Sezon 2017/2018
Relacje meczowe: 1 Liga
Husaria już przed startem ligi wiedziała, że będzie ciężko w tym sezonie walczyć o punkty. Jednak mając w swoich szeregach zawodników na wysokim poziomie, mogła oczekiwać od siebie kompletu punktów w rywalizacji z Impulsem. Goście od niepamiętnych czasów zjawili się na boisku w bardzo szerokim składzie, dlatego mogli również liczyli na pierwsze oczka w tym sezonie. Od początku oglądaliśmy spotkanie na wysokim poziomie, zarówno pod kątem intensywności gry, jak i taktycznym. Goście mieli na pewno więcej sytuacji, ale oponentów kapitalnie ratował Norbert Wierzbicki. Husaria pomału się rozkręcała i miała swoje okazje, lecz skuteczniejszy w pierwszych 25 minutach był Impuls i prowadził do przerwy 1:2. Po zmianie stron w ekipie gospodarzy nastąpiła przemiana, która kompletnie zaskoczyła ekipę z Ukrainy. Szczególnie skuteczny był Sebastian Maśniak, który mimo że podkręcił kostkę w pierwszej połowie, to potrafił wrócić na boisko i to w doskonałym stylu. Husaria w pierwszej fazie drugiej odsłony strzela cztery gole i wychodzi na prowadzenie 5:2. Co powinna zrobić w tej sytuacji ekipa Tomka Hubnera? Zamurować bramkę i czekać co zaproponuje rywal. Jednak natura Husarii jest inna. Oni zawsze atakują, by strzelać kolejne bramki. Tym razem ta taktyka nie wypaliła, bo Impuls złapał kontakt i uwierzył, że może wygrać to spotkanie. Mocna końcówka i cztery gole z rzędu dały prowadzenie 5:6. Husaria postawiła w ostatnich sekundach wszystko na jedną kartę. Gra z Tomkiem Hubnerem jako lotnym bramkarzem nie dała żadnego efektu. Widać, że ten element gry nie jest mocną stroną ekipy z Mokotowa, bo to lotny bramkarz w zamiarze ma rozgrywać piłkę w przewadze, a tymczasem Tomek Hubner był częściej pod bramką rywali, co samo w sobie było po prostu bez sensu. Husaria mimo porażki nadal ma szanse na dobre miejsce w 1. lidze, ale musi w kolejnych meczach zagrać zdecydowanie bardziej konsekwentnie. Impuls wygrał z trudnym rywalem, jednak prawda jest taka, że w tej lidze z nikim łatwo nie będzie.
Spotkaniem Inferno Team z Lakoksami goście debiutowali w naszych rozgrywkach i w starciu z drużyną Igora Patkowskiego zdawali się być mocnym faworytem. Już od pierwszych minut mecz stał na bardzo wysokim poziomie piłkarskim. Obie ekipy w swoich składach mieli naprawdę solidnych zawodników, którzy gwarantowali jakość i każdy kto tego dnia zdecydował się obejrzeć to widowisko, na pewno był pod sporym wrażeniem umiejętności poszczególnych graczy. Zgodnie z oczekiwaniami to Lakoksy narzucili swój styl gry, co szybko przełożyło się na prowadzenie 0-3 za sprawą nowego nabytku prosto z Hiszpanii, Girmy Ramosa. Goście trochę uśpieni wysokim prowadzeniem dali się jednak dwukrotnie zaskoczyć i po dwóch trafieniach Stanisława Tymińskiego, Inferno złapało kontakt. Spotkanie z każdą kolejną minutą rozkręcało się a zawodnicy obu zespołów zdecydowanie postawili na ofensywny styl gry. W kolejnych minutach inicjatywę ponownie przejęli zawodnicy Bartka Królaka i dzięki kolejnym trafieniom znacznie odskoczyli gospodarzom. Na tablicy wyników mieliśmy 2-6 a czas w pierwszej części powoli upływał. Wtedy to Inferno ponownie pokazało to, z czego słynie najbardziej, czyli nieustępliwości i walki. Do końca tej odsłony to przedstawiciele Inferno przejęli inicjatywę i dzięki świetnej postawie Janka Szklarzewicza zniwelowali straty, na przerwę schodząc przy wyniku 5-7. Po zmianie stron ponownie zdecydowanie lepiej prezentowali się zawodnicy Lakoksów i to oni zdominowali rywali. Znakomicie prezentował się Andrzej Czerw. Był nie do przejścia w defensywie a jego znakomite podania kończyły się bramkami. Pomocnik gości potrafił także strzelać gole, co pogrążało ekipę Igora Patkowskiego. Gospodarze w drugich 25 minutach byli bezbarwni i nie widać było wiary w to, że mogą odwrócić losy spotkania. W końcówce spotkania co prawda udało im się zbliżyć na dwa trafienia, jednak to było wszystko, na co tego dnia stać było Inferno Team. Lakoksy FC zagrały dobry mecz i zasłużenie wygrały 9-12 a jak zapewniał nas kapitan i prezes drużyny, to z całą pewnością nie wszystko, co pokazała nam drużyna gości w tym sezonie. Naszym zdaniem, by móc walczyć o najwyższe cele muszą poprawić defensywę, bo czasami za łatwo pozwalają rywalom dochodzić do sytuacji strzeleckich. Inferno pomimo porażki na pewno może być zadowolone z gry, bo na tle tak dobrej drużyny potrafili często grać jak równy z równym. Teraz czas na wyciągnięcie wniosków, by w 2.kolejce w końcu otworzyć swój dorobek.
