Sezon 2018/2019
Relacje meczowe: 4 Liga
Zderzenie dwóch ekip z dolnej części tabeli 4. Ligi miało być dla jednej z nich momentem przełamania. FC Patriot, którzy do tej pory nie zdobyli choćby punktu, w końcu mogli unieść ręce w geście zwycięstwa. Nie przyszło to jednak łatwo, bo Nieuchwytni – mimo że teoretycznie słabsi – postawili się bardzo solidnie.
Już na początku gospodarze objęli prowadzenie po przechwycie Khomenki tuż przed polem karnym i szybkim strzale. Odpowiedź Nieuchwytnych była niemal natychmiastowa – Kyselov oddał mocny strzał po ziemi z ostrego kąta i mieliśmy remis. Następnie Petriv popisał się ładną, indywidualną akcją, która dała gościom prowadzenie 2:1. Patriotom udało się jednak doprowadzić do wyrównania – ponownie za sprawą Khomenki, który wykończył dogranie w polu karnym. Mimo wielu prób z dystansu, gospodarze nie potrafili objąć prowadzenia.
Druga część rozpoczęła się fatalnie dla Patriotów. Nieudane wybicie bramkarza wykorzystał Kyselov, trafiając do pustej bramki. Ataki następowały z obu stron, lecz przez dwadzieścia minut nie padła żadna bramka. Gdy wydawało się, że Nieuchwytni dowiozą skromne zwycięstwo, pod koniec spotkania nastąpił zwrot. Najpierw Buts przebojowym rajdem wyrównał na 3:3, a w kolejnej akcji – po szybko rozegranym rzucie rożnym – Pedosiuk zdobył gola na 4:3, ustalając wynik meczu. Atmosfera w końcówce była napięta – doszło do przepychanek, w wyniku których dwóch zawodników zostało ukaranych żółtymi kartkami.
Patriot wreszcie może odetchnąć – trzy punkty w końcu trafiają na ich konto. Nieuchwytni natomiast pokazali się z dobrej strony, ale ostatnie minuty przesądziły o ich losie.
Spotkanie dwóch ukraińskich drużyn w 4. lidze zapowiadało się wyjątkowo ciekawie. Obie ekipy miały na koncie po jednym zwycięstwie i jednej porażce, a więc stawką były nie tylko trzy punkty, ale i przewaga w bezpośredniej walce o czołowe lokaty w tabeli. Napięcie było wyczuwalne gołym okiem – obie strony podeszły do meczu z pełną koncentracją i wolą zwycięstwa.
Pierwsza część spotkania toczyła się pod dyktando Dnipro – częściej utrzymywali się przy piłce, tworzyli więcej sytuacji, jednak świetnie dysponowany był bramkarz Legionu, Mykola Semeniuk, a momentami brakowało też skuteczności. Pierwsza bramka padła w 12. minucie – po nieudanym rzucie rożnym Legionu, szybki kontratak wykończył Zakharii Mor, który najpierw sprytnie minął rywala, a chwilę później pokonał bramkarza w sytuacji sam na sam. Po tej bramce inicjatywę przejął już Legion i zaczął tworzyć coraz groźniejsze akcje. Wyrównanie przyszło po potężnym strzale z dystansu autorstwa Bohdana Batiuka. Kilka minut później, po błędzie przy wyrzucie z autu, bracia Czornobajowie skarcili rywali – Pavlo przejął piłkę, podał do Jurija, a ten bez problemu zdobył drugą bramkę dla swojego zespołu. Do przerwy to Legion prowadził 2:1 i wyglądał na coraz pewniejszy siebie zespół.
W drugiej połowie obraz gry się nie zmienił. Już w 27. minucie zawodnik Dnipro, Siarhei Zdanovich, został ukarany żółtą kartką za faul taktyczny. Dwie minuty później Legion zamienił ten faul na kolejne trafienie – po indywidualnej akcji skrzydłem Elbeka Abduraxmonova, który perfekcyjnie dograł w pole karne, Batiuk zdobył swoją drugą bramkę i podwyższył wynik na 3:1. Od tego momentu Legion całkowicie kontrolował wydarzenia na boisku. Bracia Czornobajowie wzięli grę na siebie i do końca spotkania dorzucili jeszcze cztery bramki, ustalając końcowy rezultat na 6:1.
