukrainian Devils. Słońce w pełni, atmosfera gorąca – a w takim anturażu ukraińskim Diabłom zdecydowanie łatwiej było odnaleźć się w zastanych warunkach. Nazwa zobowiązuje.
Przebieg spotkania od początku do końca układał się na korzyść drużyny z Ukrainy. Owszem, przez chwilę tliła się nadzieja dla Nieuchwytnych z Różanej, lecz ów płomyk szybko zgasł, gdy rywale dorzucili kolejną bramkę… i kolejną… i kolejną. Do przerwy można było jeszcze mówić o pozorach walki o punkty, jednak chwilę po wznowieniu gry to wrażenie całkowicie się rozwiało.
Był moment, gdy mecz niepotrzebnie zaogniły słowne utarczki, co było zupełnie zbędne – tym bardziej, że do tego czasu oba zespoły grały w spokojnym, typowo wakacyjnym tempie. Spotkanie obyło się bez boiskowych fajerwerków, ale najważniejsze, że zakończyło się w pełnym zdrowiu po obu stronach. Niespodzianki więc nie było, bo być jej po prostu nie mogło.
W meczu dwóch ukraińskich drużyn Legion wychodził na boisko jako wyraźny faworyt, a patrząc na dotychczasowe wyniki obu ekip, można się było spodziewać gradu bramek. Rzeczywistość okazała się jednak inna. Socca to sport nieprzewidywalny – i po raz kolejny mieliśmy okazję się o tym przekonać.
Pierwsza połowa bardziej przypominała partię szachów niż mecz piłkarski. Oba zespoły ostrożnie rozgrywały piłkę i rzadko stwarzały realne zagrożenie pod bramką rywala. Ostatecznie w tej części gry padły tylko trzy gole. Najpierw trafił Elbek Muhammadaliyev po efektownej wymianie podań z Ivanem Pushkarenko na skraju pola karnego. Patriot odpowiedział jednak dwoma trafieniami – Volodymyr Pedosiuk wykorzystał błąd obrońcy Legionu, a Pavlo Domin zamknął dośrodkowanie z rzutu rożnego na dalszym słupku. Do przerwy mieliśmy więc nieco niespodziewane, ale w pełni zasłużone prowadzenie Patriota, który skutecznie odsuwał ciężar gry od własnej bramki i potrafił sam kreować sytuacje.
Po zmianie stron wzrosła liczba fauli i nerwowych momentów, ale w ofensywie długo niewiele się zmieniało. Wszystko odwrócił jednak błysk geniuszu. Najpierw Elbek przebiegł z piłką niemal całe skrzydło i precyzyjnie uderzył w długi róg, a minutę później potężnym strzałem z rzutu wolnego pokonał mur i bramkarza. Co ciekawe, oba gole zdobył w sytuacji, gdy jego drużyna grała w osłabieniu!
Nagle mecz całkowicie się odwrócił, a Patriot musiał gonić wynik. Chwilę później zrobiło się 4:2. Drużyna Patriota miała jeszcze swoje szanse – strzał w słupek, kapitalne interwencje bramkarza Legionu, a nawet sytuację, w której trzykrotnie z bliska uderzano w Mykolę Semeniuka – ale piłka uparcie nie chciała wpaść do siatki.
Ostatecznie Legion umocnił się w czołowej trójce i wciąż pozostaje w walce o tytuł. Patriot zagrał dobry mecz, lecz tym razem zabrakło mu skuteczności, by sięgnąć po punkty.
Mecz rozpoczął się równocześnie z intensywną, jesienną mżawką, która sprawiała wrażenie, jakby obie drużyny odkładały zdobywanie bramek na lepszą pogodę. Pierwszy gol padł dopiero w 13. minucie – dokładnie w momencie, gdy deszcz ustał, a zza chmur wyszło słońce. Jak się okazało, zaświeciło ono przede wszystkim dla Bulls i – wybiegając w przyszłość – pozostało z nimi już do końca spotkania.
W ciągu zaledwie sześciu minut Byki zdobyły cztery bramki, z czego aż trzy po rykoszetach. Na listę strzelców wpisali się Dmytro Litvinchuk, Oleksander Kardash, Vadym Chiriukanov i Ivan Markovych. Ta seria najwyraźniej całkowicie podcięła skrzydła Dnipro, które po raz kolejny wyszło na boisko w mocnym składzie i z nadziejami na inny scenariusz. Tym razem jednak nie udało się odwrócić losów meczu, nawet w pierwszej połowie. Dopiero pod jej koniec goście odpowiedzieli golem Oleha Ilnytskiego, ale na tym ich strzelecka aktywność się zakończyła.
Druga połowa długo nie przynosiła zmian wyniku – Dnipro nie potrafiło zdobyć kontaktowej bramki i, mówiąc szczerze, nie prezentowało swojego najlepszego ataku. Bulls również nie grali z pełną intensywnością w ofensywie, ale pewnie kontrolowali przebieg meczu. Aż wreszcie, na kwadrans przed końcem, urządzili prawdziwą demolkę – zdobyli pięć kolejnych goli i ostatecznie rozgromili rywala.
Tym zwycięstwem Bulls potwierdzili, że będą liczyć się w walce o mistrzostwo i medale. Dawne Torpedo natomiast kontynuuje niechlubną serię porażek, lecz można być pewnym, że w kolejnych spotkaniach spróbuje jeszcze pokazać dobrą piłkę.
Force Fusion FC kontra Inferno Team, czyli lider mierzący się z drużyną ze środka tabeli zapowiadał się raczej na jednostronne widowisko, jednak – jak to w futbolu bywa – doszło do małej niespodzianki.
Od samego początku to właśnie zawodnicy występujący pod szyldem „Ognistego potwora” narzucili swoje tempo gry, nie pozwalając rywalom na spokojne wejście w mecz. Ekipa gości, prowadzona przez Kacpra Pawłowskiego, pokazała, że przyjechała po trzy punkty – celnie i konsekwentnie punktując lidera.
Gospodarze nie zamierzali jednak składać broni. Duet Piotr Szpilarewicz – Ruslan Yakubiv (ten duet zdobył wszystkie gole dla Force Fusion) robił, co mógł, by odwrócić losy spotkania. W drugiej połowie ta para napędzała grę lidera na tyle skutecznie, że udało się zdobyć bramkę kontaktową, a w powietrzu zaczęło unosić się widmo remisu.
Wtedy jednak ponownie do głosu doszedł Kacper Pawłowski – dwoma znakomitymi rajdami podwyższył prowadzenie zespołu Igora Patkowskiego, przesądzając o zwycięstwie Inferno Team II. Te trzy punkty pozwalają im wciąż realnie myśleć o podium, a jeśli będą w stanie występować w takim samym, mocnym składzie, ta wiara jest w pełni uzasadniona.
Force Fusion FC traci część swojej przewagi i teraz w kolejnych meczach musi zagrać na maksimum możliwości, jeśli chce sięgnąć po mistrzostwo.







)
)
)
)
)
)
)
)