Sezon 2017/2018
Relacje meczowe: 2 Liga
Obie ekipy są uważane za bardzo solidne, a przede wszystkim poukładane zespoły, dlatego spodziewaliśmy się wyrównanego pojedynku. I tak właśnie było, choć ostateczny wynik może sugerować coś zupełnie innego. Początek spotkania był wyrównany, obie drużyny czekały na dogodną okazję do objęcia prowadzenia. To jako pierwszym udało się Orzełom Stolicy, kiedy to Maciej Kiełpsz precyzyjnym strzałem po długim słupku umieścił piłkę w siatce. Goście nie cieszyli się jednak zbyt długo, bo już chwilę później Andrzej Morawski wyrównał. Przez kolejne 15 minut wynik nie ulegał zmianie i gdy wydawało się, że przy remisie obie ekipy udadzą się na odpoczynek, Orzeły Stolicy wyszły na prowadzenie. Świetnym przyjęciem piłki Adam Wownysz zgubił obrońcę i mocnym strzałem nie dał szans bramkarzowi. Po 25 minutach mieliśmy zatem 1:2. „Bramka do szatni” nie zrobiła większego wrażenia na zawodnikach Tylko Zwycięstwo, bo po zmianie stron ruszyli z szybką ripostą i po golu Maćka Dombrowicza doprowadzili do wyrównania. Taki stan rzeczy utrzymywał się do około 15 minut przed końcem spotkania. Wtedy to zabójczą skutecznością wykazali się zawodnicy Orzełów. W tym czasie zaaplikowali swojemu rywalowi aż pięć bramek! Na oddzielny akapit zasługuje trafienie Maćka Kiełpsza w ostatnich sekundach tego pojedynku – przejął piłkę na własnej połowie, minął dwóch rywali przy linii bocznej, po czym zwodem położył bramkarza i z najbliższej odległości skierował piłkę do siatki. Tylko Zwycięstwo nie było zespołem o wiele gorszym od rywala jak mógłby sugerować wynik, jednak mamy wrażenie, że paru zawodników po prostu nie miało swojego dnia – nie raz, nie dwa widzieliśmy znacznie lepsze występy poszczególnych graczy. Orzeły pomimo braku Janka Wnorowskiego odniosły cenne zwycięstwo, które wywindowało je na trzecie miejsce w tabeli.
W niedzielne południe do bezpośredniego starcia stanęły KSB Warszawa i AFC Goodfellas. W 3 minucie bramkarza KSB zaskakuje Artiom Pastushyk, dając nam pierwszą bramkę w tym spotkaniu. Wynik utrzymywał się do 11 minuty - do momentu, kiedy Paweł Szafoni strzela bramkę na wyrównanie. KSB wciąż atakuje, jednak robi to bezskutecznie. Świetnie dysponowany Ivan Losik wciąż nie daje się pokonać. Na koniec pierwszej połowy mamy wymianę ciosów i ostatecznie schodzimy na przerwę z wynikiem remisowym 2:2. W drugiej części spotkania oglądaliśmy zupełnie inne widowisko. Duet z KSB Sebastian Sobieszczuk oraz Maciej Grabicki błyszczeli niemal bez przerwy, wymieniając się bramkami i asystami. Ekipa Michała Tarczyńskiego nie dała nic do powiedzenia drużynie gości aż do 43 minuty. Bramkę na 11:3 strzelił wówczas Yaraslau Sycheuski. Do końca meczu pozostaje 7 minut. Od tego momentu KSB zdobywa jeszcze trzy bramki, a AFC Goodfellas jedną. Nikt się nie spodziewał, że po tak zaciętej połowie mecz skończy się z 10-bramkową przewagą dla gospodarzy. Tym samym KSB może cieszyć się z progresu, jakiego dokonali w drugiej połowie oraz kompletu punktów po trzeciej kolejce Ligi Fanów.
Green Lantern po zeszłotygodniowej porażce przystąpiło do spotkania z Husarią Mokotów z jedną myślą - wrócić na zwycięski szlak. Goście jednak po dwóch pierwszych kolejkach mieli na swoim koncie komplet punktów i nie zamierzali w tym temacie niczego zmieniać. Green Lantern z przytupem wszedł w mecz, już w 4 minucie ekipę gospodarzy na prowadzenie wyprowadził Sebastian Bartczuk, który bez większych problemów wykorzystał dobre podanie Kuby Mendaka. Stracona bramka ewidentnie podrażniła ekipę z Mokotowa, ich akcje zaczęły się zazębiać i zrobiły się po prostu nieosiągalne do zatrzymania przez gospodarzy. Szybko do wyrównania doprowadził Filip Przygoda, a kolejne bramki były już tylko kwestią czasu. Husarię Mokotów na prowadzenie wyprowadził Sebastian Maśniak, a gdyby mało było problemów gospodarzy, to Jan Wysocki niefortunną interwencją wpakował piłkę do własnej siatki. Chwilę przed przerwą swoją pierwszą z łącznie czterech bramek w tym meczu zdobył najlepszy na placu gry Janek Grzybowski. Do przerwy Husaria prowadziła zatem 5:1, a po krótkim odpoczynku obraz gry praktycznie nie uległ zmianie. Husaria w dalszym ciągu była zdecydowanie aktywniejsza na placu boju, a Green Lantern niewiele mógł poradzić na tak dobrze dysponowanych rywali. Gracze Latarnii w drugich 25 minutach zdołali zdobyć zaledwie dwie bramki, a to było zdecydowanie zbyt mało, żeby w jakikolwiek sposób złapać kontakt z Husarią Mokotów. W ekipie gości w drugiej połowie pierwsze skrzypce grał Janek Grzybowski, który w krótkim odstępie zdobył trzy bramki, jedną dorzucił Kacper Opalczyk. Mecz zakończył się wynikiem 3:9 i Husaria po raz kolejny potwierdza swoje mistrzowskie aspiracje, natomiast Green Lantern musi zacząć zdobywać punkty, bo czołówka tabeli zaczyna jej powoli odjeżdżać.
