reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga

Relacje meczowe: 1 Liga

ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
2
19:00

Istne starcie wagi ciężkiej przyniosła nam druga kolejka zmagań na Arenie AWF. Choć rywalizujące strony przystępowały do tej potyczki w nieco innych nastrojach – Kebavita po zdemolowaniu Warsaw Eagles, a FC Impuls UA zmęczony wywalczeniem przepustki do Ligi Mistrzów w Grecji i wcześniejszym remisem z Inferno Team – mecz ten stał piłkarsko na najwyższym poziomie.

Impuls szukał swoich szans po strzałach z trudnych pozycji i w kontratakach, Kebavita polegała na rozgrywaniu piłki z bramkarzem i szukaniu na boisku Christiana Nnamaniego. Żadna z ekip nie potrafiła znaleźć drogi do siatki przez prawie piętnaście minut, co pokazywało, w jak dobrej dyspozycji są piłkarze obu stron. Otwarcie nadeszło dość niespodziewanie, kiedy rzut z autu Tomasza Mika na gola zamienił Nnamani, a chwilę później osobiście przejął niecelne podanie bramkarza Impulsu, Mykoli Osichnyiego, i oddał strzał na „pustaka”. Kontaktową bramkę dla gości zdobył po rykoszecie Igor Petlyak, ponownie przywracając wiarę swoim kolegom z drużyny.

Druga odsłona zmagań również rozkręcała się stopniowo – mimo kilku ładnych akcji Impulsu, błysk geniuszu Azamata Qutpiddinova, który dostrzegł niepilnowanego Enesa Okcuoglu, pozwolił na podwyższenie prowadzenia Kebavity. Przy bramce na 4:1 ponownie przypomniał o sobie Nnamani, otrzymując podanie za plecy obrońców od Kamila Majorka i mijając bezradnego golkipera.

Nikt nie przewidziałby, że z tak komfortowego prowadzenia Kebavity może jeszcze wyniknąć tak szalony mecz. Za wślizg poza polem karnym bramkarz gospodarzy, Łukasz Kapusta, otrzymał żółtą kartkę, a na domiar złego strzał, który padł po rozegraniu podyktowanego w tej sytuacji rzutu wolnego, rękoma zablokował nowy nabytek Kebavity – Bolaji Showole – za co wyleciał z boiska z czerwoną kartką! Karnego pewnie wykorzystał Oleksandr Bilonozhko, ale jeszcze większym sprytem wykazał się potem Nnamani, który przelobował bramkarza strzałem ze środka boiska przy wznowieniu gry.

Zaczęło się prawdziwe szaleństwo – dublet Bohdana Ivaniuka, następnie odpowiedź Nnamaniego, niespodziewane wyrównanie za sprawą trafień Bilonozhki i Hrynova, i na koniec – triumfalne dwa gole niesamowitego tego wieczoru nigeryjskiego napastnika.

O tym meczu można dużo pisać – ale to trzeba było po prostu zobaczyć!

3
20:00

Ogień Bielany, po porażce w pierwszej kolejce, rozgrywał mecz z Warsaw Eagle, które również wróciło do domu na tarczy. Gospodarze na to spotkanie stawili się w bardzo okrojonym składzie i przez prawie całą pierwszą połowę grali bez zmian. Warsaw Eagle od pierwszych minut ruszyło do ataku i już w 5. minucie objęło prowadzenie.

Zawodnicy Ognia Bielany musieli racjonować swoje siły i skrupulatnie konstruować swoje ataki. W 12. minucie zdołali doprowadzić do wyrównania, jednak ich radość trwała krótko — kilka minut po stracie gola goście dopisali na swoje konto drugie trafienie. Upływające minuty coraz bardziej dawały się we znaki gospodarzom, którzy zaczęli opadać z sił. Zmęczenie rywala wykorzystali zawodnicy Warsaw Eagle, strzelając przed przerwą kolejne dwa gole.

Druga połowa rozpoczęła się od gola dla Ognia Bielany, który – pomimo zmęczenia – grał lepiej niż w pierwszej odsłonie. Goście, którzy pewnie prowadzili grę przez długi czas, nie potrafili pokonać bramkarza gospodarzy. Dopiero w 34. minucie powrócili na trzybramkowe prowadzenie.

Nieustępliwi w ataku gospodarze, na pięć minut przed końcowym gwizdkiem, zbliżyli się na dystans jednej bramki. Remis zaczął pachnieć w powietrzu. Nie chcąc dopuścić do podziału punktów, Warsaw Eagle ruszyło do ataku. Obie drużyny miały sporo okazji, by ten mecz zakończył się innym wynikiem, jednak to goście – minutę przed końcem – zdobyli gola na wagę zwycięstwa.

Ogień Bielany po dwóch kolejkach pozostaje bez choćby punktu, a Warsaw Eagle zdobyło swoje premierowe zwycięstwo w naszych rozgrywkach.

4
22:00

Po tym, jak Korsarze ograli na inaugurację KSB Warszawa, wydawało nam się, że będą w stanie przeciwstawić się głównemu faworytowi do triumfu w 1. lidze. Zespół Zielona i Przyjaciele chyba przez wszystkich jest stawiany na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o mistrzostwo Ligi Letniej, jakkolwiek to spotkanie miało stanowić dla nich pewnego rodzaju test.

No i widząc wynik – można powiedzieć, że Sebastian Ignacak i spółka zdali go świetnie. Jednak rezultat 7:1 nie mówi nam o tej potyczce wszystkiego. Owszem, Zieloni byli lepsi, ale rywale też mieli swoje okazje, których nie zamieniali jednak na gole. Ogólnie mecz od samego początku był na dużym kontakcie. Tutaj nie było miejsca na przyjmowanie piłki, bo zaraz rywal był na twoich plecach.

Pierwszego gola zdobyli Zieloni, którzy po ładnej koronce i trafieniu Filipa Hryniewicza objęli prowadzenie. Korsarze mogli odpowiedzieć, mieli nawet sytuację sam na sam, tylko co z tego, skoro nawet w takich okolicznościach nie potrafili trafić w bramkę. To musiało się zemścić – za chwilę zrobiło się 2:0, potem po nieporozumieniu w ekipie Korsarzy było już 3:0 i stało się jasne, że niespodzianki nie będzie.

Mimo wszystko ekipa Bartka Kowalewskiego na drugą połowę wyszła z dużym animuszem. Chłopaki próbowali, być może mieli nawet więcej z gry, ale co z tego, jak celownik nadal był ustawiony fatalnie – a nawet gdy udawało się zmieścić piłkę w świetle bramki, to doskonale spisywał się Jakub Skowron. Z kolei Zieloni robili swoje i dopiero przy stanie 7:0 stracili gola, który – rzecz jasna – nie mógł tutaj nic zmienić.

Trochę nam szkoda Korsarzy – zwłaszcza ze względu na pierwszą połowę – ale jeżeli z takim przeciwnikiem i w tak ciasnym meczowym wyniku nie potrafisz wykorzystywać okazji, to konsekwencje muszą być bolesne. Zieloni i Przyjaciele wygrywają tym samym drugie kolejne spotkanie i – na nasze oko – jeśli ten skład będzie regularnie przyjeżdżał, nie ma w 1. lidze nikogo, kto mógłby im podskoczyć.

Reklama