Sezon 2017/2018
Relacje meczowe: 1 Liga
Patrząc na tabelę, wielu spodziewało się meczu w jedną stronę. Łowcy, uznawani za jedną z najlepszych drużyn w Europie w futbolu sześcioosobowym, przystępowali do meczu w roli zdecydowanego faworyta. Jednak jak to w Lidze Fanów bywa – same nazwiska nie grają. Kebavita, prowadzona przez charyzmatycznego Buraka Cana, po raz kolejny pokazała, że woli walki i charakteru nie da się zmierzyć punktami w tabeli.
Spotkanie rozpoczęło się zgodnie z przewidywaniami. Już po pięciu minutach Łowcy prowadzili 3:0, grając szybko, kombinacyjnie i z pełną kontrolą. Wydawało się, że wszystko zmierza ku pewnemu zwycięstwu gospodarzy, ale wtedy na scenę wkroczył Moatasem Aziz. W krótkim odstępie czasu zdobył hat-tricka, a każda z jego bramek była pokazem instynktu rasowego napastnika. Kebavita odżyła, zaczęła grać odważniej, a mecz momentalnie nabrał rumieńców. Jeszcze przed przerwą obie drużyny wymieniły się trafieniami, schodząc do szatni przy remisie 4:4.
Tempo spotkania nie spadło także po zmianie stron. Druga połowa przebiegała niemal jak w lustrzanym odbiciu - po jednej bramce z obu stron, a następnie to właśnie Kebavita wyszła na sensacyjne prowadzenie 6:5. W tym momencie goście bronili niezwykle odpowiedzialnie - wąsko, kompaktowo i z ogromnym zaangażowaniem. Dima Kaszuba był dosłownie wszędzie, pracując za dwóch, a Aziz nie przestawał szukać swojej piątej bramki. Po stronie Łowców wyróżniali się Denys Blank i Damian Patoka, którzy napędzali ofensywne akcje i utrzymywali drużynę przy życiu.
Ostatecznie jednak doświadczenie faworyta wzięło górę. W końcówce Łowcy pokazali, dlaczego uchodzą za jedną z najlepszych ekip w tej formule. Dwa szybkie ciosy - trafienia Oleksii Solopa i Bohdana Novikova - odwróciły losy meczu i dały gospodarzom zwycięstwo 7:6.
To było kapitalne widowisko - szybkie, intensywne i pełne emocji. Łowcy po raz kolejny potwierdzili swoją klasę, ale Kebavita udowodniła, że potrafi walczyć z każdym, nawet z absolutną czołówką.
W meczu 1. ligi zmierzyły się drużyny Explo Team i Inferno Team. Gospodarze to spadkowicze z Ekstraklasy, którzy z pewnością marzą o szybkim powrocie na najwyższy szczebel rozgrywek. W tym sezonie zespół Łukasza Dziewieckiego gra w kratkę – po pięciu kolejkach zgromadził dziewięć punktów. Goście natomiast są sporym zaskoczeniem. Drużyna Igora Patkowskiego prowadzi w tabeli z kompletem zwycięstw i trzeba przyznać, że z meczu na mecz prezentuje się coraz lepiej. W niedzielny wieczór oba zespoły stawiły się w mocnych składach.
Spotkanie rozpoczęło się od wymiany ciosów z obu stron. Od samego początku akcje były przeprowadzane z dużą szybkością, a u zawodników obu drużyn widać było wysoką jakość piłkarską. Z czasem inicjatywę zaczęli przejmować goście, którzy grając bardzo dynamicznie, coraz częściej zagrażali bramce rywali. Świetnie między słupkami spisywał się jednak Michał Łuczyk. Paradoksalnie, gdy przewagę miało Inferno, to gospodarze pierwsi zdobyli bramkę. Po precyzyjnym podaniu Łukasza Dziewieckiego Oskar Górecki efektownie przelobował bramkarza gości. Stracony gol podziałał mobilizująco na zespół Igora Patkowskiego – Inferno wrzuciło wyższy bieg i dość szybko doprowadziło do remisu po trafieniu Jakuba Świecińskiego. Do końca pierwszej połowy oglądaliśmy bardzo ciekawe widowisko, jednak żadnej ze stron nie udało się już znaleźć drogi do bramki.
