Sezon Lato 2023
Relacje meczowe: 4 Liga
Dla obu ekip był to bardzo ważny mecz w kontekście układu tabeli i o ile Brazylijczycy podeszli do tego spotkania bardzo ambitnie i stawili się na placu z tak szeroką ławką rezerw, że mogliby wystawić do gry dwa składy, o tyle Skorpiony nie popisały się z frekwencją i łatały skład na ostatnią chwilę. Mimo to mecz rozpoczął się lepiej dla ekipy Artura Kałuskiego. Już w 2 minucie fatalne nieporozumienie w defensywie Furduncio wykorzystał Sergiej Ryrzuk i niemalże wszedł z piłką do bramki. Po tym, nieco szokującym początku goście przeszli do natarcia i praktycznie non-stop zagrażali bramce Piotra Arendta, a gospodarze odpowiadali jedynie pojedynczymi kontratakami. Taki obraz gry utrzymywał się przez dobrych dziesięć minut, aż w końcu gospodarze nieco ożywili się w ofensywie, choć brakowało klarownych sytuacji. W 14 minucie prawym skrzydłem popędził Ismiley Maya, a piłka po jego dośrodkowaniu odbiła się od obrońcy i wpadła do siatki. Mimo prób po obu stronach nie udało się zmienić wyniku do przerwy i pierwsza połowa skończyła się remisem 1:1. Po wznowieniu gry Furduncio atakowało coraz śmielej, ale wciąż brakowało skuteczności. Najpierw piłka po rzucie wolnym trafiła prosto w bramkarza, a po chwili goście zmarnowali dwójkową sytuację. Mimo to bramka wisiała w powietrzu i w 30 minucie Luciano Santa’Ana odczarował swój zespół i po dośrodkowaniu Marcosa Limy skierował piłkę do siatki głową. Po tym golu Brazylijczycy mieli już kompletną inicjatywę na boisku i Konrad Dudek musiał popisać się kilkoma naprawdę dobrymi interwencjami. Mimo to w 40 minucie nie miał szans, kiedy z rzutu karnego uderzył Ismiley Maya, a trzy minuty później golkiper A.D.S. fatalnie sparował piłkę po strzale Rafaela Andrade i Furduncio odskoczyło wynikiem na 1:4. Kropkę nad i w ostatniej minucie meczu postawił Bruno Pessoa, a Canarinhos wyszli z tego spotkania zwycięsko i wskoczyli na trzecią pozycję w tabeli 4 ligi.
Bardzo ciekawe i trzymające w napięciu do ostatnich sekund spotkanie przyszło nam obejrzeć w rywalizacji FC Vikersonn – Rodzina Soprano. Potencjał piłkarski wydawał się porównywalny, ale wiadomo nie od dziś, że Rodzina Soprano miewa czasami problemy kadrowe i nie inaczej było we wtorek. Grzesiek Bogdański nie mógł skorzystać z nominalnego bramkarza, co dość szybko się zemściło, bo obydwa gole jakie padły łupem rywali w pierwszej połowie były efektem nienajlepszego zachowania Andrija Suliatyskiego, aczkolwiek trzeba wziąć pod uwagę, że ten zawodnik stanął między słupkami z konieczności. Na szczęście jego koledzy z pola za każdym razem odpowiadali na gole rywali i po 25 minutach gry mieliśmy remis 2:2. Na początku drugiej odsłony Rodzinka nie wykorzystuje 100% okazji, co szybko się mści – przeciwnicy budują sobie dwubramkowe prowadzenie i pewnie zmierzają po zwycięstwo. Tyle że Vikersonn nie od dziś ma problem z utrzymaniem wyniku w finałowych fragmentach. Trudno powiedzieć czy to stres czy też inny czynnik, ale drużyna Ihora Makhlaia po raz kolejny bardzo słabo rozgrywa końcówkę i o mało nie skończyło to się stratą punktów. Oponenci doszli ich do stanu 4:3 i mieli przynajmniej trzy doskonałe sytuacje, by zgarnąć tutaj punkt. No ale ich skuteczność była bardzo słaba, kompletnie rozregulowany był Krzysiek Mikulski, a gdy nawet coś leciało w światło bramki, to dobrze interweniował Serhii Zaridze. Vikersonn szczęśliwie nie stracił gola, a po jednej z kontr ustalił wynik meczu na 5:3. Rodzina Soprano może mieć do siebie pretensje, bo tego spotkania wcale nie musiała przegrać. Z kolei Vikersonn musi popracować nad dobijaniem przeciwnika, bo niewiele zabrakło a już czwarty raz w tym sezonie zamiast wygrać, musiałby zadowolić się remisem.
