Sezon Lato 2024
Relacje meczowe: Ekstraklasa
Spotkanie drużyn z dwóch różnych biegunów tabeli zapowiadało się jasno - Impuls walczący o utrzymanie kontra IN Plus, który mierzy wyżej i chce trzymać kontakt z czołówką. Faworyt był więc znany, a boisko tylko to potwierdziło.
Od pierwszych minut to właśnie IN Plus narzucił tempo i wyglądał na zespół lepiej przygotowany do tego spotkania. Szybkie rozegranie, odwaga w pojedynkach i duża pewność siebie sprawiły, że goście szybko objęli prowadzenie. Impuls potrafił jednak odpowiedzieć - precyzyjne uderzenie dało wyrównanie i przez moment wydawało się, że gospodarze są w stanie podjąć walkę. To był jednak tylko krótki fragment. Z biegiem czasu mecz coraz bardziej układał się pod dyktando gości. W ofensywie brylował Jan Skotnicki, który świetnie radził sobie w dryblingach i regularnie rozrywał defensywę rywali. Jego akcje tworzyły przestrzeń i sytuacje, które skutecznie wykańczali Muszyński oraz Przyborek.
Na tym jednak nie kończyła się siła IN Plusu. Ogromne wrażenie robił również Piotr Branicki, który był prawdziwym mózgiem drużyny. To on nadawał tempo, podpowiadał, rozrzucał piłki po boisku i skupiał na sobie uwagę przeciwników. Jego obecność była odczuwalna w niemal każdej akcji ofensywnej - klasa widoczna gołym okiem. Taki zestaw jakości sprawił, że IN Plus bardzo sprawnie budował przewagę i kontrolował przebieg spotkania. Impuls próbował walczyć, nie brakowało im zaangażowania, e brakowało argumentów, by zatrzymać dobrze dysponowanego rywala. W końcówce gospodarze zdołali jeszcze zdobyć dwa trafienia, co pozwoliło im zachować twarz i zostawić po sobie dobre wrażenie pod względem walki do samego końca. Spotkanie zakończyło się wynikiem 3:7.
Sytuacja obu drużyn na ostatnią tercję sezonu zaczyna się wyraźnie zarysowywać i obie ekipy muszą teraz wejść na najwyższe obroty, żeby wypełnić swoje cele. IN Plus ma apetyt na drugie miejsce. Impuls, przy dobrym finiszu, może powalczyć o środek tabeli, natomiast z tyłu są drużyny, które będą zdeterminowane, by zdobywać punkty.
Ekstraklasa Ligi Fanów w tym sezonie nie przestaje zaskakiwać, a to spotkanie tylko potwierdziło, jak bardzo nieprzewidywalne potrafią być jej losy. KSB Warszawa, jedna z największych rewelacji rozgrywek, zmierzyła się z Turem Ochota, który również zaczyna łapać właściwy rytm, choć z zupełnie innego miejsca w tabeli.
Patrząc na dotychczasowy przebieg sezonu, to KSB wydawało się faworytem. Boisko jednak szybko pokazało, że Tur to drużyna, która ma w swoim DNA charakter. Już na początku spotkania Leśniewicz otworzył wynik kapitalnym wolejem z dystansu, który mógł być ozdobą niejednej kolejki. KSB nie potrzebowało jednak wiele czasu, by odpowiedzieć. Swoją klasę potwierdził Maciek Grabicki, specjalista od uderzeń z dystansu, który precyzyjnym strzałem doprowadził do wyrównania. Mecz szybko wszedł na wysokie obroty - dynamiczny, taktyczny, pełen walki i wzajemnych odpowiedzi. Do przerwy było 2:2, a obraz gry idealnie oddawał wynik. Obie drużyny miały swoje momenty, wymieniały się ciosami i nie zamierzały odpuszczać ani na chwilę.
Po zmianie stron spotkanie nadal było bardzo wyrównane, ale to Tur Ochota zaczął wykazywać się większą cierpliwością i skutecznością. Goście lepiej reagowali na drobne błędy w defensywie KSB i potrafili je bezlitośnie wykorzystywać. Nie forsowali gry na siłę, lecz czekali na swoje momenty i konsekwentnie zamieniali je na bramki.
KSB walczyło do końca, próbowało narzucić swój styl i odwrócić losy meczu, ale tego dnia Tur był zespołem bardziej konkretnym w decydujących momentach. Ostatecznie Tur Ochota wygrywa 5:3, sprawiając jedną z większych niespodzianek tej kolejki. To zwycięstwo może mieć ogromne znaczenie - 9 punktów okazuje się realną szansą w walce o utrzymanie i buduje potrzebną pewność siebie przed dalszą częścią sezonu. Dla KSB Warszawa to z kolei bolesne potknięcie - spadek z trzeciego na czwarte miejsce, ale podium wciąż pozostaje w ich zasięgu. W Ekstraklasie nic nie jest jeszcze rozstrzygnięte i właśnie za to ją kochamy.
Spotkanie 12. kolejki Ekstraklasy Ligi Fanów między Lakoksami CF a GWA Media Ochotą dostarczyło prawdziwego rollercoastera bramek. Gospodarze przystępowali do meczu w dobrych nastrojach po udanym początku rundy rewanżowej, w którym potrafili pokonać nawet aktualnych mistrzów ligi. Z kolei goście mieli za sobą rozczarowujący start wiosny – tylko jeden punkt w dwóch meczach praktycznie przekreślił ich szanse na tytuł.
