Sezon 2024/2025
Relacje meczowe: Ekstraklasa
W 15 kolejce Ekstraklasy EXC Mobile starli się z Kebavitą. Już w 1 minucie gospodarze trafili do bramki rywala. Michał Kępka wykorzystał ładne podanie Krystiana Nowakowskiego i bez problemu umieścił piłkę w siatce. Kebavita szybko się jednak zrewanżowała. Na 1-1 swoje trafienie zaliczył Maciej Kumor i mieliśmy remis na tablicy wyników. Mecz rozgrywany był w szybkim tempie, więc już w 3 minucie wynik ponownie się zmienił. Na 2-1 dla eXc podwyższył Krystian Nowakowski po sprytnym zagraniu Kamila Jurgi. Po tej bramce przewaga gospodarzy rosła. W 13 minucie ponownie na listę strzelcowi wpisał się Krystian Nowakowski. Pan Piłkarz huknął z 20 metrów i bezbronny golkiper gości mógł tylko odprowadzić piłkę wzrokiem. Po tym trafieniu Kebavita starała się odrabiać straty, ale i EXC Mobile też chcieli jeszcze trafić do bramki rywala. I to oni dopięli swego. Sebastian Dąbrowski wykorzystał podanie Patryka Koryckiego i strzelił po krótkim rogu trafiając na 4-1. Koniec pierwszej połowy to następne trafienie dla faworytów i po tej bramce arbiter zakończył tę część spotkania. Od początku drugiej połowy ponownie zauważyć można było rosnącą przewagę ekipy gospodarzy. Bardzo aktywny Krystian Nowakowski wykorzystał podanie Michała Kępki i bez problemu trafił na 6-1. Worek z bramkami rozwiązał się na dobre - wystarczy nadmienić, że do 33 minuty było już 9:1. Dopiero wtedy zawodnicy Kebavity obudzili się. Christian Nnamani przypomniał o sobie zebranym kibicom trafiając na 2-9 po podaniu Azamata Qutpiddinova. Jednak było to dużo za mało, na bardzo dobrze dysponowaną ekipę faworytów. Końcowy wynik do 11:2 i i dzięki tej wygranej Panowie z EXC mają tylko jeden punkt starty do liderujących Gladiatorów, zachowując szansę na mistrzostwo Ligi Fanów. FC Kebavita nie poprawiła z kolei swojej sytuacji i wciąż nie jest pewne, czy w kolejnym sezonie zobaczymy ją na najwyższym szczeblu rozgrywek.
Choć był to pojedynek beniaminków Ekstraklasy, to obie ekipy znajdują się w diametralnie innej sytuacji w tabeli. Otamany twardo okupują trzecie miejsce i były stawiane w roli pewnego faworyta w tym spotkaniu, ale ku zaskoczeniu drużyn i obserwatorów, to Bandziors pierwsze wyszli na prowadzenie i to już w 2 minucie, kiedy pierwszego gola tego wieczoru strzelił Maciej Kiełpsz. Mimo to gospodarze dość szybko odzyskali animusz i w 8 minucie trafił niezawodny Borys Ostapenko. Otamany ustawiły bardzo ciasną obronę i impet Bandziors w ofensywie wyraźnie stopniał, ale szalone tempo utrzymywało się praktycznie do samego końca. Doszło też do dość kuriozalnej sytuacji, bo kolejne dwa gole strzelili goście... tyle że do swojej bramki. Dwukrotnie przecięcie podania ze skrzydła skończyło się tym, że obrońca ekipy Szymona Kołosowskiego wbijał piłkę do własnej siatki. Jednak goście nie spuścili głów i błyskawiczna riposta przyszła w wykonaniu Norberta Stachury. Przed przerwą Otamany dołożyły jeszcze jedno trafienie i na protokole widniał wynik 4:2, ale kontuzji doznał golkiper ukraińskiej ekipy Oleg Bortnyk i na jego miejsce w drugiej połowie musiał