Szalone i niezwykle intensywne tempo meczu oglądaliśmy w starciu UEFA Mafia Ursynów z Dzikami Młochów. Początek w wykonaniu obu ekip był szalony. Akcja przenosiła się co chwilę z jednej pod drugą bramkę, ale brakowało wykończenia i zawodziło ostatnie podanie, przez co w pierwszej fazie meczu nie oglądaliśmy bramek. Pierwsi niemoc strzelecką przełamali gracze z Ursynowa. Po chwili było już 2:0 na tablicy wyników i wydawało się że gospodarze przejmą kontrolę nad meczem. Dziki po tym jak na początku byli nieskuteczni mobilizowali się do jeszcze lepszej gry. Team z Młochowa w końcu przełamał niemoc i zaczął odrabiać straty. Przy stanie 2:1 gospodarze mieli okazję, by odskoczyć z wynikiem, ale marnowali swoje okazje, a trzeba przyznać, że Arek Żyznowski kilka razy interweniował znakomicie. Również Maks Szulc golkiper UEFA Mafia Ursynów pokazał swój niemały warsztat i gdyby nie on, Dziki szybciej strzelałyby bramki. Jeszcze przed przerwą goście wyrównali, a w samej końcówce potrafili dorzucić jeszcze trzy trafienia. To był chyba kluczowy moment meczu, bo szybkie bramki do szatni trochę podcięły skrzydła młodej ekipie z Ursynowa. Po zmianie stron to gospodarze musieli gonić wynik. Dziki jednak mądrze operowali piłką i gdy nadawała się okazja kontrowali przeciwnika. Świetne zawody rozegrał Przemysław Skrzydlewski, który zdobył aż cztery bramki i dwa razy asystował kolegom. Ekipa z Ursynowa potrafiła strzelić tylko jednego gola po wrzucie z autu i zamieszaniu w polu karnym. Dziki dorzuciły jeszcze trzy trafienia i zasłużenie wygrały całe spotkanie 3:8. Gospodarze nadal bez punktów w tym sezonie, ale z nadzieją na lepsze wyniki w kolejnych meczach. Dziki się rozkręcają i kto wie czy nie będą czarnym koniem tej ligi, gdzie przed sezonem na pewno nikt się nie spodziewał po nich tak znakomitej gry.
Był to jeden z ostatnich meczów tego dnia na Arenie AWF. Mimo późnej pory i niskiej temperatury zawodnicy obu drużyn postarali się, aby na boisku było gorąco od wrażeń. Na papierze faworytem była Ferajna, której udało się zebrać solidny skład, a wobec zaledwie jednej zmiany w ekipie Korsarzy team Kacpra Domańskiego miał sporo atutów już na starcie. Mimo to cały mecz był bardzo wyrównany i nie brakło akcji raz pod jedną, raz pod drugą bramką. Wynik w 10 minucie otworzył Łukasz Niedźwiedź, który dostał trochę miejsca i strzelił po palcach golkipera gospodarzy. Korsarze odpowiedzieli w 16 minucie, a Patryk Orzeł zapakował piłkę do siatki mocnym strzałem pod poprzeczkę. W 19 minucie Anass El Ansari świetnym podaniem na wolne pole uruchomił Kamila Burdalskiego, a ten nie dał szans golkiperowi Korsarzy, a już minutę później Anass sam popisał się uderzeniem na bramkę gospodarzy i Ferajna odskoczyła z wynikiem na 1:3, który utrzymał się do przerwy. W drugiej połowie Korsarze gonili wynik, a w 30 minucie dość przypadkowy gol padł po tym, gdy Beniamin Chrapowicki pogalopował prawym skrzydłem, a dośrodkowanie odbiło się od obrońcy Ferajny i wpadło do siatki. Goście momentalnie odpowiedzieli golem Kacpra Galana i wrócili na dwubramkowe prowadzenie. Można powiedzieć, że tego dnia punktowała głównie Warszawska Ferajna, bo kolejny gol to... znów samobój po stronie gości. Była to ostatnia bramka w tym spotkaniu, ale do końca został jeszcze przeszło kwadrans gry. W 40 minucie Korsarze zmarnowali stuprocentową okazję na wyrównanie trafiając w słupek. Gospodarze byli praktycznie non-stop w natarciu, ale brakowało skuteczności oraz - szczerze mówiąc - trochę szczęścia, bo przy takiej ilości akcji ofensywnych, aż dziw, że piłka chociaż raz nie zatrzepotała w siatce bramki Bartosza Wojciechowskiego. W samej końcówce meczu żółty kartonik obejrzał Beniamin Chrapowicki i wydawało się, że Ferajna postawi kropkę nad i, ale nieskuteczna i dość nerwowa gra w przewadze spowodowała, że niewiele brakło, a Korsarze wyprowadziliby zabójczy kontratak. Tak się jednak nie stało i Warszawska Ferajna dowiozła wynik 3:4 do końca i zgarnęła pierwsze trzy punkty w tym sezonie.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)