Sezon Lato 2024
Relacje meczowe: 5 Liga
W niedzielny poranek na arenie AWFu mierzyły się ekipy Hetmana i Więcej Sprzętu niż Talentu. Od początku widać było determinację po obu stronach, by dobrze zacząć sezon. Gospodarze czekali cierpliwie na swojej połowie na akcje przeciwników. Goście - grając z Łukaszem Krysiakiem na bramce - starali się robić przewagę w polu, ale początkowo nie przynosiło to żadnych korzyści. Po źle rozegranym rzucie wolnym Hetman wyszedł na prowadzenie. Po chwili ponowny błąd w ofensywie spowodował, że goście mieli już dwubramkowy deficyt. Gol kontaktowy strzelony przez graczy w zielonych trykotach dawał nadzieję na odwrócenie wyniku jeszcze przed przerwą. Tyle że mozolnie budowane ataki odbijały się od defensywy gospodarzy, a błędy indywidualne spowodowały, że do przerwy mieliśmy rezultat 4:2. Po zmianie stron goście zaczęli wreszcie dokładniej operować piłką, czego efektem była najpierw bramka po strzale z dystansu Łukasza Krysiaka. Chwilę później był już remis i wydawało się, że ferajna Daniela Władka może mieć problemy w dalszej części meczu, gdy rywale pierwszy raz w tym meczu wyszli na prowadzenie. Hetman nie poddał się i dążył do wyrównania. W końcówce meczu Damian Kucharczyk najpierw wyrównał na 5:5, a w ostatniej akcji meczu pięknym strzałem nie dał szans golkiperowi przeciwników. Gospodarze zgarnęli więc komplet punktów, a goście mimo dobrej gry muszą szukać swoich oczek w kolejnych spotkaniach.
W dobrym stylu zainaugurowaliśmy kolejny sezon Ligi Fanów na Arenie Grenady. Mecz pomiędzy Old Eagles Koło a Bartolini Pasta okazał się bardzo emocjonujący i jego końcowy wynik można uznać za małą niespodziankę. Faworytem były bowiem Orzełki, które w poprzedniej edycji dwukrotnie ograły ekipę Michała Cholewińskiego, chociaż jeden z tych meczów zakończył się porażką Makaroniarzy na własne życzenie. Teraz zawodnicy w szarych trykotach sprawę doprowadzili do końca, aczkolwiek i tutaj nie obeszło się bez turbulencji. Pierwsza połowa pod względem optycznym należała do Old Eagles. To ten zespół prowadził grę, miał więcej okazji, ale rywale byli za to bezlitośni w wykorzystywaniu swoich szans. Najpierw skorzystali z prezentu od Sylwka Madeja, a potem Arek Kamiński wykorzystał zderzenie dwóch rywali w polu karnym. Orzełkom udało się jednak zmniejszyć straty jeszcze przed przerwą, a tuż po niej Mariusz Żywek wykorzystał rzut karny i mieliśmy remis. I gdybyśmy wtedy mieli wskazać ekipę, której bliżej do trafienia na 3:2, to byłaby nią drużyna z Koła. I były ku temu okazje, w słupek trafił choćby Mariusz Żywek, ale zamiast tego, to przeciwnicy wrócili na właściwe tory. Arek Kamiński podał do Adama Kubajka, ten świetnie wypatrzył Michała Cholewińskiego, a kapitan Bartolini dopełnił formalności. Lada moment padło kolejne trafienie dla Makaroniarzy, jednak przewaga dwóch goli wcale nie okazała się bezpieczna. Oponenci najpierw zmniejszyli ją do możliwie najniższego stanu, a potem zdjęli z bramki Janka Drabika, za którego wszedł Mariusz Żywek. Ale mimo przewagi zawodnika w polu, nic nie chciało wpaść do świątyni dobrze broniącego Piotrka Szczypka. Ostatnią okazję Orzełki zmarnowały praktycznie w ostatnich sekundach i tym sposobem trzeba się było pogodzić ze smakiem porażki na inaugurację. Dla Bartolini to na pewno ważne zwycięstwo, które być może stanowi sygnał, że ta ekipa wreszcie powalczy o coś więcej, niż tylko walka o utrzymanie. A Orzełki? Widać, że byli na siebie wściekli i tę sportową złość trzeba jak najszybciej przełożyć na zwycięstwo w najbliższy weekend.
W starciu Broke Boys z Georgian Team wydawało się, że to goście będą faworytem. Początek i szybko strzelone dwie bramki zdawały się potwierdzać tę tezę, ale dość szybko dobra gra Gruzinów zgasła, przez co rywale z minuty na minutę zaczęli się rozkręcać. Od stanu 0:2 na boisku panowali gospodarze i nie tylko błyskawicznie odrobili straty, ale i wyszli na prowadzenie. Powróciły koszmary poprzedniej wiosny w szeregach gości, którzy nie potrafili przeciwstawić się dobrej grze rywali. Do tego widać było, że fizycznie jeszcze nie są przygotowani na szybkie tempo. które z każdą sekundą powodowało narastającą frustrację. Gospodarze robili swoje i do przerwy prowadzili 5:2. Po zmianie stron przegrywający starali się wejść z animuszem do gry, ale nie byli nieskuteczni pod bramką przeciwników. Kontry Broke Boys były za to zabójcze, dzięki czemu wynik rósł na ich korzyść. Przy stanie 8:2 niemoc strzelecką Gruzinów przełamał Serhi Diahiliev, ale na niewiele to się zdało. W końcówce kolejne bramki ustaliły wynik meczu na 10:3, co pokazało kto tego dnia był lepszy. Gospodarze mogą być zadowoleni zarówno z rezultatu, jak i samej gry, co daje dobry prognostyk na kolejne potyczki. Goście muszą się obudzić i zacząć lepiej ze sobą współpracować, bo na razie przypominają drużynę z wiosny, która zapomniała jak się wygrywa.
