Sezon 2025/2026
Relacje meczowe: 15 Liga
W rywalizacji KP Syrenki z Yug.Budem zdecydowanym faworytem był obecny lider – nie tylko ze względu na swoją pozycję w tabeli, ale także na pierwszy mecz tych zespołów w rundzie jesiennej, w którym Yug.Bud rozgromił rywala aż 0:16. Co prawda teraz aż tak wysokiego wyniku się nie spodziewaliśmy, w końcu Syrenka od tamtego momentu zrobiła spory progres, jednak każdy inny rezultat niż wygrana gości byłby sporą sensacją. I nie pomyliliśmy się w swoich przypuszczeniach.
Trzeba jednak oddać gospodarzom, że „tanio skóry nie sprzedali”. Bardzo długo utrzymywał się bezbramkowy remis, więc jeżeli Yug.Bud sądził przed pierwszym gwizdkiem, że czeka go łatwe spotkanie, to musiał się mocno zdziwić. Defensywa gospodarzy padła po raz pierwszy w około 10. minucie, za sprawą niezawodnego w tym sezonie Volodymyra Kharina. Chwilę później było już 0:2 i KP Syrenka, chcąc nie chcąc, musiała się mocniej otworzyć. To poniekąd się zemściło, bo gola na 0:3 stracili po szybkiej kontrze rywali. W pierwszej części oba zespoły trafiły jeszcze po razie i po 25 minutach wynik brzmiał 1:4.
Po zmianie stron nieco lepiej zaprezentowali się gracze Syrenki, co przełożyło się na bramkę na 2:4 autorstwa Wojtka Maliszewskiego. Kluczowy był jednak okres pomiędzy 37. a 40. minutą meczu – wtedy to Yug.Bud aż trzykrotnie znalazł drogę do bramki rywala i właściwie było już po meczu, bowiem przewaga lidera była nie do odrobienia. Dopiero przy wyniku 2:8 KP Syrenka zdobyła się na jeszcze jeden zryw – Oskar Ugorowski trafił na 3:8, a wynik z rzutu karnego na 4:8 ustalił Wojtek Maliszewski.
Cudu nie było. Choć gospodarze zagrali znacznie lepiej niż jesienią, w tym wypadku ligowa tabela nie zakłamuje rzeczywistości. Yug.Bud był drużyną lepszą i zasłużenie wygrał to spotkanie.
Czy to najbardziej przyjazny mecz w całej lidze? Wiele na to wskazuje. Starcia Oldboysów z Niedzielnymi od dawna mają swój unikalny klimat - dużo uśmiechu, szacunku, ale gdy piłka rusza, emocji nie brakuje ani przez chwilę. Tak było i tym razem, gdy o 14:00 rozpoczęło się kolejne piłkarskie święto.
Lepiej w mecz wszedł faworyt. Chmielewski wykorzystał brak krycia, dopadł do bezpańskiej piłki i pewnym strzałem otworzył wynik. Uderzenie było na tyle sprytne, że kompletnie zaskoczyło bramkarza, a z trybun natychmiast rozległy się brawa. Niedzielni jednak nie zamierzali długo oglądać pleców rywala. Szybko odpowiedzieli - Marcin Aksamitowski uderzył precyzyjnie z przedpola i doprowadził do wyrównania, zamieniając chaos w konkretny efekt. Mecz nabrał tempa, a kolejne minuty przyniosły jedną z najładniejszych akcji spotkania. W 10. minucie Niedzielni rozegrali świetną, kombinacyjną akcję. Zmiana strony, szybkie podania, cierpliwe budowanie przestrzeni, aż w końcu Arek Lenart oddał strzał z dystansu. Piłka po rykoszecie wpadła do siatki i zrobiło się naprawdę ciekawie. Widmo niespodzianki zaczęło się materializować, ale wtedy Oldboys pokazali swoją największą broń, czyli stałe fragmenty gry. Dwa rzuty rożne, dwa zamieszania w polu karnym i dwa trafienia z bliskiej odległości. W krótkim czasie gospodarze odzyskali prowadzenie, a do przerwy wynik znów był otwarty.
