Sezon Lato 2024
Relacje meczowe: 9 Liga
Znajdujący się środkowej strefie tabeli 9. ligi Legion podejmował przedostatni zespół – Heavyweight Heroes. Liczyliśmy na w miarę wyrównane widowisko, ale rzeczywistość szybko zweryfikowała te oczekiwania – mecz okazał się bardzo jednostronny.
Pierwsza połowa zapowiadała coś zupełnie innego. To było typowe „akcja za akcję”, szybkie tempo, gra od bramki do bramki. Obie ekipy nie kalkulowały, tylko szukały kolejnych trafień. Na tym poziomie rozgrywkowym takie podejście zawsze cieszy – bo oznacza jedno: dużo goli.
Niestety dla gości, po przerwie kompletnie się zatrzymali. Z kolei Legion, widząc bezradność rywala, bezlitośnie to wykorzystał. Igor Polskyi był prawdziwym katem – aż sześć zdobytych bramek mówi samo za siebie. Nie kalkulował – dostawał piłkę i kończył akcję. Drugim wyróżniającym się graczem był Vladyslav Barabash – cztery asysty i trzy gole, kapitalna współpraca z Polskyim i resztą zespołu.
Wynik końcowy 13:4 mówi wszystko. Legion nie tylko zdominował przeciwnika, ale też pokazał, że ma jeszcze ambicje, by powalczyć o coś więcej w tym sezonie. Z kolei Heavyweight Heroes, choć oficjalnie żegnają się z ligą, mają przed sobą jeszcze dwa mecze – i oby w nich pokazali charakter godny nazwy swojej drużyny.
FC Polska Górom, walcząca o opuszczenie strefy spadkowej, mierzyła się z Mistrzami Chaosu – ekipą, która wciąż ma apetyt na zakończenie sezonu na podium. Mecz nie zdążył jeszcze na dobre się rozkręcić, a goście już w 3. minucie objęli prowadzenie. Swój udział przy tej bramce miał rewelacyjnie dysponowany tego dnia Bartek Cieślak.
Gospodarze mieli kilka okazji, by szybko odpowiedzieć, ale Alan Bednarczyk między słupkami był bezbłędny i skutecznie powstrzymywał strzały rywali. Dopiero w 9. minucie Jakub Korpysz wykorzystał dokładne podanie od Borysa Guza i doprowadził do wyrównania.
W szeregach Mistrzów Chaosu zapanował chwilowy bałagan, z którego Polska Górom mogła wyciągnąć więcej, ale wykorzystała tylko jedną sytuację. Minimalna strata nie zamieniła się w prowadzenie głównie dzięki znakomitej postawie Bednarczyka – który wzbudzał podziw nawet u przeciwników. Goście powoli wracali do rytmu, a gospodarze zaczęli coraz mocniej odczuwać frustrację z powodu niewykorzystanych okazji. Tuż przed przerwą duet Tomek Faltynowski – Bartek Cieślak ustalił wynik pierwszej połowy na 1:2.
Po zmianie stron Mistrzowie Chaosu wrzucili wyższy bieg i rozpoczęli drugą odsłonę z pełnym impetem. W ciągu zaledwie siedmiu minut zdobyli trzy bramki, całkowicie przejmując kontrolę nad spotkaniem. FC Polska Górom próbowała jeszcze walczyć, ale z każdą kolejną straconą bramką gasła w nich nadzieja na odwrócenie losów meczu. Goście nie tylko utrzymali czyste konto w drugiej połowie, ale dołożyli jeszcze trzy trafienia, kończąc mecz imponującym wynikiem. Ostatecznie Mistrzowie Chaosu wygrali 7:1, pokazując, że ich walka o podium jeszcze się nie skończyła.
Dzięki korzystnym wynikom w innych spotkaniach, obie drużyny – mimo niedzielnego wyniku – wciąż mają realne szanse na realizację swoich celów na finiszu sezonu.
O godzinie 15:00 na Arenie AWF, na sektorze B, miało miejsce starcie dwóch ekip z ligowego topu – Dziki z Lasu II kontra Skra Warszawa. W roli nieznacznego faworyta występowały Dziki, które przed meczem miały 4 punkty przewagi, ale w tak ważnym starciu mogło wydarzyć się dosłownie wszystko.
To spotkanie dwóch 9-ligowych tytanów było niezwykle zacięte. Pierwsza połowa, bardzo wyrównana, zakończyła się prowadzeniem 2:1 dla gospodarzy. Goście lepiej ustawiali się na boisku i dłużej utrzymywali się przy piłce, grając atakiem pozycyjnym, ale kilka błędów w rozegraniu otworzyło Dzikom drogę do niebezpiecznych kontr. A że indywidualnie mieli bardziej technicznych zawodników, każda kontra pachniała bramką.