Trudno uwierzyć, że tak wyrównany i napięty mecz zakończył się tak wysoką porażką Dnipro. Zabrakło im być może kogoś, kto pociągnąłby zespół w trudnym momencie i przechylił szalę zwycięstwa, gdy piłka nie chciała wpaść do siatki. Gdy Torpedo ma swój dzień – potrafi wygrać wysoko, jak w meczu z Patriotem (6:0). Gdy nie – kończy się jak z Ukrainian Devils (0:6) czy teraz z Legionem (1:6).
Podobnie wygląda sytuacja Legionu – tydzień wcześniej przegrali 0:7 z Force Fusion, dziś wygrywają 6:1. Czwarta liga to prawdziwa karuzela nastrojów, w której wyniki bywają bardzo mylące i nie zawsze oddają przebieg gry. Kto zachowa chłodną głowę i ustabilizuje formę, ten może sięgnąć po podium. Na ten moment lepiej wygląda Legion, ale tu wszystko może zmienić się z tygodnia na tydzień.
FC Ukrainian Devils w zeszłą niedzielę po raz pierwszy w letnim sezonie zaznali goryczy porażki. Na ich drodze do sukcesu stanęło Force Fusion FC, które do tej pory nie straciło ani punktu, a jego zwycięstwa były dość okazałe.
Gospodarze nie najlepiej rozpoczęli to spotkanie — już w 2. minucie bramkarz Volodymyr Antoshka musiał wyciągać piłkę z siatki. Diabły miały okazję na szybkie wyrównanie, ale nie zdołały wykorzystać trzyminutowej gry w przewadze. Co więcej, goście chwilę po powrocie wykluczonego zawodnika (ukarany żółtą kartką) podwyższyli swoje prowadzenie. Obie drużyny prezentowały się bardzo dobrze, a ich ambicje sięgały walki o jak najlepszy wynik do samego końca. Kontaktowy gol gospodarzy dodał temu widowisku dodatkowego smaczku. Szybkie kontrataki przeplatane spokojną budową akcji dodawały uroku meczowi. Pierwsza połowa zakończyła się jednobramkowym prowadzeniem Force Fusion, a losy spotkania wciąż pozostawały otwarte.
Druga odsłona, podobnie jak pierwsza, rozpoczęła się od bramki dla gości — również w drugiej minucie. Tym razem Piotr „Szpila” Szpilarewicz huknął jak z armaty, ściągając pajęczynę z okienka bramki. Była to prawdziwa wisienka na torcie tego meczu. Oba zespoły nie zwalniały tempa i grały na pełnych obrotach, dostarczając kibicom świetnego widowiska. Mimo dużego zaangażowania i licznych prób, aż do 48. minuty nie padły kolejne gole. Dopiero wtedy gospodarze zdobyli bramkę kontaktową. Nie mając już nic do stracenia, Diabły postawiły na lotnego bramkarza. Zabieg ten jednak nie przyniósł oczekiwanego rezultatu i Force Fusion mogło cieszyć się z kolejnej wygranej, pozostając liderem oraz jedyną niepokonaną drużyną 4. ligi.
Wicelider mierzący się z zespołem ze strefy spadkowej — na papierze było to jedno z łatwiejszych do przewidzenia spotkań. Jak się jednak okazało, nawet najpewniejsi typerzy mogli się solidnie pomylić.
To Byki rozpoczęły strzelanie w tym meczu — i to od razu dwukrotnie. Podrażnieni takim początkiem zawodnicy Igora Patkowskiego wzięli się do roboty, a dwie szybkie bramki Krzysztofa Olpińskiego przywróciły nadzieję, że to spotkanie wciąż można odwrócić. Niestety dla gospodarzy, FC Bulls tego dnia mieli wyraźnie „patent” na ognistą ekipę. Ich szczelna defensywa skutecznie zamurowała dostęp do bramki, nie pozwalając na stratę żadnego gola do końca meczu. Co więcej, jeszcze przed przerwą goście dołożyli kolejne dwa trafienia i na przerwę schodzili z prowadzeniem 4:2 — sensacyjnie, ale zasłużenie.
Druga połowa to głównie walka w środku pola i wiele niecelnych prób z obu stron. Choć padła tylko jedna bramka (ponownie autorstwa FC Bulls), to intensywność i nieustępliwość w grze obu drużyn mogły się podobać. Walka o każdy centymetr boiska toczyła się niemal przez całe 25 minut.
Tego dnia to goście mogli cieszyć się ze zwycięstwa — okazali się zespołem z lepszym planem na mecz i skuteczniejszym wykonaniem. Temat końcowego triumfu w lidze pozostaje jednak otwarty, a my z niecierpliwością czekamy na ich kolejne występy!







)
)
)
)
)
)
)
)