Druga połowa przez długi czas była walką o przejęcie kontroli, z mniejszą liczbą klarownych okazji. Dopiero końcówka przyniosła prawdziwe emocje. Niedzielni doprowadzili do 3:3, a autorem bramki był Sosnowski. Wydawało się, że sensacja jest na wyciągnięcie ręki. I wtedy nadszedł moment, który rozstrzygnął wszystko. Oldboys ruszyli do ostatniego ataku. Kolejny rzut rożny, wybita piłka przed pole karne, chwila zawahania… i Piotr Cieślak huknął z woleja. Piłka poszybowała idealnie i zatrzepotała w siatce. Gol, który można oglądać bez końca.
4:3 dla Oldboysów - zwycięstwo wyrwane w ostatniej chwili. Niedzielni mogą czuć ogromny niedosyt, bo byli o krok od punktów. Ostatecznie jednak zadecydował jeden moment geniuszu. I właśnie za takie mecze kocha się piłkę.
Większość spotkań 11. kolejki w 15. lidze była klasycznymi starciami pomiędzy górą a dołem tabeli, a więc wszystkie światła reflektorów skierowały się w stronę potyczki Szeregu z Green Teamem. Mecz ten zdecydowanie nas nie zawiódł - były akcje, były wspaniałe gole, były parady bramkarskie.
I to właśnie od kilku świetnych interwencji zarówno Sebastiana Durańskiego, jak i Jana Wosińskiego rozpoczęło się to spotkanie. Żadna ze stron stosunkowo długo nie potrafiła przełamać szyków defensywnych swoich przeciwników i dopiero w 9. minucie Jakub Gazda dał płaskim strzałem prowadzenie ekipie SH. Nie trzeba było długo czekać na reakcję ze strony gości, bowiem mocnym uderzeniem z dalszej odległości popisał się specjalista w swoim fachu, Piotr Waszczuk. Lepszy okres gry Green Team przekuwał w realne zagrożenie pod bramką rywali, lecz Wosiński robił, co mógł, by trzymać przy życiu swoich kolegów z drużyny. To samo można było powiedzieć o Durańskim, który świetnie wyczuwał intencje strzelających rywali przy naprawdę dogodnych okazjach.
Dobre dziesięć minut naprzemiennych przechwytów, niecelnych strzałów, obijania słupków i poprzeczek oraz rosnącej niedokładności przerwał w końcu Grzegorz Świercz, który po otrzymaniu futbolówki na prawym skrzydle uderzył zza zasłony po długim rogu. Można dojść do wniosku, że tę wojnę nerwów w pierwszej odsłonie wygrał zespół gości, gdyż po zmianie stron Zieloni dobitnie pokazali, że zajmowane przez nich drugi stopień podium nie jest dziełem przypadku. Na 1:3 trafił sprowadzony zimą Paweł Ponieważ, a potem dublet skompletował Waszczuk. Dystans bramkowy zdołał zmniejszyć Gazda po podaniu Jakuba Wojno, lecz samobój Moczulskiego i piękne dośrodkowanie z głębi pola autorstwa Walczaka, wprost na głowę Świercza, pogrzebały nadzieje Szeregu na pozytywny rezultat.
Dzieła zniszczenia dopełnił kolejnym dubletem Waszczuk i tym samym „odroczył” medalowe zapędy gospodarzy przynajmniej do następnej kolejki. Seria aż pięciu zwycięstw z rzędu to wyraźny sygnał, że historycznie pierwsze dla Green Teamu medale mogą wkrótce stać się faktem.
Do tego spotkania drużyny podchodziły w różnych sytuacjach ligowych. RCD Los Rogalos walczyli o zdobycie punktów, aby zwiększyć dystans od strefy spadkowej, natomiast Pogromcy Poprzeczek potrzebowali zwycięstwa, aby włączyć się do walki o awans do wyższej ligi. Mecz rozpoczął się lekką przewagą „pomarańczowych”, jednak po krótkim czasie inicjatywę przejęli „niebiescy”, co szybko przełożyło się na bramki. Po dobrym zgraniu Marcina Kowalskiego pierwszego gola zdobył Mateusz Niewiadomy. Niedługo później, po składnej akcji zespołowej, Niewiadomy trafił ponownie, tym razem uderzeniem ze średniego dystansu. Kolejne trafienie padło po ciekawie rozegranym rzucie wolnym w okolicach pola karnego. Czwartą bramkę zdobył Marcin Kowalski po indywidualnym ograniu obrońcy. Do końca pierwszej połowy inicjatywa należała wyraźnie do „niebieskich”, a „pomarańczowi” odpowiadali jedynie pojedynczymi akcjami.