Niektórzy mogą być zdziwieni, że KS Iglica wylądowała aż w 5.lidze. Przecież ten zespół w ostatnich dwóch latach nie odnosił sukcesów w niższych klasach rozgrywkowych, ale mimo to zgodził się podjąć rękawicę i spróbować się o klasę wyżej niż rok temu. Jako pierwszego rywala dostał A.D.S. Scorpion's, ekipę która także w ostatnich sezonach nie zachwycała, aczkolwiek w Lidze Letniej zgarnęła brązowy medal. No i domyślamy się, że podopieczni Artura Kałuskiego chcieli pójść za ciosem. Tyle że niedzielna potyczka długo nie układała się po ich myśli. Być może to wszystko poszłoby sprawniej, gdyby w 12 minucie Sebastian Zwierzchowski wykorzystał rzut karny, ale nie trafił nawet w bramkę. To się zemściło, bo rywale objęli prowadzenie i chociaż Skorpionom udało się odpowiedzieć, to ostatnie słowo w tej części gry należało do podopiecznych Radka Sówki. I właśnie kapitan tej drużyny zanotował asystę przy golu Sebastiana Szczygielskiego, który okazał się ostatnim w tej części spotkania. Przegrywający mogli mieć do siebie pretensje o to, że przegrywali różnicą jednego gola, bo słabsi od rywali nie byli, ale skuteczność była bardzo kiepska. Celownik udało się jednak nastawić w drugiej połowie. ADS wreszcie weszli na właściwe dla siebie obroty i na efekty nie musieli długo czekać. Najpierw zmienili wynik na 2:2, potem rywale zanotowali trafienie samobójcze, a kolejne fragmenty to dobra gra Sebastiana Zwierzchowskiego, który wykorzystywał swoje umiejętności gry tyłem do bramki i asystował przy kolejnych trafieniach kolegów. Zrobiło się więc 5:2 i tutaj nie było już szans, że faworytom może stać się krzywda. Dzięki ambitnej postawie Patryka Pawłowskiego, Iglica w teorii była jeszcze w grze, lecz finałowe fragmenty to już pełna dominacja Skorpionów, które przypieczętowały swoje zwycięstwo w stosunku 8:3. I jeśli w całym sezonie będą grały tak, jak tutaj w drugiej połowie, to naprawdę mogą mierzyć wysoko. Iglica będzie miała pewnie inne cele, natomiast mając na uwadze, że jednak nie było tutaj kilku ważnych graczy, to należy oczekiwać, że chłopaki jeszcze niejednej ekipie napsują trochę krwi. Bo znamy ich nie od dziś i wiemy, że stać ich na zdecydowanie więcej.
Po wprost bajecznej przygodzie z ligą letnią, ekipa Tonie Majami bez wątpienia rozbudziła swoje i tak już wysokie aspiracje. Triumfator rozgrywek został przydzielony do piątej ligi, w której pierwszym rywalem na drodze do sukcesu była drużyna GLK. Spotkanie rozpoczęło się idealnie, ponieważ gospodarze po dwóch trafieniach niezawodnego Filipa Motyczyńskiego objęli pewne prowadzenie. Mimo tego goście nie zamierzali złożyć broni, czego efektem była bramka kontaktowa. Mimo pozornie niebezpiecznego wyniku, tuż przed przerwą oddech graczom w czarnych strojach przywrócił Dawid Zagrodzki, który mocnym i przede wszystkim precyzyjnym uderzeniem, pokonał golkipera rywali, Łukasza Trzpiołę. W drugiej odsłonie gospodarze w dużym stopniu zlekceważyli rywali, sądząc, że mecz znajduje się pod ich całkowitą kontrolą. Z błędu wyprowadził ich Sławomir Farion, zdobywając bramkę kontaktową na 3:2. Mimo ogromu chęci i boiskowej ambicji było to jedyne, co udało się ekipie GLK. Rywal błyskawicznie otrząsnął się bowiem z letargu, aplikując przy tym dwie bramki, zwyciężając finalnie 5:2. Warto również wspomnieć, że Szymon Świercz, czyli golkiper Tonie Majami zdołał obronić rzut karny wykonywany przez Damiana Sawickiego. Po strzale rzucił się jeszcze ofiarnie do dobijanej piłki i przy próbie parady został trafiony korkiem prosto w łuk brwiowy. Na całe szczęście nic się nie stało, a interwencja medyka nie była potrzebna. Tym samym Tonie Majami może cieszyć się z pierwszych trzech punktów, a ich rywale muszą obejść się smakiem.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)