Sezon 2014/2015
Relacje meczowe: Ekstraklasa
Patrząc na ostatnie występy Explo, można było liczyć na niespodziankę w tym spotkaniu, jednakże ekipa Otamanów po raz kolejny udowodniła, jak solidnie jest przygotowana do tego sezonu i dość szybko wypracowała sobie przewagę na boisku, której Explo dogonić nie miało szans.
Już w 6. minucie obrona gości zostawiła trochę miejsca Borysowi Ostapenko, a ten, niewiele się zastanawiając, celnie uderzył, otwierając wynik meczu. Po kwadransie gry było już 3:0 dla Otamanów, a bramki, które strzelali gospodarze, padały po ewidentnych błędach i nieporozumieniach w bloku defensywnym Explo. W 20. minucie goście nieco się ożywili i Daniel Kleber zdobył gola, ale jeszcze przed przerwą gospodarze podwyższyli wynik – drugie już trafienie zaliczył Damian Warmiak.
Już w pierwszej połowie Explo miało swoje momenty, ale tego dnia ekipie Łukasza Dziewickiego gra ofensywna się po prostu nie kleiła. Brakowało iskry, porozumienia, ale też Otamany, jak zwykle, były drużyną świetnie poukładaną w obronie, i Yevhenii Kost nie miał w pierwszej części spotkania zbyt dużo pracy.
Po zmianie stron obraz gry początkowo nie uległ zmianie. Gospodarze wbili szybkiego gola autorstwa Juriiego Nievdakha, ale chwilę później Oskar Górecki wyłuskał piłkę i wyszedł górą w sytuacji sam na sam, a w 33. minucie zrobiło się 5:3 po golu Jana Zapolskiego. Goście w końcu odnaleźli swój rytm gry i realnie zagrozili przeciwnikowi, ale w 37. minucie ich zapał ostudził gol Vitaliia Yakovenki. Było to bardzo ważne trafienie, bo goście stracili impet, a po kilku minutach Vitalii ustrzelił kolejnego gola, który zasadniczo przekreślił możliwość comebacku Explo.
Obie ekipy dorzuciły jeszcze po jednym trafieniu i mecz zakończył się wyraźnym zwycięstwem Otamanów 8:4.
Zawodnicy Tura Ochota mieli w tym spotkaniu ogromną szansę na zdobycie punktów i zapewnienie sobie ligowego bytu. Przed pierwszym gwizdkiem było widać pełną mobilizację – szeroka kadra, obecność wiernych kibiców, pełne zaangażowanie. Po drugiej stronie boiska – Ogień Bielany, który przyjechał na AWF z zaledwie dwoma zmianami i bez swojego lidera, Kacpra Cetlina, co z pewnością dawało gospodarzom nadzieję na korzystny wynik.
I rzeczywiście – początek meczu należał do Tura. Już w 6. minucie Mazurek, po asyście Jankiewicza, wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Niestety, potem przyszła seria błędów – proste straty przy wyprowadzaniu piłki i skuteczny pressing gości sprawiły, że przewaga szybko przeszła na stronę Bielan. Do przerwy Ogień prowadził już 4:1, a na listę strzelców wpisali się dwukrotnie Michalski, a także Skorupa i Lisiecki.
W drugiej połowie gospodarze ruszyli do odrabiania strat. Bramkę zdobył Jankiewicz, dając swoim kolegom impuls do dalszej walki. Radość nie trwała jednak długo – goście szybko odpowiedzieli kolejnymi trafieniami (Michalski i Lisiecki), czym skutecznie ostudzili zapał Tura. Gospodarze walczyli do końca – bardzo aktywny był Rafał Polakowski, ale mimo kilku okazji nie udało mu się pokonać bramkarza gości. Świetne interwencje Świercza pozwoliły gościom utrzymać bezpieczną przewagę. W samej końcówce Ogień Bielany dołożył jeszcze jedno trafienie (Skorupa), a Tur odpowiedział dwoma golami – ponownie Jankiewicza i Mazurka – które jednak były już tylko bramkami na otarcie łez. Mecz zakończył się wynikiem 7:4 dla gości.