Po zmianie stron ponownie goście prowadzili grę, a świetnie prezentował się duet Górka–Pyrzyna. Niestety dla Inferno, w tej części spotkania doszło do zmiany w bramce, bo świetnie grającego Pawła Stanka musiał zastąpić jeden z zawodników z pola. Miało to duże znaczenie dla dalszego przebiegu meczu.
W 25. minucie gracze Inferno przypieczętowali swoją przewagę – Oskar Górka zdobył bramkę na 2:1. Explo nie zamierzało się poddawać i, dostrzegając słabość w bramce rywali, zaczęło coraz częściej uderzać z dystansu. W 32. minucie na strzał zdecydował się sam bramkarz gospodarzy – mocnym i precyzyjnym uderzeniem doprowadził do remisu. Kolejne minuty to wymiana ciosów z obu stron. Oba zespoły zdobyły po jednej bramce i o wszystkim miała zadecydować końcówka spotkania. W niej lepiej odnalazła się drużyna Inferno Team, która w ostatnich minutach meczu zdobyła gola na 4:3. Zwycięskie trafienie zanotował Oskar Pyrzyna, świetnie opanowując trudną piłkę i z niemal zerowego kąta pokonując bramkarza.
Dzięki tej wygranej Inferno Team pozostaje niepokonane i z kompletem zwycięstw prowadzi w tabeli 1. ligi. Explo Team z dziewięcioma punktami utrzymał czwarte miejsce, jednak jego strata do lidera wynosi już dziewięć oczek.
To spotkanie zapowiadało się niezwykle ciekawie. Dwie drużyny ze środka tabeli, o porównywalnym potencjale i ofensywnym nastawieniu. Choć długo wydawało się, że będziemy świadkami wyrównanej walki, ostatecznie UEFA Mafia Ursynów pokazała większą konsekwencję i jakość, wygrywając po emocjonującym widowisku 10:6.
Lepiej w mecz weszła drużyna z Ursynowa, a ton grze od pierwszych minut nadawał Michał Piłatkowski. Był prawdziwym dyrygentem zespołu- pewny w odbiorze, inteligentny w rozegraniu i niezwykle aktywny w ofensywie. Już na początku popisał się asystą z rzutu rożnego, a chwilę później zagrał efektowną piętką przy bramce na 2:0. Jego spokój i kreatywność dawały drużynie pewność siebie, zwłaszcza w momentach, gdy Toho próbowało łapać kontakt.
Z biegiem czasu coraz bardziej błyszczał także Krzysztof Bartkiewicz, który wziął na siebie ciężar kreowania gry. Jego pięć asyst mówi samo za siebie. Był jak reżyser, który widzi boisko sekundę wcześniej niż inni. W ofensywie nie zawodził również Adam Goleń, zdobywca hat-tricka, który po raz kolejny potwierdził, że w polu karnym czuje się jak u siebie. Po dwie bramki dołożył Jakub Komendołowicz, a swoje trafienia dorzucili jeszcze Michał Mazur i Jan Goleń.
Toho przez długi czas stawiało twardy opór. Aleksander Czyż był w świetnej formie - zdobył cztery bramki, imponując skutecznością i walecznością. Na wyróżnienie zasługuje również Bartosz Salamon, który nie tylko trafił do siatki, ale też zaliczył trzy asysty, tworząc wraz z Franciszkiem Łabasiewiczem bardzo groźny duet ofensywny. Choć Toho kilkukrotnie wracało do gry, w końcówce opadło z sił. UEFA wykorzystała to bezlitośnie, wyprowadzając trzy zabójcze kontry, które ustaliły wynik na 10:6.
To był mecz pełen energii, determinacji i jakości. UEFA Mafia Ursynów zagrała dojrzale i skutecznie, a Michał Piłatkowski okazał się liderem, który od pierwszej do ostatniej minuty trzymał zespół w rytmie zwycięstwa.
W tym spotkaniu obie drużyny potrzebowały punktów jak tlenu, jeśli chciały jeszcze realnie myśleć o walce o podium. I rzeczywiście mecz pomiędzy Husarią a Presley Gniazdowy okazał się prawdziwym rollercoasterem.
