Sezon 2014/2015
Relacje meczowe: 2 Liga
Spotkanie pomiędzy Rock’n Roll Warsaw a Ukrainian Vikings na inaugurację 2. Ligi w letnich rozgrywkach zapowiadało się bardzo ciekawie. Obie drużyny to solidne marki, mające w swoich szeregach wielu jakościowych zawodników.
Początek meczu był wyrównany – oba zespoły badały się wzajemnie, próbując odnaleźć się na nieco większym niż zazwyczaj boisku, na którym rozgrywano spotkanie. Po chwili taktycznych szachów, z każdą kolejną minutą gra się otwierała. Jako pierwsi bramkę zdobyli gospodarze – Oleksandr Targomin wykorzystał świetne podanie od kolegi z zespołu i wyprowadził Rock’n Roll na prowadzenie 1:0. Riposta gości była natychmiastowa – Andrii Dutchak wyrównał i wydawało się, że przed nami zacięta rywalizacja. Tak się jednak nie stało. Po wyrównującym trafieniu drużyna prowadzona przez Victora Yaremiego zupełnie straciła rytm. Zawodnicy Ukrainian Vikings zaczęli popełniać mnóstwo prostych błędów, które gospodarze bezlitośnie wykorzystywali. Już po kilku minutach było 5:1, a jeszcze przed przerwą Rock’n Roll odskoczył na kolejne cztery bramki – do szatni schodzili z imponującym prowadzeniem 9:1.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie. Gospodarze wciąż dominowali i starali się powiększyć przewagę. Najwięcej zamieszania pod bramką rywali sprawiał Oleksandr Shved, który zakończył mecz z dorobkiem trzech bramek i trzech asyst. Goście w drugiej połowie zdołali jeszcze dwukrotnie pokonać bramkarza rywali, ale ostatecznie ulegli wysoko – aż 12:3.
Zawodnicy Ukrainian Vikings, jeśli chcą jeszcze liczyć się w walce o dobre miejsce na koniec sezonu, muszą szybko się otrząsnąć. Straty punktowe na początku rozgrywek bardzo trudno później odrobić. Rock’n Roll Warsaw natomiast byli tego dnia nie do zatrzymania i dzięki efektownemu zwycięstwu objęli prowadzenie w tabeli 2. Ligi.
Wiele sobie obiecywaliśmy po meczu BM kontra Eagles FC, który o godzinie 16:00 rozpoczął się w ramach 1. kolejki Ligi Letniej. Ekipy BM nikomu nie trzeba przedstawiać — w sezonie zasadniczym zdobyli mistrzostwo 3. ligi i według nas w wakacje spokojnie mogliby grać nawet w 1. lidze. Woleli jednak spróbować swoich sił nieco niżej.
Co do Eagles FC — oni debiutowali w naszych rozgrywkach, ale mimo wszystko mieliśmy wobec nich pewne oczekiwania, bo już po rozgrzewce i sylwetkach zawodników było widać, że będą groźni. No i to się potwierdziło. Eagles nie tylko okazali się równorzędnym przeciwnikiem dla BM, ale przez większą część spotkania prowadzili. Bardzo dobrze w ich szeregach spisywał się Denisio Chea — niezwykle szybki i silny zawodnik, który sprawiał mnóstwo problemów defensywie ekipy Oleksandra Maksymova.
Był to zresztą mecz, w którym okazji z obu stron nie brakowało, a paradoksalnie pierwsze gole padły po rzutach karnych. Do przerwy było 2:2, potem ekipę Eagles ponownie na prowadzenie wyprowadził Denisio Chea. Jednak z upływem czasu swoje zaczęła robić bardzo szeroka ławka rezerwowych BM. Ich rywale mieli tylko dwóch zmienników i było widać, że nie wytrzymali tempa, które sami narzucili. Przeciwnik to wykorzystał.
Przy stanie 3:3 kapitalnym podaniem popisał się Artem Nurdinov, który odnalazł Faizena Rahmatshoeva, a ten sprawił, że BM po raz pierwszy w tym meczu wyszedł na prowadzenie. Chwilę później padła kolejna bramka dla faworytów i już wtedy było jasne, że oni tego nie wypuszczą. Ostatecznie gracze w błękitnych koszulkach dołożyli jeszcze jedno trafienie, wygrali 6:3 i według nas tę wygraną należy docenić, bo rywal był naprawdę bardzo groźny.
Biorąc pod uwagę, że kapitan Eagles FC Hasanagha Gasimli nie miał do dyspozycji wszystkich swoich nominalnych graczy — dwóch zawodników dopisał bezpośrednio przed meczem — jesteśmy przekonani, że jeśli zaczną przyjeżdżać w optymalnym zestawieniu, powalczą o medale. Z kolei BM jest dla nas murowanym faworytem do wygranej w 2. lidze. Nie wydaje nam się, żeby ktoś mógł im zagrozić. Mówili nam, że ich skład nie będzie tak mocny jak w sezonie zasadniczym, ale naszym zdaniem jest jeszcze mocniejszy i tutaj nic innego niż mistrzostwo nie wchodzi w rachubę.
