Sezon 2017/2018
Relacje meczowe: 5 Liga
Zarówno Bartolini Pasta jak i Broke Boys zainkasowały po 3 punkty w pierwszej kolejce, wygrywając z bardzo wymagającymi rywalami, co zwiastowało nam ciekawy pojedynek. Mecz ułożył się doskonale dla Bartolini, bo już w 2 minucie znany i lubiany Rafał Zaremba wykorzystał błąd bramkarza i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Po kilku minutach gospodarze przeprowadzili kapitalną akcję, gdzie wzorem drużyn prowadzonych przez Pepa Guardiolę rozklepali całą drużynę przeciwników, a już minutę później po wrzucie piłki z autu zrobiło się 3-0 dla Bartolini. Nie minęło jeszcze 10 minut, a dystans powiększył się o kolejnego gola. Dopiero od tego momentu gra Broke Boys uległa delikatnej poprawie, co zaowocowało zdobyciem ładnej bramki po strzale z dystansu. Do przerwy gole strzelał tylko zespół gospodarzy i pierwsza połowa zakończyła się prowadzeniem Bartolini 7:1. Druga połowa również była pod pełną kontrolą prowadzących, którzy wygrali mecz zdecydowanie aż 12-2, a Krzysztof Gniadek już w trakcie pierwszej połowy zaczął głośno mówić o aspiracjach mistrzowskich swojej drużyny. Czy mają na to realne szanse? Naszym zdaniem, z taką grą jak w tym meczu, jak najbardziej ten zespół może włączyć się o walkę o najwyższe laury. Czas pokaże, jak daleko będzie w tym przypadku od słów do czynów.
5.liga w tym sezonie zapowiada się naprawdę ciekawie. Bo jeśli takie ekipy jak Old Eagles Koło i Więcej Sprzętu niż Talentu zaczynają rozgrywki od przegranej, tzn. że poziom tej klasy rozgrywkowej musi być solidny. Żadna z wyżej wymienionych drużyn nie chciała sobie pozwolić na drugą z rzędu porażkę i zanosiło się na bardzo wyrównaną partię. Zastanawialiśmy się też, jak na Arenie Grenady poradzą sobie gracze WSnT, którzy jednak są przyzwyczajeni do trochę mniejszego boiska na AWFie. Ale jak się okazało – większy plac był ich sprzymierzeńcem. Zaczęło się co prawda od straty gola, a potem rywale mieli jeszcze niewykorzystaną sytuację sam na sam z bramkarzem (Mariusz Żywek przegrał pojedynek z bramkarzem), lecz mniej więcej od tego momentu przedstawiciele WSnT przejęli całkowicie inicjatywę. Szybko wyrównał Dominik Banasiewicz, a kolejne gole zdawały się być kwestią czasu. I były. Za chwilę zrobiło się 2:1, potem na 3:1 podwyższył strzałem z dystansu Szymon Małyszek, a do przerwy było już 4:1. W drugiej odsłonie prowadzący kontrolowali spotkanie. Tak naprawdę, to był tylko jeden moment, gdzie dosłownie na chwilę sytuacja wymsknęła im się z rąk. Miało to miejsce przy stanie 5:1, gdzie oponenci wymienili Michała Skalskiego na lotnego bramkarza w postaci Piotrka Parola. Jego gra pomogła w odrobieniu części strat, dystans skrócił się do dwóch trafień, ale zapał Orzełków ostudził Mateusz Bubrzyk i stało się jasne, że tutaj żaden come back nie nastąpi. Końcówka spotkania w pełni należała do WNsT, którzy dołożyli jeszcze dwa gole i wygrali 8:3. Zwycięstwo w pełni zasłużone i aż się dziwimy, że ekipa Łukasza Krysiaka, potrafiąca grać tak fajnie w piłkę, przegrała na inaugurację z Hetmanem. Być może wpływ na to miała nieobecność Szymona Małyszka i Tytusa Lipińskiego. Z nimi w składzie WNsT miałoby dziś na koncie 6 punktów, a przynajmniej tak nam się wydaje. Okrągłe 0 widnieje za to w dorobku Orzełków. Ale o ile widzieliśmy wiele meczów tej ekipy na Arenie Grenady, gdzie nawet jeśli chłopaki przegrywali, to byli blisko oponenta, tak tutaj różnica w umiejętnościach była znacznie większa. Dlatego paradoksalnie z taką porażką pewnie łatwiej się oswoić, niż z taką jak na inaugurację z Bartolini Pasta.