Spotkanie między spadkowiczem z ekstraklasy Esportivo Varsovia a debiutującymi w lidze Warsaw Rangers zapowiadało się jako duża niewiadoma, ale to Rangersi szybko narzucili tempo. Już na początku meczu, po świetnej akcji Wiktora Tatarka i Kuby Cieślaka, to oni otworzyli wynik. Niedługo potem Ali Soudi popełnił faul w polu karnym, a Olaf Gontarek pewnie wykorzystał rzut karny, podwyższając prowadzenie. Obie drużyny wymieniały się akcjami, ale to Rangersi byli bardziej skuteczni. Szczególnie Kuba Cieślak, który dołożył kolejne trafienia, doprowadzając wynik do 5:0. Wydawało się, że mecz jest już rozstrzygnięty, ale Esportivo Varsovia nie złożyło broni. Po rzucie rożnym zdobyli upragnioną bramkę, która dodała im energii. W końcówce pierwszej połowy obie drużyny wywierały wysoki pressing, co przyniosło efekt. Najpierw Alan Małecki strzelił gola po odbiorze piłki, ale Ali Soudi szybko odpowiedział, zabierając piłkę bramkarzowi i zdobywając drugą bramkę dla Esportivo. Przed końcem połowy Oskar Górka, po podaniu Alana Małeckiego, ustalił wynik na 7:2 dla Warsaw Rangers. W drugiej połowie Esportivo Varsovia, prowadzone przez Eryka Zielińskiego, wyszło na boisko zdeterminowane, by odrobić straty. Gra stała się bardziej wyrównana, a zespoły trafiały na przemian. Najpierw Sylwester Wielgat strzelił po akcji wypracowanej przez Roberta Dębskiego, potem odpowiedział Wiktor Tatarek, a następnie Eryk Zieliński zmniejszył przewagę Rangersów do czterech bramek. W kolejnych minutach Esportivo zbliżyło się na dwa gole po bramkach Ali Soudiego i Sylwestra Wielgata. Mimo zaciętej końcówki, Warsaw Rangers ostatecznie odzyskali kontrolę nad meczem. Marcin Cieślak zakończył kontratak bramką, ustalając wynik spotkania. Debiutanci mieli jeszcze szansę podwyższyć prowadzenie, gdy Alan Małecki podszedł do rzutu karnego, ale Łukasz Marcinek, bramkarz Esportivo, obronił strzał, co wywołało dodatkowe emocje w końcówce. Ostatecznie Warsaw Rangers, choć napotkali pewne problemy, wygrali mecz 9:6. Esportivo Varsovia pokazało, że nadal boryka się z problemami, które doskwierały im w poprzednim sezonie. Mimo to, patrząc na ich markę i potencjał, można mieć nadzieję, że w kolejnych spotkaniach osiągną lepsze wyniki.
O 21:00 na sektorze B zagrały ze sobą drużyny Fair Partner orz Ukranian Vikings. Pierwsza liga w tym sezonie zapowiada się niezwykle ciekawie, gdyż wydaje się najbardziej wyrównana. W tym spotkaniu na bramkę czekaliśmy bardzo długo. Bezpieczna gra gospodarzy budowała atak powoli, lecz ekipa gości dobrze się broniła. Na pewno był widoczny brak bramkarza Eduarda Vakhidova. W końcu niebieskie koszulki wychodzą na prowadzenie, po wymianie kilku podań z pierwszej piłki. Do przerwy wynik 1:0 nie do końca odzwierciedlał to, co działo się na placu. W drugiej połowie białe koszulki zaczęły więcej atakować i wychodzić na połowę przeciwnika, jednak sytuacje nie były na tyle dobre, celne i klarowne, aby zdobyć chociaż jednego gola. Mimo tylko jednobramkowego prowadzenia Fair Partner grali bezpiecznie, nie spiesząc się z powiększeniem przewagi. Ukranian Vikings poza dość dobrą defensywą, nie mieli zbyt wiele argumentów na dobrze dysponowanego i ustawionego oponenta. Na koniec meczu, kiedy musieli się otworzyć żeby dogonić wynik, poskutkowało to stratą kolejnych dwóch bramek i mecz zakończył się wynikiem 3:0. Trzeba przyznać że w tym spotkaniu gospodarze byli po prostu lepsi.
Rozpoczęliśmy walkę o awans do Ekstraklasy. W 1. kolejce 1. ligi KSB Warszawa pokonało Warsaw Bandziors 10:6 na Arenie AWF, wysyłając sygnał pozostałym rywalom, że będą walczyć o najwyższe cele. Od samego początku meczu nie brakowało emocji. Bandziors objęli prowadzenie jako pierwsi, jednak KSB szybko zareagowało, wyrównując i przejmując inicjatywę. Kluczowym zawodnikiem gospodarzy był Maciej Grabicki, który zdobył dwie bramki, w tym jedną po spektakularnym strzale z własnej połowy. Jego drugi gol padł w bardziej tradycyjny sposób - przejął piłkę i błyskawicznie uderzył na bramkę. Do przerwy KSB prowadziło 5:2, ale w drugiej połowie Warsaw Bandziors próbowali odpowiedzieć. Maciej Kiełpsz również zapisał się na liście strzelców dwukrotnie, zdobywając bramkę między innymi bezpośrednio z rzutu wolnego. Ostatecznie lepsi okazali się jednak rywale - w tym Sebastian Sobieszczuk z KSB, który zapisał się w protokole, asystując przy trzech golach (w tym dwóch ostatnich), co przesądziło o wyniku spotkania. Warsaw Bandziors, mimo ambitnych celów, o których rozmawiali zawodnicy przed meczem, nie zdołali poważnie zagrozić drużynie KSB Warszawa - gospodarze zdecydowanie zasłużyli na trzy punkty.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)