W 15. kolejce Ligi Fanów na najwyższym szczeblu rozgrywkowym zmierzyły się ekipy Alpanu i Esportivo Varsovia. Obie drużyny przystępowały do meczu po serii porażek w rundzie rewanżowej, jednak zdecydowanie większe ciśnienie towarzyszyło gospodarzom. Zespół Kamila Melchera wciąż walczy o utrzymanie w Ekstraklasie, podczas gdy Esportivo, niemal pogodzone ze spadkiem, gra już głównie o honor.
Spotkanie rozpoczęło się z lekkim opóźnieniem – goście mieli problemy ze skompletowaniem wyjściowego składu. Alpan od pierwszych minut chciał to wykorzystać i ruszył z impetem. Duet Izbicki–Matejek szybko otworzył wynik, a po kilkunastu minutach na tablicy było już 4:0. Esportivo wyglądało na zagubione – brak zgrania i proste błędy indywidualne nie pozwalały im nawiązać walki.
Pierwszy zryw gości przyniósł efekt dopiero w 18. minucie, kiedy to Sylwester Wielgat huknął nie do obrony, zdobywając pierwszego gola dla Esportivo. Gospodarze jednak nie zwalniali tempa – jeszcze przed przerwą trafiali Melcher oraz Wycech, a zwłaszcza ten pierwszy zapisał się pięknym golem z własnej połowy, którym przelobował bramkarza rywali. Do szatni Alpan schodził z solidnym prowadzeniem 6:1.
Druga połowa to już bardziej otwarty futbol – obie drużyny postawiły na ofensywę, często zaniedbując defensywę. W lepszym stylu w tę część meczu weszli gracze Esportivo, wzmocnieni dwoma spóźnionymi zmiennikami. Dzięki kapitalnej postawie Sylwestra Wielgata, goście złapali rytm i niespodziewanie zbliżyli się do Alpanu na dwa trafienia. Przy stanie 7:5 zrobiło się naprawdę gorąco.
Alpan jednak szybko opanował sytuację – trener wrócił do podstawowej szóstki, a gol Mateusza Izbickiego pozwolił uspokoić nastroje. Od stanu 9:6 gospodarze znów przejęli pełną kontrolę. Esportivo, wyraźnie zmęczone i przygniecione niekorzystnym wynikiem, nie potrafiło już dotrzymać kroku rywalowi. Alpan raz po raz rozmontowywał ich defensywę i w końcówce meczu znów seryjnie zdobywał bramki.
Spotkanie zakończyło się wysokim zwycięstwem Alpanu 13:7. Dla Esportivo to kolejna bolesna porażka w sezonie – zespół pogodził się już ze spadkiem i najbliższe mecze może grać bez większej presji. Alpan z kolei dopisuje niezwykle ważne trzy punkty i nadal trzyma się w walce o pozostanie w elicie. Przed nimi decydujące kolejki, ale po ostatniej wygranej, margines błędu zrobił się znacznie większy.
Starcie pomiędzy zespołem walczącym o miejsce w czołowej piątce – dającej prawo gry w eliminacjach do Mistrzostw Polski i Pucharu Ligi Fanów – a ekipą, która w poprzedniej kolejce straciła już matematyczne szanse na utrzymanie w Ekstraklasie, zapowiadało się na jednostronne widowisko. Mimo wszystko zawodnicy Contry nie odpuszczają i wciąż stawiają się na każde spotkanie, walcząc ambitnie o punkty.
Od początku było widać, że różnica klas przemawia na korzyść KS Browarka. Gospodarze bardzo szybko objęli prowadzenie, wykorzystując proste błędy rywali i zdobywając dwa gole już na początku meczu. Co ciekawe, kilka minut później Contra niemal identycznie "odwdzięczyła się" rywalom – również po błędzie przy wyprowadzeniu piłki, udało się zdobyć gola kontaktowego.