Od pierwszego gwizdka to Lakoksy narzuciły swoje tempo gry. Już po 7 minutach prowadziły 2:0, wykorzystując ospałość rywali. GWA Media próbowała odpowiedzieć, ale dobrze zorganizowana defensywa gospodarzy długo nie dopuszczała ich do klarownych sytuacji. Dopiero w 15. minucie Milewski znalazł drogę do siatki i zmniejszył straty. Mimo okazji po obu stronach wynik do przerwy nie uległ już zmianie.
Druga połowa przyniosła prawdziwy festiwal strzelecki. Lakoksy szybko podwyższyły na 3:1, lecz niemal natychmiast odpowiedział Kępka. W 37. minucie Zawadzki popisał się znakomitym uderzeniem z rzutu wolnego, nie dając szans Jabłońskiemu i przywracając gospodarzom dwubramkowe prowadzenie. Chwilę później jednak Nowak niefortunnie skierował piłkę do własnej bramki, ponownie zmniejszając różnicę do jednego gola. Gdy na 10 minut przed końcem Lakoksy zdobyły kolejną bramkę i prowadziły już 6:3, wydawało się, że mają mecz pod kontrolą. Wtedy jednak nastąpił niesamowity zwrot akcji. Goście wrzucili wyższy bieg i w zaledwie cztery minuty zdobyli aż cztery gole, wychodząc na prowadzenie 7:6. Decydujący cios zadał Cetlin, który tuż przed końcem podwyższył na 8:6 i przypieczętował pierwsze wiosenne zwycięstwo GWA Media Ochota. W ostatnich sekundach gry Brzeziński zdobył jeszcze bramkę dla Lakoksów, ale było to już tylko trafienie na otarcie łez.
Po niezwykle emocjonującym meczu GWA Media Ochota pokonała Lakoksy CF 8:7, odwracając losy spotkania w spektakularnym stylu.
W meczu 12. kolejki Ekstraklasy Ligi Fanów naprzeciw siebie stanęły ekipy o zupełnie innym bagażu doświadczeń – utytułowani Gladiatorzy Eternis oraz stawiająca pierwsze kroki na najwyższym szczeblu Tanatos Husaria Mokotów. Choć obie drużyny weszły w rundę rewanżową z bilansem jednego zwycięstwa i jednej porażki, to gospodarze, czyli wielokrotni mistrzowie rozgrywek, uchodzili za zdecydowanych faworytów.
Początek spotkania nie zapowiadał jednak późniejszego pogromu. Gra była wyrównana, a akcje przenosiły się spod jednej bramki pod drugą. Wraz z upływem kolejnych minut inicjatywę zaczęli przejmować podopieczni Michała Dryńskiego. Kluczem do sukcesu okazała się doskonała gra z bramkarzem oraz szybkie kontry, które rozrywały szyki obronne Husarii. Wynik otworzył Michał Kielak, wykańczając precyzyjne podanie Borysa Ostapenki. Ten sam zawodnik jeszcze przed przerwą trafił po raz drugi, dzięki czemu Gladiatorzy schodzili na przerwę z komfortowym prowadzeniem 2:0.
Druga połowa to już prawdziwy koncert jednego zespołu. Gdy Tomasz Pietrzak podwyższył na 3:0, nadzieje gości na korzystny wynik zaczęły wygasać. Husaria próbowała odpowiedzieć, wprowadzając do gry ofensywnej Norberta Wierzbickiego, jednak defensywa Gladiatorów tego dnia była świetnie dysponowana. Nawet gdy gościom udawało się wypracować sytuację, to na posterunku stał Bartosz Gwóźdź, który tego dnia był nie do pokonania. W kolejnych minutach Gladiatorzy grali z chirurgiczną precyzją, bezlitośnie wykorzystując każdy błąd rywala. Wynik szybko urósł do 5:0, a podłamana Husaria straciła rytm i wiarę w odwrócenie losów meczu. Ostatecznie spotkanie zakończyło się rezultatem 7:0.
Dla Gladiatorów to cenny krok w stronę kolejnego mistrzostwa, potwierdzający ich dominację i świetną formę defensywną w tym spotkaniu. Z kolei ekipa z Mokotowa odebrała bolesną lekcję futbolu – zawodnicy Tomasza Hübnera muszą szybko wyciągnąć wnioski, gdyż walka o utrzymanie w dolnych rejonach tabeli zapowiada się w tym sezonie wyjątkowo pasjonująco.
W bezpośrednim starciu drużyn, które przed tą kolejką miały na koncie identyczną liczbę punktów, Ogień Bielany pokonał FC Otamany w stosunku 8:6. Bardzo intensywne spotkanie, w którym nikt nie odstawiał nogi, zamieniło się w prawdziwy festiwal pięknych goli i zwrotów akcji.
Wynik otworzył Maciej Zawitaj z Ognia, popisując się fantastycznym uderzeniem piętką, będąc tyłem do bramki. Goście odpowiedzieli mocnym strzałem Kashperuka z bliskiej odległości, a po chwili wymiany ciosów zdołali nawet odskoczyć na dwubramkowe prowadzenie. Końcówka pierwszej połowy należała jednak do gospodarzy. Ogień zagrał koncertowo, odrabiając straty z nawiązką i schodząc na przerwę przy wyniku 5:4.
Po zmianie stron gospodarze podwyższyli na 6:4, ale FC Otamany nie składały broni. Goście nieustannie łapali kontakt, a przy stykowym rezultacie 7:6 losy meczu ważyły się do samego końca. Ostatecznie kropkę nad „i” postawił debiutujący w barwach Ognia Filip Ikwanty, który, strzelając na 8:6, zamknął to niesamowite widowisko.
Absolutnym motorem napędowym zwycięzców był w tym meczu Damian Warmiak. Zakończył on zawody z dorobkiem trzech bramek i jednej asysty, biorąc na swoje barki ciężar gry w ofensywie zespołu z Bielan.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)