Sezon 2017/2018
Relacje meczowe: 9 Liga
Mecz 6. kolejki 9. Ligi Fanów pomiędzy KSB II Warszawa a Królewskimi Wola okazał się jednostronnym widowiskiem, które od pierwszych minut miało tylko jednego bohatera. Obie drużyny przed tym spotkaniem znajdowały się w dolnych rejonach tabeli – po pięciu kolejkach miały zaledwie po trzy punkty i desperacko potrzebowały zwycięstwa, aby wydostać się ze strefy zagrożenia. Jednak już po kilku minutach gry było jasne, że tego dnia tylko Królewscy przyjechali na warszawski AWF z realnymi szansami na komplet punktów.
Gospodarze mieli ogromne problemy kadrowe, co od razu przełożyło się na wydarzenia na boisku. Goście dominowali w każdym aspekcie – byli szybsi, bardziej agresywni i niezwykle skuteczni pod bramką rywala. Już w 2. minucie wynik otworzył Kłosowski, a chwilę później podwyższył Olwiński. W 6. minucie ponownie trafił Kłosowski, w 8. Olwiński, a po jedenastu minutach gry na tablicy widniał już wynik 5:0 po golu Biegajły. Kiedy w 15. minucie Kłosowski skompletował hat-tricka, było jasne, że losy meczu są przesądzone. Do przerwy Królewscy prowadzili aż 8:1 – po trafieniach Tomaszewskiego, Myszkiewicza i honorowym golu Pokrzywy dla KSB.
Druga połowa była kontynuacją dominacji gości – kolejne bramki zdobywali Lewandowski, Myszkiewicz, Tomaszewski, Krakowiak, a prawdziwym katem gospodarzy okazał się ponownie Kłosowski, który trafiał niemal przy każdej okazji.
Spotkanie zakończyło się miażdżącym zwycięstwem Królewskich z Woli 15:2, a sam Kłosowski zdobył aż sześć goli. Dla KSB II Warszawa była to bolesna lekcja futbolu i poważny sygnał alarmowy przed następnymi kolejkami, natomiast goście mogą mieć nadzieję, że to efektowne zwycięstwo stanie się dla nich punktem zwrotnym w sezonie.
W przedmeczowych zapowiedziach zastanawialiśmy się, czy Skorpiony stać w tym sezonie na coś więcej niż walkę o utrzymanie i chyba otrzymaliśmy odpowiedź negatywną. Faktem jest, że gospodarze są cieniem samych siebie z poprzedniego sezonu, a co gorsza – nie widać zbytnio perspektyw na poprawę.
Zespół Artura Kałuskiego stawił się na rywalizację z ASAP Vegas w siedmioosobowym składzie, więc już na starcie było wiadomo, że na wybieganych rywali to zdecydowanie za mało. ASAP kontrolował mecz właściwie od pierwszej do ostatniej minuty. Już pierwsza połowa pokazała, że będzie to spotkanie do jednej bramki – i to dosłownie.
Ofensywę gości napędzali Kacper Drozdowicz, Łukasz Czerwionka oraz Robert Rząca, a obrońcy Skorpionów nie mieli pomysłu, jak skutecznie powstrzymywać ich ataki. Premierowe 25 minut zakończyło się wynikiem 0:8, choć rezultat mógł być jeszcze wyższy. Do tego doszedł sprokurowany rzut karny (oczywiście wykorzystany przez ASAP Vegas) oraz trafienie samobójcze i mieliśmy pełen komplet nieszczęść, jakie mogły spaść na A.D.S.
Druga część meczu, jak można się było spodziewać, również przebiegała pod dyktando gości. Skorpiony z każdą minutą opadały z sił, ale ambitnie walczyły przynajmniej o trafienie honorowe. Próbował szarpać Tomasz Świeczka, próbował Dominik Dedek, lecz brakowało im wsparcia ze strony kolegów. Tymczasem ASAP Vegas nie miał żadnych problemów – nawet gdy nie forsował tempa i nie musiał grać na 100% swoich możliwości, wciąż był przynajmniej o klasę lepszy od rywali. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 0:23.
Gospodarze grali na tyle, na ile mogli, ale ASAP Vegas jest obecnie w takiej formie, że nawet przy pełnym, najmocniejszym składzie Skorpiony miałyby niewielkie szanse na sukces.
To był prawdziwy pokaz ofensywnego futbolu! W meczu, który miał być hitem kolejki, emocji nie brakowało od pierwszego gwizdka. Gamba Veloce rozpoczęła z przytupem i już na początku spotkania Olek Florczuk wykorzystał błąd w obronie i dał swojej drużynie prowadzenie. Ten gol tylko podrażnił lidera rozgrywek. Iglica szybko się otrząsnęła i zaczęła grać swoje. Kapitalną formę potwierdził Kacper Romanowski, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, a Sebastian Szczygielski dorzucił swoją bramkę, dając trochę oddechu swoim kolegom. W kolejnych minutach obraz gry się nie zmienił – wciąż dominowało ofensywne nastawienie i chęć zdobywania kolejnych bramek. Do przerwy gospodarze prowadzili 5:2, pokazując, dlaczego są na czele tabeli.