Na tym jednak skończyły się dobre wieści dla gości. Browarek kontrolował przebieg pierwszej połowy, dorzucając dwa kolejne trafienia i schodząc do szatni przy stanie 4:1. Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie – dominacja gospodarzy była coraz bardziej widoczna. Przewaga w posiadaniu piłki, liczbie strzałów i skuteczności nie podlegała dyskusji. Świetne zawody rozegrał m.in. Kamil Modzelewski, który wykorzystał swoje szanse i był jednym z wyróżniających się zawodników meczu.
Contra również miała swoje momenty, a w jej szeregach szczególnie dobrze spisał się Radek Parszewski – autor dwóch bramek. To jednak nie wystarczyło, by nawiązać równorzędną walkę z rozpędzonym rywalem. KS Browarek wygrał zasłużenie aż 11:3, pokazując, że cel, jakim jest utrzymanie miejsca w TOP 5, traktują bardzo poważnie.
Przed ekipą Michała Sobieralskiego bardzo trudny finisz sezonu – mecze z FC Otamany, Alpanem i Ogniem Bielany mogą przesądzić o ich ligowym losie. Contra z kolei, mimo że już pożegnała się z Ekstraklasą, wciąż walczy z zaangażowaniem. Pozostałe kolejki to dla nich szansa na zdobycie pierwszego punktu i budowanie fundamentów pod przyszły sezon – już w niższej klasie rozgrywkowej.
To miał być hit kolejki – i nie zawiódł. W bezpośrednim starciu zmierzyli się mistrz i wicemistrz Ligi Fanów 2024, lider tabeli z drużyną zajmującą 4. miejsce. Obie ekipy należą do absolutnej czołówki rozgrywek i uchodzą za dwie najlepsze drużyny w warszawskiej piłce sześcioosobowej. Gladiatorzy przystąpili do meczu bez kontuzjowanego Damiana Górki, z kolei EXC Mobile Ochota musiało sobie radzić m.in. bez Krystiana Nowakowskiego i Janka Grzybowskiego.
Początek meczu to wzajemne badanie sił – pierwsze minuty upłynęły pod znakiem spokojnej gry i sprawdzania dyspozycji bramkarzy. Zarówno Mateusz Łysik, jak i Bartek Gwóźdź próbowali zaskoczyć swoich vis-à-vis, i to właśnie ich próby były najgroźniejszymi okazjami w otwarciu spotkania. Wynik otworzył Oryszczuk, który z bliskiej odległości pokonał Gwoździa. Chwilę później Patoka sfinalizował kontratak swojego zespołu, podwyższając na 2:0. W tym momencie to Gladiatorzy zaczęli przejmować inicjatywę. Kluczową postacią był jak zwykle aktywny w ofensywie Wardzyński, który dograł idealne prostopadłe podanie do Skotnickiego – ten dopełnił formalności i było 2:1. Wydawało się, że gospodarze doprowadzą do wyrównania, ale ponownie dał o sobie znać Patoka, który wykorzystał swoje umiejętności gry tyłem do bramki i zdobył gola na 3:1. Gdy wszyscy mysleli, że takim wynikiem zakończy się pierwsza połowa, prosty błąd przy wyprowadzaniu piłki popełnił Łysik. Wardzyński skrzętnie to wykorzystał i do przerwy EXC Mobile Ochota prowadziła 3:2.
Po przerwie mecz diametralnie się zmienił. Gladiatorzy wyszli z agresywnym pressingiem, który całkowicie wybijał rywali z rytmu. Błędy Bieniasa i Dąbrowskiego przy wyprowadzaniu piłki okazały się kosztowne i przełożyły się na kolejne gole dla Gladiatorów. Na 5 minut przed końcem meczu Patoka skompletował hat-tricka, doprowadzając do remisu 4:4. Ale ostatnie słowo należało do Kwiatkowskiego, który chwilę później wyprowadził Gladiatorów na prowadzenie – i jak się okazało, ustalił wynik spotkania.
Dla lidera tabeli to kolejny krok w stronę tytułu mistrzowskiego. EXC Mobile Ochota – mimo porażki – nie składa broni i do końca sezonu będzie walczyć o brązowe medale, które wciąż są w zasięgu drużyny.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)