Mecz rozpoczął się spokojnie, a obie drużyny próbowały starannie rozgrywać akcje. Początkowo brakowało jednak kluczowych podań i skutecznych decyzji w ataku, co przełożyło się na liczne niecelne strzały. Pierwsze poważne zagrożenie stworzył Hetman w 10. minucie, gdy Oskar Kalicki oddał piękny strzał, ale chwilę później to GLK objęło prowadzenie. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Rafała Zakrzewskiego, Sebastian Dominiak trafił do siatki. Dwie minuty później GLK podwyższyło wynik – Damian Sawicki strzelił bramkę, a ponownie asystował Zakrzewski. Mimo niekorzystnego wyniku, Hetman nie ustępował, starając się odpowiedzieć, jednak bez skuteczności. W 20. minucie po ładnym podaniu Sawickiego, Dominiak ponownie wpisał się na listę strzelców, a GLK zaczęło dominować. Rafał Zakrzewski i Damian Sawicki dorzucili kolejne gole, kończąc pierwszą połowę wynikiem 5:0 na korzyść GLK. Bramkarz Hetmana miał kilka udanych interwencji, ale w większości sytuacji był bezradny, wobec precyzyjnych strzałów rywali. Druga połowa rozpoczęła się od szybkiej bramki dla GLK, ale Hetman tym razem nie zamierzał odpuszczać. Chwilę później odpowiedzieli pierwszym trafieniem, pokazując, że wciąż są w grze. Liderem GLK tego dnia był bez wątpienia Rafał Zakrzewski, który jak rasowy pivot regularnie znajdował się w dogodnych sytuacjach, podwyższając prowadzenie swojej drużyny. Hetman zdobył swoją drugą bramkę dopiero w 43. minucie, ale była to ich ostatnia skuteczna akcja w tej potyczce. Mimo że przegrali różnicą 9 bramek, nie można powiedzieć, że nie walczyli – brakowało im szczęścia i dobrego wykończenia. GLK zagrało jednak na bardzo wysokim poziomie, szczególnie Zakrzewski, który skutecznie wykorzystywał swoje warunki fizyczne i dominował na boisku. Zespół gości, mimo porażki, pokazał charakter, lecz musi poprawić skuteczność, by odrobić straty w nadchodzących spotkaniach.
W niedzielne południe naprzeciw siebie stanęły drużyny z dwóch różnych biegunów. Szukająca formy KS Iglica Warszawa oraz Tonie Majami, które swoją dobrą, wysoką dyspozycję podtrzymuję już od dłuższego czasu. Niestety dla widowiska różnicę poziomów obydwu ekip było widać gołym okiem. Goście szybko zaczęli strzelanie i nie zamierzali się zatrzymywać. Swoje dobre przygotowanie do sezonu potwierdzili liderzy Tonie Majami czyli Filip Motyczyński, Patryka Kamola oraz Dawid Zagrodzki. Pierwsza poła była w pełni pod dyktando gości, którzy wygrali ją aż 8:1. Druga odsłona to niemal kopia wydarzeń z premierowych 25 minut. Różnica było taka, że zawodnicy Iglicy Warszawa trochę częściej zbliżali się do pola karnego rywali, co przyniosło im łącznie 5 bramek w całym meczu. Tonie Majami powtórzyli z kolei dorobek z pierwszej połowy i mecz zakończył się pewnym zwycięstwem faworytów 16:5. To tylko potwierdza ich mistrzowskie aspiracje, bo z taką grą liderów tej drużyny, medale - w tym złoty - są jak najbardziej w ich zasięgu.
Po tym jak Georgian Team przegrał bardzo wysoko pierwszy mecz z Broke Boys, spodziewaliśmy się, że czeka ich wyjątkowo trudny sezon. Terminarz też łaskawy nie był, bo w 2.kolejce los sparował ich z ADS Scorpion’s, których gra w ostatnich tygodniach (włączając w to Ligę Letnią) mogła się podobać. To oni wydawali się lekkim faworytem tej potyczki i potwierdzili to już w pierwszej akcji, gdzie po ładnej wymianie podań gola zdobył Szymon Zawadzki. Szybko odpowiedział jednak Lasha Gabrichidze i mniej więcej tak to spotkanie wyglądało dalej. Czyli jak jedni strzelali, to drudzy odpowiadali. Przy stanie 2:2 lepszy fragment zanotowali jednak reprezentanci Gruzji. Chociaż tak naprawdę, to bardziej Skorpiony spuściły z tonu w defensywie i zdecydowanie za łatwo dawały dochodzić do sytuacji oponentom. To spowodowało, że do przerwy faworyci przegrywali 3:4. Wiedzieliśmy jednak, że to nie jest ich ostatnie słowo. Zwłaszcza, iż ta ekipa miała łatwość kreowania sobie okazji, tyle że jeszcze łatwiej je marnowała, jak chociażby Jurij Pijasiuk, który nie potrafił zdobyć gola strzałem na praktycznie pustą bramkę. To mogło się zemścić, ale chociaż podopieczni Artura Kałuskiego razili nieskutecznością, to i tak zdołali wyjść na prowadzenie 5:4. Potem jednak sprawę w swoje nogi wziął lider przeciwników, Lasha Gabrichidze. Gdy tylko przyjmował piłkę, od razu robiło się groźnie i to za jego sprawą nastąpił zwrot akcji, po którym to znów Gruzini mieli jednego gola zapasu. ADS nie odpuszczali, walka trwała na całego i zaraz mieliśmy kolejny remis – tym razem 6:6. Można się zastanawiać, czy takie rozstrzygnięcie nie byłoby sprawiedliwe, ale dziś to tylko dywagacje. Inne zdanie w tej kwestii miał bowiem Lasha Gabrichidze, który w jednej z ostatnich akcji meczu łatwo oszukał w obronie Tomka Świeczkę i posłał piłkę obok Krzysztofa Wiśniewskiego. Przegrywający mieli jeszcze okazję by wyrównać, lecz po rzucie wolnym i strzale Juriego Pijasiuka, przeciwnicy zdołali się wyratować i ostatecznie wygrali 7:6. To była porażka na własne życzenie Skorpionów. Mieli bowiem wszystkie narzędzia, by przynajmniej zremisować, a zamiast tego zostali z niczym. Gruzini wykorzystali niefrasobliwość w grze defensywnej ADS, ale powiedzmy sobie uczciwie, że ta wygrana „wiosny nie czyni”. Bo mimo całej sympatii do braci Gabrichidze i spółki, to w tym składzie będzie im ciężko powalczyć o najwyższe cele. Ale oczywiście chcielibyśmy się mylić.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)