Sezon 2017/2018
Relacje meczowe: 9 Liga
W samo południe na Arenie Grenady doszło do starcia pomiędzy KróLewskimi WoLa a będącą w znakomitej formie, niepokonaną dotąd drużyną KS Iglica Warszawa.
Od pierwszych minut inicjatywę przejęli goście. KS Iglica częściej utrzymywała się przy piłce, choć początkowo brakowało im skuteczności. Na pierwszą bramkę czekaliśmy do 6. minuty, kiedy to Jakub Zając otworzył wynik meczu. Po zdobytym golu zespół Iglicy nabrał pewności siebie i coraz odważniej atakował. Świetnie w środku pola spisywał się Kacper Kubiszer, który rozdzielał piłki między partnerów, kreując kolejne sytuacje.
W 13. minucie goście podwyższyli prowadzenie – Kacper Romanowski zagrał w tempo do Sebastiana Szczygielskiego, a ten z bliska skierował piłkę do pustej bramki. KróLewscy WoLa mieli spore problemy z przebiciem się przez szczelną obronę Iglicy, a gdy już dochodzili do sytuacji, między słupkami znakomicie spisywał się Kacper Starobrat. Dopiero w ostatniej sekundzie pierwszej połowy gospodarze zdobyli bramkę kontaktową – mocnym strzałem z dystansu popisał się Paweł Szumielewicz, dając swojej drużynie nadzieję przed drugą połową.
Po zmianie stron gospodarze ruszyli z impetem. Piotr Myszkiewicz był bliski wyrównania, lecz jego uderzenie pod poprzeczkę fantastycznie obronił bramkarz Iglicy. W 33. minucie jednak Paweł Lewandowski precyzyjnym strzałem z rzutu wolnego doprowadził do remisu 2:2. Mecz zrobił się bardziej otwarty, a obie strony miały swoje szanse. Ostatecznie to jednak KS Iglica Warszawa ponownie wyszła na prowadzenie, a w końcówce – po skutecznej kontrze – wynik na 2:4 ustalił Kacper Romanowski.
KS Iglica Warszawa kontynuuje znakomitą serię i umacnia się na fotelu lidera, natomiast KróLewscy WoLa, mimo ambitnej postawy, muszą jeszcze poczekać na kolejne punkty w tym sezonie.
Na Arenie AWF dominacja gości była widoczna już od pierwszego gwizdka. Sandacz od początku narzucił własne tempo i styl – kontrola piłki, szybkie zmiany stron oraz konsekwentne kreowanie sytuacji ofensywnych.
Mimo że Scorpion’s próbowali budować grę od tyłu i rozgrywać piłkę w głębi pola, byli stopniowo duszeni przez wysoki pressing przeciwnika, który nie zostawiał im ani czasu, ani przestrzeni. Do przerwy Sandacz prowadził 4:0, a już wtedy było jasne, że losy meczu są w dużej mierze przesądzone.
W drugiej części spotkania goście jeszcze podkręcili tempo, a ich przewaga stawała się coraz bardziej widoczna – zarówno w liczbie akcji ofensywnych, jak i w ich jakości. Bramki zdobywali tylko dwaj zawodnicy – Aleksander Olender i Krzysztof Rostanowski. Każdy z nich zapisał na swoim koncie cztery gole, co jest rzadką sztuką. Cztery trafienia w jednym meczu pokazują nie tylko skuteczność, ale i regularność w wykorzystywaniu nadarzających się okazji. Ich gole nie były przypadkowe – to efekt precyzyjnych strzałów, dobrego wykończenia i świetnych akcji kombinacyjnych, często po prostopadłych podaniach.
Scorpion’s, choć momentami potrafili dobrze zorganizować się w defensywie, w ofensywie mieli duże problemy. Próby gry „na klepkę” od tyłu kończyły się pod presją rywali stratami piłki i szybkimi kontrami Sandacza. Gospodarze starali się walczyć, ale przewaga przeciwnika była zbyt duża, by mogli myśleć o korzystnym wyniku.