pojawić się Konstiantyn Didenko. I miał on ręce pełne roboty, bo Bandziors pokazali charakter i do końcowego gwizdka zasypywali go gradem groźnych strzałów. W 34 minucie Maciej Kiełpsz z rzutu wolnego uderzył tak mocno i precyzyjnie, że mimo ustawionego muru bramkarz i tak nie zdążył z interwencją. Otamany błyskawicznie odpowiedziały golem Yaroslava Vlasenki, a kilka minut później ten sam zawodnik dołożył kolejne trafienie i było już 6:3 dla Otamanów. Teoretycznie gospodarze mieli ten mecz w garści, bo na tym poziomie rozgrywkowym taka przewaga jest już spora, a stało się coś zupełnie innego. Warsaw Bandziors wytrwale i metodycznie szukali sposobów na przełamania obrony przeciwnika, a na dodatek skutecznie utrudniali grę napastnikom Otamanów, szczególnie Borysowi Ostapence. W 40 minucie po raz drugi z rzutu wolnego trafił Maciej Kiełpsz i było to jedno z najładniejszych uderzeń ze stałego fragmentu gry, jakie oglądaliśmy w tej rundzie. W 45 minucie było już 6:5 po golu Krzysztofa Niedziółki, a na minutę przed końcem gola wyrównującego zdobył kapitan gości Szymon Kołosowski i chwilę później sędzia odgwizdał koniec spotkania. Bandziors raczej nie uważają tego sezonu za udany, ale trzeba uczciwie przyznać, że ekipa ta ma potencjał i cały czas go szlifuje, a remis w tym meczu może uznać za zwycięski. Dla Otamanów strata punktów jest tym bardziej dotkliwa, bo praktycznie przekreśla szanse na dogonienie drugiego miejsca, ale trzecia lokata w debiutanckim sezonie, to i tak ogromne osiągnięcie.
Zespół In Plus & Pojemnej Haliny w ostatnich tygodniach gra w kratkę – dobre spotkania przeplata ze znacznie słabszymi, co odzwierciedla się jego sytuację w ligowej tabeli/ Tur Ochota po bardzo dobrym początku w ostatnich kilku kolejkach zdobył tylko trzy punkty i znacznie oddalił się z walki o ligowe medale. W pierwszych minutach obydwie drużyny stworzyły sobie kilka sytuacji bramkowych i pierwszą z nich skutecznie zakończyli zawodnicy gości. Kilka minut później po samobójczym trafieniu zawodnika z Ochoty mieliśmy remis a w 13 minucie kapitalnym strzałem popisał się Rafał Polakowski i ponownie wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Tuz przed upływem kwadransa In-Plus ponownie zdołał wyrównać i mecz rozpoczął się od początku. Do końca pierwszej części spotkania obydwie drużyny zdobyły jeszcze po jednej bramce i na przerwę schodziliśmy z wynikiem remisowym3:3. Druga połowa zaczęła się ponownie od dwóch zdobytych bramek – po jednej dla każdej drużyny, ale kolejne minuty to dominacja zawodników gospodarzy, którzy w krótkim czasie odskoczyli na cztery gole różnicy. Chwilowy zryw zespołu Tura pozwolił im zmniejszyć straty do dwóch trafień, jednak ostatnie słowo w tym meczu należało do przeciwników. Kolejne trzy bramki ustaliły wynik tego spotkania na 11:6. Zespół In Plus & Pojemna Halina dopisuje sobie kolejne trzy punkty, dzięki czemu przewaga nad strefą spadkową wynosi już 6 oczek. Tur Ochota poniósł natomiast kolejną porażkę w rundzie wiosennej i wydaje się, że ostatnie trzy kolejki będą dla niego spotkaniami głównie o przysłowiową pietruszkę.
