Sezon Lato 2024
Relacje meczowe: 1 Liga
Zielona do meczu z Impulsem przystępowała jako ekipa niepokonana i – patrząc z perspektywy nominalnych gospodarzy – nie było innej opcji, jak tylko kontynuować tę serię. W teamie Zielonych widzieliśmy nie tylko trio Szałek–Bućko–Bogucki, które w sezonie zasadniczym reprezentowało barwy pierwszego zespołu Husarii Mokotów, ale także uzupełnienie z Husarii Mokotów II (Kamil Ostapiński) oraz Husarii Mokotów III (Tomasz Kruczyński). Skład domknęła trójka Gąsiorek, Dąbrowski oraz będący w znakomitej formie strzeleckiej Filip Hrynkiewicz. W drużynie gości, poza absencją podstawowego bramkarza Wołodymyra Slobozheniuka, mieliśmy raczej sztywny, dobrze nam znany zestaw.
Zielona i Przyjaciele już nieraz przekonywała nas, że początki w ich wykonaniu potrafią być wyjątkowo bezlitosne dla rywala. Nie inaczej było tym razem. Zespół nieobecnego tego dnia Sebastiana Ignacaka błyskawicznie wypracował sobie przewagę, a premierowa bramka beniaminka Ekstraklasy, Impuls UA, padła dopiero przy wyniku 1:4. Kiedy wydawało się, że ZiP spokojnie dobrnie do brzegu, team Ivaniuka ruszył do odrabiania strat. W mgnieniu oka zrobiło się już tylko 4:5 dla Zielonych i wszystko zaczęło wisieć na włosku – w tym fragmencie meczu gra toczyła się wyraźnie na korzyść graczy w czarnych koszulkach. Był to jednak ostatni tego dnia zryw Impulsu – bramki Bućko, Kruczyńskiego oraz Hrynkiewicza rozwiały wszelkie wątpliwości. Wygrał zespół zdecydowanie lepszy, mający w swoich szeregach mocniejsze indywidualności, w tym przede wszystkim znakomicie prezentującego się na naszych boiskach AWFu Filipa Bućko, który znajduje się w kręgu zainteresowań selekcjonera reprezentacji Polski Socca, Klaudiusza Hirscha.
Przed tą kolejką jedno z głównych pytań, jakie sobie zadawaliśmy, brzmiało: FC Kebavita czy Inferno Team? Chodziło bowiem o to, kto pozostanie głównym rywalem Zielonych w walce o mistrzostwo najbardziej prestiżowej dywizji w Lidze Letniej. Oba zespoły miały na to spore apetyty.
Gdy jednak zobaczyliśmy skład Inferno, w którym brakowało kilku zawodników obecnych choćby tydzień wcześniej w meczu z Ogniem Bielany, pomyśleliśmy, że to może być dobra okazja dla Kebavity. Oczywiście, nie było mowy o scenariuszu, w którym ekipa Buraka Cana odskoczyłaby rywalom na kilka bramek, ale jej zgranie dawało nadzieję, że uda się przechylić szalę na swoją korzyść.
Od samego początku był to jednak mecz z gatunku cios za cios. Gdy jedni strzelali gola, drudzy natychmiast odpowiadali. Spotkanie było prowadzone w dobrym tempie. Początkowo w obronie Inferno pojawiały się spore luki, które Kebavita skrzętnie wykorzystywała. Mimo to w drużynie Igora Patkowskiego indywidualności robiły różnicę – każdy był groźny, każdy mógł przeprowadzić rajd i zdobyć bramkę. Nic więc dziwnego, że do przerwy było 4:4.
Po zmianie stron obraz gry pozostał podobny – mnóstwo okazji z obu stron i brak wyraźnego faworyta. Przy stanie 6:5 dla Kebavity zespół miał świetną szansę na podwyższenie prowadzenia, ale na ziemię sprowadził ich Wiktor Niemiec.
O wszystkim zdecydowała końcówka. Kluczowy gol dla Inferno padł niemal siłą woli – Sylwester Wielgat nabił piłką wbiegającego w pole karne Patryka Abbassiego, a ten skierował ją do siatki. Chwilę później ten sam zawodnik przechwycił piłkę, wykorzystując fakt, że w bramce Kebavity zabrakło „lotnego” golkipera w postaci Azamata Qutpiddinova, i ustalił wynik spotkania. Ostatecznie to Inferno zgarnęło 3 punkty. Trzeba jednak uczciwie przyznać – gdyby wynik był odwrotny, nikt nie miałby pretensji. Zadecydowały detale i odrobina szczęścia, bo był to bardzo wyrównany mecz dwóch godnych siebie drużyn.
Ten rezultat oznacza, że Inferno pozostaje w grze o złoto, podczas gdy Kebavita traci już szanse na pierwsze miejsce. Co gorsza, musi oglądać się za siebie – tuż za plecami czają się Korsarze, tracący zaledwie 3 punkty, ale mający znacznie korzystniejszy terminarz.