Ostateczny rezultat 8:0 dla Sandacza to efekt pełnej dominacji – zespół od początku do końca kontrolował wydarzenia na boisku, narzucał swój rytm i wykorzystywał każdą okazję. Skorpiony musiały więc pogodzić się z bardzo bolesną porażką, bo nie jest przyjemnie przegrać, nie zdobywając ani jednego trafienia.
W ramach 4. kolejki 9. ligi mierzyły się ze sobą drużyny ASAP Vegas FC oraz Laflame Bielany. Już przed pierwszym gwizdkiem było wiadomo, że czeka nas niezwykle ciekawe widowisko. Laflame Bielany przystępowało do spotkania z kompletem punktów i serią trzech zwycięstw, natomiast gospodarze – ASAP Vegas – mieli jasny cel: zatrzymać rozpędzonych rywali.
Spotkanie rozpoczęło się idealnie dla gospodarzy. Już w jednej z pierwszych akcji na listę strzelców wpisał się Kacper Drozdowicz, otwierając wynik meczu. Chwilę później Norbert Kupisz podwyższył na 2:0, a jeszcze przed przerwą Drozdowicz trafił po raz drugi, dając swojej drużynie trzybramkowe prowadzenie. Gdy wydawało się, że takim wynikiem zakończy się pierwsza połowa, goście zdołali złapać kontakt za sprawą trafienia Kornela Przewoźnego, co dodało emocji przed drugą częścią gry.
Po przerwie gospodarze nie zamierzali zwalniać tempa. Kolejne dwa trafienia dały im prowadzenie 5:1 i wydawało się, że kwestia zwycięzcy jest rozstrzygnięta. Laflame jednak nie zamierzali się poddawać. Choć odpowiedzieli golem, ASAP Vegas błyskawicznie odpowiedziało własnym trafieniem. Ten sam scenariusz powtórzył się jeszcze raz – bramka gości i natychmiastowa riposta gospodarzy.
Na pięć minut przed końcem wynik brzmiał 7:3 i wszystko wskazywało na spokojne zakończenie meczu. Nic bardziej mylnego! Laflame Bielany zagrali va banque i błyskawicznie zdobyli trzy bramki, doprowadzając do wyniku 7:6. Końcówka spotkania to ich nieustanne ataki, jednak ostatecznie nie zdołali wyrównać, a trzy punkty pozostały po stronie ASAP Vegas FC.
To był prawdziwy rollercoaster – mnóstwo bramek, zwrotów akcji i kapitalna walka do końcowego gwizdka. Obie drużyny zostawiły na boisku mnóstwo serca i z pewnością mogą celować w czołówkę tabeli w tym sezonie.
Po ograniu Bielany Legends w trzeciej kolejce, rezerwy KSB mogły podejść do starcia z Gambą z pewną dozą optymizmu, lecz bez lekceważenia przeciwnika, który słynie z tego, że bardzo rzadko gubi punkty. O jakości swoich graczy gospodarze przypomnieli już w okolicach 5. minuty meczu, kiedy to Janek Sienicki wyprowadził kontratak zakończony celnym strzałem Olka Florczuka z prawego skrzydła.
Podopieczni Michała Tarczyńskiego nie byli zaskoczeni tak szybkim ciosem od Gamby – choć niejedna ekipa na ich miejscu mogłaby spanikować i wpaść w chaos, oni pozostali cierpliwi oraz konsekwentni w swoich działaniach. Nie minęła nawet minuta, a po indywidualnej akcji Maksyma Marchenko bramkę wyrównującą zdobył Olek Giżyński.
