reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga

Relacje meczowe: 1 Liga

ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
19:00

Zmagania 1. Ligi rozpoczęło spotkanie Ognia Bielany z FC Kebavitą. O ile dla gospodarzy był to teoretycznie mecz z gatunku „o honor”, o tyle Kebavita wciąż walczyła o utrzymanie miejsca medalowego. Zeszłotygodniowa porażka wykluczyła ich z walki o mistrzostwo, ale w grze wciąż pozostawały pozycje dwa lub trzy. Jednocześnie piłkarze Buraka Cana musieli oglądać się za siebie, bo zespół Korsarzy również miał chrapkę na podium.

Trudno powiedzieć, co miało większy wpływ na przebieg tego meczu – czy poprawiona sytuacja kadrowa Ognia, czy może fakt, że Kebavita zaczęła wpadać w delikatny kryzys. Już w 3. minucie zbyt lekkie podanie w poprzek boiska przejął Mateusz Michalski i otworzył wynik spotkania. Kolejne minuty upływały w spokojniejszej atmosferze. Gospodarze cierpliwie budowali swoje akcje, a główne zagrożenie ze strony gości stanowiły strzały z dystansu, oddawane przez wysoko grającego bramkarza. W 11. minucie to jednak golkiper gospodarzy mógł cieszyć się ze swojego skutecznego zagrania – celnym wyrzutem uruchomił kolegę, a ten podwyższył prowadzenie. Nie minęło kolejne 60 sekund, a Michalski skompletował hat-tricka.

Kebavita wydawała się bezradna i nie potrafiła znaleźć sposobu na świetnie dysponowanego Michalskiego, który całe spotkanie zakończył z kapitalnym wynikiem pięciu bramek i trzech asyst. Ozdobą meczu była akcja na 4:1 – wspomniany Michalski zagrał z rzutu rożnego przed pole karne, a Szymon Lisiecki potężnym strzałem pokonał Amala. Tym samym Ogień - choć trudno w to uwierzyć - nadal ma szansę na medal!

Co do Kebavity, to na uwagę zasługują cztery trafienia Christiana Nnamaniego, ale były to jedyne tego dnia gole dla podopiecznych Buraka Cana...

2
20:00

Mecze o wszystko, bez względu na okoliczności, zawsze mają swoją specyfikę. Można analizować składy, porównywać zawodników na poszczególnych pozycjach, ale gdy rozlega się pierwszy gwizdek i pojawia się świadomość, że porażka oznacza koniec marzeń, nie wszystko zawsze wychodzi tak, jak było zaplanowane. Każde takie spotkanie pisze swoją własną historię.

Na to liczyliśmy również w starciu Zielonej i Przyjaciół z Inferno Team – meczu, który miał odpowiedzieć na pytanie, czy to Zielona sięgnie po mistrzostwo, czy też Inferno wykorzysta okazję i obejmie prowadzenie przed ostatnią kolejką. Zielonym w ostateczności pasował nawet remis, ale tutaj nie było mowy o kalkulacjach – chłopaki jak zawsze przyjechali po zwycięstwo, bo taki był ich cel w każdym z siedmiu zaplanowanych spotkań. Ich sytuacja kadrowa wyglądała jednak skromnie – ławka rezerwowych praktycznie nie istniała. W Inferno było nieco lepiej, choć i tam nie brakowało spóźnionych zawodników.

Spotkanie rozpoczęło się w dobrym tempie, a o różnicach między drużynami początkowo decydowała skuteczność. Zielona była w tym aspekcie lepsza – najpierw po ładnej kombinacji gola zdobył Konrad Szałek, a chwilę później zrobiło się już 2:0. Inferno musiało się obudzić i pomogła im w tym strata Filipa Bućki, którą wykorzystał Patryk Abbassi. Na tym jednak ich dobra passa się skończyła – defensywa Inferno wciąż popełniała błędy, a kwintesencją był brak organizacji przy rzucie z autu. W efekcie łatwego gola zdobył Daniel Gąsiorek, podwyższając w tamtym momencie wynik z 3:1 na 4:1.