Gladiatorzy Eternis w tym sezonie imponują olbrzymią siłą ofensywną i nawet spora liczba straconych bramek nie przeszkadza im w odnoszeniu kolejnych wysokich zwycięstw. Explo Team po trzech niezłych spotkaniach, w których zdobył 7 punktów, w ostatniej kolejce musiał uznać wyższość swoich rywali. Pierwsze minuty spotkania obydwie drużyny rozpoczęły bardzo spokojnie i pierwsza bramka padła dopiero w 10 minucie. Wynik niespodziewanie otworzyli zawodnicy gości, ale już minutę później mieliśmy ponownie remis. Kolejna składna akcja zespołu Explo i znów zespół ten wyszedł na prowadzenie, z którego jednak cieszył się tylko chwilę. Kolejne minuty to popis napastnika gości – Damiana Końskiego, który za sprawą kolejnych dwóch bramek dał swojej ekipie solidną zaliczkę. W ostatniej akcji pierwszej połowy straty częściowo odrobili gospodarze i na przerwę drużyny schodziły z wynikiem 3:4 dla gości. Druga część meczu to popis siły Gladiatorów, którzy od początku narzucili bardzo wysokie tempo. Szybko zdobyli bramkę wyrównującą a po chwili wyszli na prowadzenie i z biegiem czasu stopniowo je powiększali. Oponenci wyraźnie podłamani takim obrotem spraw, nie byli w stanie przeszkodzić swoim rywalom i stanowili dla nich tylko tło. Prym w akcjach ofensywnych wiódł duet Jóźwiak-Zych, który łącznie zdobył 12 bramek. Ostatecznie zespół Gladiatorów w drugiej połowie zdobył 14 bramek nie tracąc żadnej i wygrał spotkanie 17:4. Explo Team zagrało bardzo dobrze pierwszą połowę, ale to było za mało, żeby zatrzymać wyraźnie rozpędzoną drużynę rywali.
W zapowiedziach stawialiśmy na zwycięstwo Esportivo, ale patrząc przed meczem na ławki rezerwowych można było odnieść wrażenie, że było to przewidywanie co najmniej ryzykowne. Gospodarze z impetem weszli w to spotkanie i pierwsza część meczu zdecydowanie toczyła się pod ich dyktando, ale jeszcze przed przerwą Alpan złapał przewagę, której nie oddał do końca spotkania. W 5 minucie wynik otworzył Miłosz Nowakowski, który pogalopował lewym skrzydłem i nie dał szans golkiperowi gości. Alpan odpowiedział golem Daniela Kani, ale remis utrzymał raptem minutę, kiedy dla Esportivo trafił Alex Body. W 13 minucie Alpan złapał inicjatywę, a Kamil Kłopotowski i Przemek Wycech wyprowadzili swój zespół na pierwsze prowadzenie tego wieczoru. Co więcej - niewiele zabrakło, aby ten zespół jeszcze bardziej odskoczył wynikiem, ale trzema kapitalnymi obronami popisał się golkiper Esportivo Michał Sobieralski. W 18 minucie Wiktor Gajewski przeciął podanie przez środek pola karnego, ale piłka niefortunnie minęła Piotra Kozę i po samobójczym trafieniu był remis 3:3. Do końca pierwszej połowy gole strzelał już tylko Alpan. Najpierw Rafał Radomski, a następnie Kamil Kłopotowski wpakowali piłkę do siatki i na przerwę goście schodzili z komfortowym prowadzeniem 3:5. Jak się później okazało prowadzenia tego nie oddali do gwizdka kończącego spotkanie, a co więcej na początku drugiej połowy tylko powiększyli prowadzenie po golach Daniela Kani oraz Kamila Kłopotowskiego. Nie była to przewaga nie do odrobienia, ale z każdą minutą dawało się zauważyć, że tego dnia ekipa z Duczek po prostu odstawała poziomem od drużyny Eryka Zielińskiego, której wyraźnie brakowało pomysłów na rozpracowanie defensywy przeciwnika. Gospodarze zapunktowali jeszcze raz i trafienie zaliczył Sylwester Wielgat, ale Alpan odpowiedział aż trzema golami, gładko zwyciężył 4:10 i wobec przegranej TURa umocnił się na 4 pozycji w tabeli Ekstraklasy.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)