Tuż po rozpoczęciu drugiej połowy, po długim wrzucie z autu i znakomitym przyjęciu, Marcin Kowalski zdobył swoją trzecią bramkę w tym spotkaniu. Chwilę później, po błędzie przy wycofaniu piłki do bramkarza, padła bramka samobójcza autorstwa Olka Markowskiego. Następnie, po długim wykopie bramkarza na połowę przeciwnika, Kowalski przejął piłkę, minął kilku obrońców i dograł wzdłuż bramki, gdzie Mateusz Niewiadomy bez problemu dopełnił formalności, zdobywając kolejne trafienie.
W dalszej części meczu gra była w miarę wyrównana, z lekką przewagą „niebieskich”. Ostatnia bramka spotkania padła jednak dla „pomarańczowych” – po kontrataku z dystansu skutecznie uderzył Mateusz Drumlak, ustalając wynik meczu.
Pogromcy Poprzeczek przez większość spotkania kontrolowali przebieg gry i w pełni zasłużenie zbudowali wysoką przewagę bramkową. Mimo to w końcowej fazie meczu nie utrzymali pełnej koncentracji, co pozwoliło rywalom na zdobycie honorowego trafienia. RCD Los Rogalos pokazali charakter do samego końca, jednak różnica jakości i skuteczności była tego dnia wyraźnie widoczna.
Inter, walczący o czołowe miejsca w tabeli, podejmował FC Wombaty, które próbują wydostać się ze strefy spadkowej. Różnica w tabeli sugerowała jednego faworyta, ale w tej lidze takie mecze już nieraz potrafiły układać się inaczej, niż zakładano.
Tym razem jednak Inter od początku złapał swój rytm i szybko przejął kontrolę nad spotkaniem. Grał spokojnie, ale konkretnie, bez zbędnego ryzyka, za to z dużą skutecznością pod bramką rywala. Taras Rudets był w świetnej dyspozycji i już w pierwszej połowie skompletował hat-tricka. Dobrze wyglądała też organizacja w defensywie – Aleksandr Szczawiński zachował czyste konto, a Wombaty miały problem, żeby w ogóle dojść do klarownych sytuacji. Do przerwy zrobiła się wyraźna przewaga Interu.
Po zmianie stron obraz gry trochę się zmienił. Wombaty zaczęły grać odważniej, wyżej i szybciej, co przyniosło efekt – udało im się zdobyć trzy bramki w krótkim odstępie czasu. Na moment pojawiło się wrażenie, że mogą jeszcze wrócić do meczu. Inter jednak nie stracił kontroli. Za każdym razem, gdy rywale próbowali złapać kontakt, gospodarze odpowiadali i uspokajali sytuację. Nie pozwolili, żeby zrobiło się nerwowo, tylko dalej robili swoje w ofensywie. Michał Kwiatkowski dołożył jeszcze jedno trafienie dla Wombatów, ale to był ich ostatni akcent w tym spotkaniu. Inter domknął mecz kolejnymi golami i wygrał bardzo pewnie 11:4, potwierdzając różnicę jakości między obiema drużynami w tym spotkaniu. Były jednak momenty, w których goście grali odważniej i całkiem dobrze wyglądało to w ofensywie – od razu przynosiło efekty.
Trzeba trzymać kciuki, żeby w kolejnych spotkaniach nie były to tylko pojedyncze zrywy, a bardziej stabilna gra przez całe mecze, bo do końca sezonu jeszcze sporo kolejek i w kontekście tabeli 15. ligi wszystko jest jeszcze do odwrócenia.







)
)
)
)
)
)
)
)
)