Początek należał całkowicie do Husarii, która już do 12. minuty prowadziła 4:0. Co ciekawe, to Presley częściej utrzymywał się przy piłce, jednak Husaria grała mądrze, cierpliwie i niezwykle skutecznie w kontratakach. Jedną z bramek Maciek Grabicki zdobył po perfekcyjnie wykonanym rzucie wolnym. Wydawało się, że losy meczu są już rozstrzygnięte, ale nic bardziej mylnego.
Zaledwie osiem minut później na tablicy wyników widniał remis 4:4! Presley poczuł krew i ruszył do szalonego pościgu. Głównymi architektami tego powrotu byli Jakub Wiktorowski, który skompletował hat-tricka, oraz Krystian Pudelek - autor trzech asyst. Mimo utraty wysokiego prowadzenia Husaria nie straciła głowy. Tuż przed przerwą ponownie wyszła na prowadzenie, a bohaterem ponownie został Maciek Grabicki.
Druga połowa była równie zacięta i pełna zwrotów akcji. Raz Presley doprowadzało do remisu, raz Husaria odskakiwała na dwa gole. Najpierw było 5:5, potem Husaria prowadziła 7:5, by po chwili Presley zbliżyło się na 7:6. W tym momencie mecz mógł potoczyć się w każdą stronę. Jednak to Husaria zdołała przełamać rywala, a pomogły w tym również dwie żółte kartki, które osłabiły Presley. W końcówce Husaria wykorzystała przewagę liczebną, podwyższając wynik na 9:6, i tym razem nie pozwoliła już odebrać sobie zwycięstwa.
Na wyróżnienie, obok wspomnianego Maćka Grabickiego (3 gole i 2 asysty), zasłużyli także Jakub Brzeski (1 gol i 3 asysty) oraz Sebastian Maśniak, który ustrzelił hat-tricka.
Ostatecznie Husaria zdobyła bardzo cenne trzy punkty, które pozwalają jej pozostać w grze o czołowe miejsca. Zarówno dla niej, jak i dla Presley dystans do TOP 3 wciąż wynosi sześć punktów, dlatego obie drużyny w końcówce rundy jesiennej muszą włączyć pełne obroty, jeśli chcą jeszcze włączyć się do walki o medale.
W tym sezonie Korsarze nie szaleją ani z wynikami, ani z frekwencją. Nie inaczej było i w tym meczu – team Beniamina Chrapowickiego po raz kolejny musiał stawiać na maksymę „jakość ponad ilość”. Niestety, w przypadku starcia z tak wybieganą ekipą jak Sirius było to co najmniej karkołomne zadanie. I patrząc na przebieg meczu, można było odnieść silne wrażenie, że gdyby gospodarze skompletowali więcej ludzi do gry, to historia mogła potoczyć się inaczej.
Goście już od pierwszych minut wrzucili wysokie obroty i mecz toczył się w zawrotnym tempie. Zdecydowanej przewagi nie byli w stanie wypracować przez trzynaście minut, ale po strzelonym na raty golu Vovy Pidluzhnego powoli stawało się jasne, że niespodzianki w tym meczu nie będzie. Korsarze wytrwale się bronili i starali kąsać atakami, ale gole wpadały tylko na konto Siriusa. Na protokole zapisali się Vladyslav Burda i dwukrotnie Ivan Gul, i w ten sposób jeszcze przed przerwą goście wyszli na solidne, czterobramkowe prowadzenie.
Po wznowieniu nic nie uległo zmianie w ogólnym obrazie gry – Sirius skutecznie atakował, a Aleksander Gęściak musiał co i rusz wyciągać piłkę z siatki. Mimo wszystko Korsarzom należą się słowa otuchy, bo starali się walczyć do samego końca. I choć to marne pocieszenie, to udało się nawet dwukrotnie pokonać świetnie dysponowanego tego dnia Yaroslava Smolina, a bardzo ładnymi strzałami wykazał się Jakub Zagwa. Przewaga Siriusa była jednak miażdżąca i goście pewnie zgarnęli trzy punkty, wygrywając ostatecznie 2:9.







)
)
)
)
)
)
)
)
)