Po zmianie stron tempo nie spadło ani na moment. Obie ekipy postawiły na otwartą grę, dzięki czemu kibice zobaczyli aż piętnaście bramek! Gamba próbowała gonić wynik, ale defensywa Iglicy oraz fenomenalny występ jej bramkarza – późniejszego MVP kolejki w 9. lidze – okazały się kluczowe. Golkipera gospodarzy nie złamał nawet rzut karny, który pewnie obronił, podkreślając swój wielki dzień.
Ostatecznie Iglica wygrała 9:6, utrzymując komplet punktów i pozycję lidera. Mimo porażki Gamba pokazała ogromny potencjał. Z takim stylem i zaangażowaniem na pewno będzie liczyć się w walce o podium.
W tej kolejce doszło do jednej z większych niespodzianek rundy. KS Sandacz, drużyna która od początku sezonu prezentowała solidny poziom i zorganizowaną grę uległa zespołowi TRCH, wciąż poszukującemu swojego pierwszego zwycięstwa. A wszystko zaczęło się zgodnie z planem gospodarzy.
Od pierwszych minut Sandacz miał inicjatywę. Długo utrzymywał się przy piłce, rozgrywał cierpliwie i konsekwentnie szukał otwarcia wyniku. Sytuacji nie brakowało, ale zawodziła skuteczność. Zarówno Aleksander Olender, jak i Krzysztof Rostankowski mieli swoje okazje, jednak piłka uparcie omijała bramkę TRCH. W końcu gospodarze dopięli swego - po składnej akcji objęli prowadzenie i wydawało się, że wszystko zmierza w stronę kolejnych trzech punktów.
Druga połowa napisała jednak zupełnie inną historię. TRCH wróciło na boisko z nową energią i wiarą, że ten mecz można jeszcze odwrócić. Przełom nadszedł w 32. minucie, kiedy Kamil Pasik popisał się kapitalnym uderzeniem z rzutu wolnego - z rotacją, mocno i precyzyjnie w długi róg. Ta bramka tchnęła życie w gości, którzy momentalnie poczuli krew i szybko dołożyli drugie trafienie.
Choć Słojkowski zdołał jeszcze wyrównać, Sandacz ponownie ruszył do ataku i wydawało się, że odzyska kontrolę nad spotkaniem. Ale tym razem scenariusz był zupełnie inny. W końcówce błysnął Emil Mostowski, który rozegrał prawdziwy koncert. Jego hat-trick całkowicie pogrążył gospodarzy - pewność w wykończeniu, instynkt strzelecki i konsekwencja sprawiły, że w krótkim czasie wynik wymknął się Sandaczowi z rąk.
Dla TRCH to pierwsze zwycięstwo w sezonie, ale odniesione w stylu, który może odmienić morale całej drużyny. Pokazali charakter, cierpliwość i skuteczność wtedy, gdy rywal zaczął się gubić. Z kolei KS Sandacz będzie musiał wyciągnąć wnioski, albowiem brak skuteczności i chwila dekoncentracji kosztowały ich bardzo drogo. Katem Sandaczy został bez wątpienia Emil Mostowski - autor hat-tricka i symbol nieoczekiwanej, ale w pełni zasłużonej wygranej TRCH.
Derby Bielan zapowiadały się emocjonująco, jednak od pierwszych minut było widać, że LaFlame nie zamierza pozostawiać złudzeń, kto rządzi w tej części Warszawy. Gospodarze od początku zdominowali grę – dłużej utrzymywali się przy piłce, kontrolowali tempo i konsekwentnie spychali Legends do głębokiej defensywy. Na pierwszego gola trzeba było jednak chwilę poczekać. W 12. minucie po dobrze rozegranym rzucie rożnym wynik otworzył Filip Grygorczuk, który zachował się najprzytomniej w polu karnym. Chwilę później było już 2:0, a LaFlame złapało właściwy rytm. Do końca pierwszej połowy gospodarze dorzucili jeszcze dwa trafienia, nie pozostawiając wątpliwości, kto był stroną dominującą. Do przerwy wynik brzmiał 4:0 i wydawało się, że losy meczu są już przesądzone.
Po zmianie stron goście zagrali odważniej i szybko zdobyli kontaktową bramkę – Mateusz Borczyk trafił po świetnym podaniu Piotra Kamińskiego, na moment podrywając swój zespół do walki. Spotkanie stało się bardziej otwarte, ale gospodarze zachowali spokój i skutecznie odpowiedzieli kolejnymi akcjami ofensywnymi. W końcówce tempo nieco spadło, jednak różnica jakości między drużynami pozostawała wyraźna. Świetne zawody rozegrał Szymon Lisiecki, który popisał się hat-trickiem, imponując precyzją i wykończeniem pod bramką rywala.
Ostatecznie LaFlame Bielany pewnie zwyciężyło 9:4. Legends momentami pokazywali niezły futbol i charakter, ale różnica w skuteczności i organizacji gry była zbyt duża, by mogli realnie powalczyć o korzystny wynik.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)