Przed piątą serią gier trudno było zakładać, że którykolwiek z tych zespołów powalczy o coś więcej niż środek ligowej tabeli. Czołowe trio odjechało już na zbyt dużą odległość (pozostawał co najwyżej cień szansy, że Kebavita wytraci impet, ale wpierw trzeba byłoby samemu dwukrotnie zapunktować). Realnym celem wydawało się raczej zakotwiczenie gdzieś w górnej połowie stawki. Ta sztuka – spoilerując – udała się pirackiej łajbie Korsarzy. Jak do tego doszło? Zapraszamy na krótki raport z meczu.
Choć posiadanie piłki było w miarę wyrównane, a momentami gracze Karola Dębowskiego wydawali się kontrolować przebieg spotkania, to jednak przy konkretnych akcjach okazywało się, że w baku Warsaw Eagle pusto, a u Korsarzy jest – kolokwialnie mówiąc – z czego brać i z czego rzeźbić. Efekt? Jednostronny przebieg dalszej części meczu. Już do przerwy było aż 5:1, co praktycznie oznaczało „pozamiatane” – i rzeczywiście tak było.
W drugiej połowie Korsarze tylko potwierdzili swoją przewagę. Z przodu świetną robotę wykonywał będący w wysokiej formie Beniamin Chrapowicki, który słusznie został wybrany MVP spotkania – autor nie tylko czterech goli, ale i asysty. Eagle wyglądali solidnie, ale brakowało im kogoś, kto samymi liczbami zrobiłby różnicę. Ostatecznie to właśnie brak konkretów okazał się kluczowy – bo z samej gry nie mieliśmy aż tak dużej przepaści, jak sugerował końcowy wynik.
Spotkanie odbywało się w spokojnej, iście letnio–wakacyjnej atmosferze. Wynik został przesądzony dość szybko, a oba zespoły – co zrozumiałe – chciały już tylko dopłynąć do brzegu w zdrowiu i spokoju. Dzięki pełnej puli punktów FC Korsarze zachowują jeszcze niewielki cień szansy na walkę o brązowe medale, natomiast dla WE misją końcową będzie w dwóch ostatnich kolejkach wydostać się z czeluści ligowej tabeli.
Do meczu Ogień Bielany kontra KSB Warszawa powinniśmy zasiadać z myślą, że gra toczy się o mistrzostwo Ligi Letniej lub przynajmniej o jej najwyższe lokaty. Wszak naprzeciw siebie stanęły dwie bardzo utalentowane, młode ekipy z dużymi aspiracjami. Powinniśmy. Tak się jednak nie stało, ponieważ oba teamy... okupują obecnie dno tabeli. Co więcej, KSB Warszawa miało do tego momentu wręcz ujemny bilans punktowy – wszystko za sprawą walkowera oddanego Inferno Team.
Mimo tych dość niespodziewanych okoliczności, w przypadku tak ciekawych projektów jak KSB Warszawa i Ogień Bielany mogliśmy być pewni, że w ich bezpośrednim starciu trochę jakości jednak zobaczymy. Tu nie chodziło jedynie o punkty, ale również o pokazanie rywalowi, kto będzie faworytem w nadchodzącym wielkimi krokami sezonie zasadniczym.
Oba zespoły zebrały się w niemal „galowych” zestawieniach. Po stronie KSB zabrakło co prawda podstawowego bramkarza Wachnika czy Kiryła Semerenki, a w Ogniu – tria Cetlin–Michalski–Milewski, jednak zasadniczo składy obu drużyn były mocne. Na tyle mocne, że mieliśmy prawo oczekiwać dobrego widowiska. I się nie zawiedliśmy – mecz obfitował w nagłe zmiany rezultatu, rajdy przez pół boiska, czerwone kartki, bramki z rzutów wolnych, szalone comebacki i... po prostu wszystko! Słowem – działo się.
Szkoda tylko, że sytuacja obu drużyn w tabeli jest, jaka jest, bo perspektywa gry o złoto jeszcze bardziej podsyciłaby emocje tego pojedynku i dodała mu pikanterii. Wynikowo mieliśmy kilka momentów, które mogły być przełomowe, a szczególnie ten w końcówce, gdy za zagranie piłki ręką poza polem karnym czerwoną kartką ukarany został bramkarz KSB, Kacper Kułakowski. Efekt? Gra w osłabieniu do końca meczu, brak podstawowego środkowego obrońcy na boisku, bo Piotrek Grabicki – nominalny defensor – przejął rękawice po „Kułaku”. Wydawało się, że to nie ma prawa się udać, tym bardziej że z podyktowanego wolnego błyskawicznie padł gol.
A jednak! Każdy, kto zna się na „szóstkach”, wie, że grający doskonale nogami lotny bramkarz potrafi zdziałać cuda. Tak właśnie było w minioną niedzielę – bracia Grabiccy zrobili to, do czego już nas przyzwyczaili – z niczego stworzyli przewagę i odwrócili losy meczu. Wydawało się, że jakimś cudem wynik 7:6 okaże się ostatecznym, ale w ostatniej akcji spotkania Ogień Bielany doprowadził do remisu po przytomnie rozegranym stałym fragmencie gry na linii Skorupa–Sidor. Skończyło się więc podziałem punktów.







)
)
)
)
)
)