Choć Antoni Skowroński dwoił się i troił, by goście nie objęli prowadzenia, to – na nieszczęście Szaro-Czarnych – wydawało się to tylko kwestią czasu. Kolejne świetne zachowanie Marchenko umożliwiło wpisanie się na listę strzelców najnowszemu transferowi KSB II, Adrianowi Pęterowi, a trzy minuty później przeciwników dobił samobój Julka Radziszewskiego, wymuszony przez Giżyńskiego.
Z piłką przy nodze druga drużyna beniaminka Ekstraklasy naprawdę mogła się podobać – mądrym ustawieniem i odpowiednim przenoszeniem ciężaru gry wprowadzała duży spokój, zmuszając Gambę do przestawienia się na kontrataki. Przy tak korzystnym dla KSB obrazie meczu trudno powiedzieć, co poszło nie tak – komfortowe prowadzenie zostało całkowicie zaprzepaszczone, a gospodarze nie tylko odrobili straty, ale nawet wyszli na prowadzenie! Świetne przygotowanie motoryczne takich zawodników jak Filip Wolski, Siennicki czy Aleksander Skrzypek sprawiało sporo problemów obronie gości również w drugiej połowie. Pomimo dającego nadzieję wyrównania autorstwa duetu Pęter–Sitarek, to Gamba wyraźnie przejęła inicjatywę i konsekwentnie rozbijała coraz bardziej zniechęconych zawodników grających na biało.
Kilka szybkich zrywów wystarczyło, by wspomniany Wolski – do spółki z Zarzeckim – zapewnił swojej drużynie trzybramkowy dystans. Gol Giżyńskiego na 7:5 był już tylko krzykiem rozpaczy „dwójki” KSB, która całkowicie straciła piłkarskie argumenty. Gwóźdź do trumny gości wbił strzałem z rzutu wolnego Sienicki, tym samym zmuszając „Kułaka” i spółkę do pogodzenia się z trzecią porażką w tym sezonie.
Swoją determinacją w odwróceniu losów meczu Gamba bez dwóch zdań zasłużyła na komplet punktów. Wciąż jednak pozostaje pytanie – czego jeszcze brakuje KSB II, by wreszcie wygrywać mecze, które są zdecydowanie w ich zasięgu?
Do 31. minuty tego spotkania wszystko trzymało się w ryzach — wynik pozostawał 0:0, a obie drużyny uważnie badały przeciwnika, starając się nie popełnić błędu. Czuć było napięcie – wszyscy wiedzieli, że bez odważniejszej gry niczego się nie wygra, ale też że każda strata może wiele kosztować.
I wtedy nastąpiła eksplozja ofensywy – w zaledwie trzynaście minut Bielany Legends zdobyli aż siedem bramek! To była prawdziwa lawina goli, którą rozpoczął Piotr Tomiak. Jego drużyna złamała opór rywali dzięki intensywności, konsekwentnym podaniom i świetnej organizacji akcji. Tomiak był w samym sercu wydarzeń – strzelił cztery gole, wykorzystując zarówno swoje warunki fizyczne, jak i znakomite wyczucie w polu karnym. Nie można też zapomnieć o roli Piotra Kamińskiego – trzykrotnie asystował, często będąc kluczem, który otwierał drogę do strzału. To właśnie dzięki jego dokładnym podaniom Tomiak i inni zawodnicy ofensywni mieli sytuacje, które skutecznie zamieniali na bramki.
Pod koniec tego intensywnego fragmentu gry, gdy wydawało się, że tempo wreszcie opadnie, goście zdołali zdobyć dwa gole. Choć te późne trafienia nie mogły już odwrócić losów meczu, dodały spotkaniu kolorytu i przypomniały, że nawet przy wysokim prowadzeniu nie wolno tracić koncentracji.
Ostateczny wynik 7:2 dla Bielan Legends oddaje, jak bardzo gospodarze zdominowali ten fragment meczu. TRCH próbowali stawiać opór, ale zostali przytłoczeni ofensywnym szaleństwem rywali, którzy zamienili kontrolę i konsekwencję w prawdziwą kanonadę bramek.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)