Druga część zakończyła się takim samym wynikiem – 1:2 – ale tym razem dla Skry. Co ciekawe, wszystkie trzy bramki padły... nie z gry! Najpierw pewnym strzałem z rzutu wolnego popisał się Bartosz Dzikowski, a chwilę później ten sam zawodnik trafił z rzutu karnego. Ale to nie był koniec emocji – tuż przed końcem meczu sędzia podyktował jedenastkę dla Dzików, a Mateusz Okolus pewnym uderzeniem ustalił wynik spotkania na 3:3.
Z przebiegu całego meczu obie drużyny mogą czuć lekki niedosyt – każda miała swoje okazje – ale dla postronnych obserwatorów remis to zdecydowanie sprawiedliwy rezultat.
W niedzielę o 17:00 lider 9. ligi, Czasoumilacze, miał okazję udowodnić, że nieprzypadkowo znajduje się na szczycie tabeli. Przeciwnikiem była Górka Kazurka – zespół, który, niezależnie od rywala, zawsze świetnie wchodzi w mecz. I tym razem nie było inaczej – wynik otworzył Mikołaj Mogilnicki, potwierdzając, że Górka wie, jak mocno rozpocząć spotkanie.
Z czasem jednak do głosu doszli gospodarze, wyrównując grę. Po intensywnych i wyrównanych 25 minutach na tablicy widniał wynik 2:2, czyli de facto mecz zaczynał się od nowa. Problem Górki? Klasyczny – potrafią dobrze wejść w spotkanie, ale równie często nie dowożą końcówki. I właśnie to okazało się wodą na młyn dla Czasoumilaczy, którzy w drugiej połowie pokazali, kto tu rozdaje karty. Punktowali z zimną krwią, gol za golem, nie dając rywalom wrócić do gry.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje duet Cieślak & Krzywkowski – panowie rozegrali kapitalne zawody i dosłownie prowadzili swoją drużynę za rękę. Powiedzieć, że wygrali mecz we dwóch? W tym przypadku to żadna przesada.
Z taką formą swoich liderów, Czasoumilacze są o krok od mistrzostwa. Jeśli utrzymają tempo – złoto może być tylko formalnością.
Choć technicznie rzecz biorąc to spotkanie nie miało wielkiej stawki, to w głowach zawodników obu drużyn z pewnością pojawiła się myśl, że warto zakończyć maj efektownym zwycięstwem. Od pierwszego gwizdka to goście ruszyli z impetem do ataku, zmuszając do interwencji Dominika Pietruczuka, który z konieczności stanął między słupkami ekipy z Wilanowa.
Blokersi byli aktywniejsi, ale znów zawiodła ich skuteczność – Hubert Brodowski trafił tylko w boczną siatkę, a próba Bartka Kochana bezpośrednio z rzutu rożnego również nie przyniosła efektu. Mimo tego ofensywnego naporu to gospodarze sprawiali wrażenie spokojnych i opanowanych. I jak się okazało – słusznie. Cierpliwość popłaciła – dwa trafienia autorstwa Karola Kowalskiego, z czego jedno po podaniu Maksyma Samulaka, wyprowadziły ich na prowadzenie. Do końca pierwszej połowy Blokersi dalej przeważali pod względem liczby oddanych strzałów, ale – jak wiemy – to nie liczby wygrywają mecze. Kiedy gospodarze dochodzili do głosu, robiło się naprawdę groźnie pod bramką gości. Gdyby nie ofiarna postawa Thomasa Gawina w defensywie, wynik mógł być już wtedy rozstrzygnięty.
Po przerwie przez kilka minut trwała walka o środek pola, ale konkretami znów popisali się gracze z Wilanowa. Spokojnie konstruowali akcje, umiejętnie kontrolując tempo – raz przyspieszając, raz zwalniając. Efekt? Kolejne dwa gole po akcjach duetu Świtalski – Supłat oraz Świtalski – Kowalski. Podirytowani takim obrotem spraw Blokersi postawili wszystko na jedną kartę, rzucając się do ataku, nawet kosztem ryzyka kolejnych strat. Mimo chaosu w ich poczynaniach, udało się zdobyć bramkę - po przechwycie Kochana przy wyrzucie z autu i jego podaniu w ostatniej chwili do Brodowskiego, który mocnym uderzeniem od słupka pokonał Pietruczuka. Chwilę później kolejny błąd „żółto-pomarańczowych” przy stałym fragmencie gry pozwolił rywalom wyjść z kontrą, którą skutecznie wykończył Cezary Walczak, trafiając po długim rogu. Wilanów dołożył jeszcze jedno trafienie po dość przewidywalnej, lecz konsekwentnej akcji – Kowalski zagrał do Sieradzkiego, a ten zmienił wynik na 6:2.
Blokersi odpowiedzieli jeszcze jednym golem – Brodowski ponownie wpisał się na listę strzelców, tym razem po rzucie rożnym od Walczaka. Na więcej nie pozwolił już jednak czas… no, może poza błyskawicznym „dubletem” żółtych kartek, który zaliczył strzelec ostatniej bramki. I takim właśnie akcentem zakończyło się ostatnie starcie 16. kolejki w 8. lidze.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)