Inferno zdołało zmniejszyć straty jeszcze przed przerwą, a po wznowieniu gry ruszyło w pogoń. Dwa szybkie gole doprowadziły do remisu – scenariusza, którego mało kto się spodziewał, zwłaszcza że wcześniej przewaga Zielonej wynosiła już trzy trafienia. Przyszli mistrzowie jednak nie wpadli w panikę. Do gry wszedł Filip Hrynkiewicz, który dojechał dopiero na drugą połowę. Po krótkiej chwili na instalację sterowników zaczął robić różnicę. Pomogła mu w tym niedokładność oponentów.

Przy stanie 4:4 Inferno Team praktycznie podało Filipowi bramkę na tacy, a kolejne trafienie autorstwa Daniela Boguckiego spada na karb golkipera. Bartek Czajka mógł się tu zachować lepiej, ale kozłująca piłka zaskoczyła go na tyle, że dał się pokonać. W końcówce Inferno musiało postawić wszystko na jedną kartę, jednak rywale kontrolowali przebieg spotkania i systematycznie powiększali przewagę. Ostatecznie skończyło się wynikiem 9:5 i wszystko stało się jasne – Zielona i Przyjaciele zostali mistrzem Ligi Letniej na kolejkę przed końcem rozgrywek! Trzeba powiedzieć wprost – nie było na nich mocnych. Inferno postawiło trudne warunki i był to najcięższy mecz dla nowych mistrzów 1. ligi, ale i tym razem Zielona znalazła sposób na zwycięstwo. Drużyna Igora Patkowskiego kończy więc sezon na drugim miejscu. To spory sukces, zwłaszcza że wiele ekip chętnie zamieniłoby się z nimi miejscami. Mimo wszystko pozostaje niedosyt, bo tytuł był blisko, a tak trzeba będzie poczekać na złoto kolejny rok...

3
21:00

W 1. Lidze nawet nie ma sensu bawić się w kalkulacje – kto na którym miejscu skończy sezon, jakie będą wyniki poszczególnych meczów czy kto ma większe szanse. Tutaj możliwe jest dosłownie wszystko i to wcale nie przesada. Przed ostatnią kolejką pewne jest tylko jedno: mistrza już znamy. Natomiast o miejsca na podium walczy aż sześć drużyn, co gwarantuje ogromne emocje.

Do meczu Impuls – Korsarze również podchodziliśmy bez wyraźnego faworyta. Teoretycznie wyżej w tabeli znajdował się zespół gości, ale to Impuls miał po swojej stronie kilka atutów: zaległy mecz do rozegrania oraz zdecydowanie szerszą ławkę rezerwowych, co w realiach Socca często okazuje się kluczowe.

Tak było i tym razem. Impuls przyjechał w pełnym składzie – dwie mocne piątki. Korsarze natomiast nie mieli żadnej zmiany. Pierwsza połowa pokazała jednak, że ambicja i charakter potrafią zrównoważyć różnicę. Gra była wyrównana, toczona na wymianę ciosów, ale bez huraganowych ataków – obie ekipy podeszły do spotkania z chłodną głową. Na tablicy wyników widniały tylko dwa trafienia: dla Impulsu strzelili Yevhen Plaksa i Bohdan Ivaniuk.

Po przerwie obraz gry zmienił się diametralnie. Impuls całkowicie przejął inicjatywę, a rywalom zwyczajnie zabrakło sił. I choć przewaga była ogromna, to skuteczność… fatalna. Piłkarze Impulsu marnowali sytuacje, które aż prosiły się o gola, przekombinowywali w decydujących momentach i nie potrafili postawić kropki nad „i”. W innym meczu mogliby za to srogo zapłacić, ale Korsarze nie mieli już energii, by skontrować. A gdy okazje jednak się pojawiały – świetnie bronił Volodymyr Slobozheniuk.

Ostatecznie druga połowa przyniosła jeszcze dwa gole i zasłużone zwycięstwo Impulsu. Obie drużyny wciąż pozostają w grze o podium, ale to wygrana daje Impulsowi znacznie lepszą pozycję wyjściową – przy korzystnym układzie wyników mogą nawet powalczyć o srebro. Korsarzom zaś pozostaje walka wyłącznie o trzecie miejsce.

Reklama