Ostrzyliśmy sobie zęby na potyczkę After Woli z Ternovitsią. Zapowiadaliśmy twardy bój o każdy centymetr boiska, w którym o wszystkim mogą zadecydować detale. Czy taki mecz otrzymaliśmy? Chyba nie do końca.
Już po składach można było zauważyć, że w obozie Ternovitsii brakuje kilku kluczowych zawodników oraz nominalnego bramkarza. Dlatego minimalnie większe szanse dawaliśmy After Woli. Spotkanie rozpoczęło się jednak nietypowo – obie drużyny nie wykorzystały rzutów karnych. Kacper Włodarczyk strzelił obok bramki (piłka delikatnie musnęła słupek), a Volodymyr Hrydovyi – nad poprzeczką.
Impas strzelecki trwał jeszcze chwilę, aż wreszcie Ternovitsia przeprowadziła składną akcję – Roman Onishchuk wypatrzył Tarasa Mysko, a ten z bliskiej odległości pokonał Jakuba Cygana. Wynik 1:0 do przerwy jeszcze niczego nie przesądzał, ale w drugiej połowie gracze z Ukrainy pokazali swoją konsekwencję. Dobrze ustawiona obrona skutecznie neutralizowała ataki rywali, czego nie można powiedzieć o defensywie After Woli. Zaczęły mnożyć się błędy, a Ternovitsia bezlitośnie wykorzystywała kolejne kontry. W pewnym momencie było już 0:5 – rezultat będący konsekwencją zarówno skuteczności rywala, jak i chaosu w szeregach Woli.
Dopiero wtedy przegrywający się przebudzili. Strzelili dwa gole z rzędu, a nawet mieli szansę na trzeciego. Gdyby udało im się wtedy jeszcze raz trafić do siatki, końcówka mogłaby być bardziej emocjonująca. Tak się jednak nie stało – to Ternovitsia dołożyła jeszcze jedno trafienie i ostatecznie wygrała 6:2. Zasłużenie. Byli bardziej zdyscyplinowani, lepiej zorganizowani i – mimo braków kadrowych – pokazali, że nazwiska nie grają. Liczy się styl, a ten był trudny do złamania.
After Wola może żałować przede wszystkim zmarnowanej okazji z rzutu karnego przy stanie 0:0. Gdyby wtedy objęli prowadzenie, mogliby oddać inicjatywę i grać z kontry. Stało się inaczej – musieli gonić wynik, co tylko pogłębiało ich problemy. To powoduje, że dość szybko postawili się w trudnej sytuacji na starcie sezonu i jeżeli chcą odegrać poważną rolę w letnich rozgrywkach - a na pewno tak jest - to muszą błyskawicznie wskoczyć na zwycięską ścieżkę.
Mecz Warszawska Ferajna kontra Tonie Majami zapowiadał się na wyrównane starcie, jednak od pierwszych minut to goście przejęli inicjatywę. Zdeterminowani, zmotywowani i nastawieni na zwycięstwo pokazali, że ich zapowiedzi walki o najwyższe cele nie były na wyrost.
Już na początku wynik otworzył Patryk Kamola, a chwilę później na 0:2 podwyższył młody debiutant Mouad Tahiri, który od razu zaprezentował ogromny potencjał. Niedługo później goście dołożyli kolejne trafienie i prowadzili już 0:3. Gospodarze odpowiedzieli dopiero tuż przed przerwą — bramkę zdobył Konrad Pietrzak, ustalając wynik pierwszej połowy na 1:3.
Po zmianie stron przewaga Tonie Majami nie słabła. Na 1:4 trafił Adrian Swatowski, a następnie Tahiri przeprowadził efektowny rajd przez całe boisko i zdobył swoją drugą bramkę, podwyższając na 1:5. Ferajna zdołała jeszcze odpowiedzieć golem na 2:5, ale końcowe słowo ponownie należało do Tahiriego, który skompletował hat-tricka i ustalił wynik meczu na 2:6. Tonie Majami odnieśli pewne zwycięstwo, pokazując jakość, zgranie i konsekwencję. Adrian Swatowski dołożył od siebie gola oraz asystę, będąc ważnym elementem ofensywy.
Największe wrażenie zrobił jednak Mouad Tahiri — hat-trick, świetna kontrola nad piłką i efektowny styl gry. W swoim debiucie był absolutnym objawieniem i już teraz zapowiada się na jednego z najbardziej elektryzujących zawodników Ligi Letniej.







)
)
)
)
)
)
)
)