Rolę faworyta tego spotkania po ostatniej kolejce można było spokojnie przypisać do zespołu Fuszerki II i tak to również wyglądało na boisku. Już pierwsze minuty tego starcia zwiastowały, że możemy mieć do czynienia z jednostronnym pojedynkiem. Jednak dwukrotnie od utraty bramki gości uratował ich bramkarz. W zespole Fuszerki II było widać pomysł na grę i doświadczenie, które zdobyli w ciągu ostatnich dwóch sezonów. Nawet w momencie zmian personalnych na placu gry gospodarze nie tracili na jakości. Gołym okiem było widać, że ci zawodnicy nie grają ze sobą pierwszy raz, a ich akcje były przemyślane i trenowane. Natomiast u rywali było widać ogromną chęć do gry, ale brakowało lepszej decyzyjności przy rozgrywaniu piłki. Ich jakość nie należała do spektakularnych, ale w tym wszystkim jest zalążek na coraz lepsze występy w następnych kolejkach. Wynik spotkania w pełni oddaje przebieg całych 50 minut. Goście skutecznie wyłączali z gry graczy ofensywnych rywali i zostawiali im mało miejsca. Ich gra mogła podobać się poprzez częstą wymianę krótkich podań, które przesuwały cały zespół w głąb połowy przeciwnika. Zawodnicy gospodarzy nie odstępowali rywali na krok i wyczekiwali na możliwość szybkiego kontrataku. Najbardziej wyróżniająca się postacią wśród graczy Fuszerki był Michał Kwater, któremu piłka przy nodze nie przeszkadzała i spokojnie potrafił ominąć kilku rywali oraz wziąć na siebie ciężar gry. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 7:0. Zawodnicy Santiago Remberteu muszą jeszcze troszkę poczekać na pierwsze punkty w letniej edycji rozgrywek Ligi Fanów.
Mimo, że w tabeli 4.ligi ekipę Polskiego Drewna od Dynamo Wołomin dzieliło kilka miejsc, to byliśmy absolutnie przekonani, iż ci drudzy (będący wyżej w ligowej hierarchii) nie mają co liczyć na spacerek. Tym bardziej, że po raz kolejny nie mogli skorzystać z Kacpra Urbana, chociaż po drugiej stronie boiska nieobecnych było więcej. A jak wyglądał mecz? Warto odnotować, że Dynamo – nie licząc początku spotkania – było tutaj non stop na prowadzeniu. Różnica się zmieniała – czasami to były dwa gole, czasami trzy, ale ilekroć zespół Maćka Kosińskiego budował sobie przewagę, to miał problem z jej utrzymaniem. Tyczy się to zwłaszcza drugiej odsłony, gdzie faworyci prowadzili już 5:2 i chyba wszystkim się wydawało, że żadna krzywda im się tutaj nie stanie. Z takim stwierdzeniem nie chciał się pogodzić przede wszystkim Damian Grochowski. Napastnik Polskiego Drewna był niezwykle zaangażowany w grę i ciągnął swoją drużynę. To w dużej mierze za jego sprawą udało się doprowadzić do stanu, w którym Drewniakom brakowało do Dynamo tylko jednego gola. Wtedy sprawy w swoje nogi wziął jednak Adam Domidowicz, którego bramka na 6:4 ostatecznie pozbawiła złudzeń przegrywających, z kolei prowadzącym dała bardzo potrzebny oddech. W końcowych minutach faworyci delikatnie zwiększyli stan posiadania i finalnie wygrali w stosunku 7:4. Zasłużenie, bo z przekroju całego spotkania byli zespołem lepszym, grającym równiej i bardziej zdyscyplinowanie. No i co najważniejsze - ta wygrana podtrzymuje ich marzenia o medalach. Drewniaki obudzili się z kolei za późno. Zespół, któremu kapitanuje Mateusz Jastrząb miał sporo dobrych fragmentach, jednak gra zrywami nie pozwoliła mu na urwanie tutaj choćby jednego punktu. A to powoduje, że tej ekipie nie pozostanie w tym sezonie już nic innego, niż walka o uniknięcie ostatniego miejsca, którą stoczą z będącym za jej plecami Santiago Remberteu.
Dziki pewnie kroczą w kierunku mistrzostwa 4 ligi i wydawało się, że starcie z Oldboys Derby II będzie dla nich spacerkiem, jednak tym razem frekwencja pokonała ekipę Zielonych i trzeba było łatać skład na ostatnią chwilę. W efekcie cały mecz okazał się wyjątkowo wyrównanym widowiskiem i dopiero w końcówce okazało się, która drużyna była tego dnia lepsza. W gruncie rzeczy w żadnym momencie spotkania nie dało się wskazać zespołu wyraźnie przeważającego. Gra przenosiła się od bramki do bramki i zarówno Maciej Biliński w bramce Dzików jak i Rafał Wieczorek między słupkami bramki Oldboys mieli ręce pełne roboty, ale ze swoich obowiązków wywiązywali się wzorowo. Dopiero w 9 minucie udało się Michałowi Ossowskiemu wypracować dobrą okazję strzelecką, którą na gola zamienił bardzo aktywny tego wieczora Kajetan Jasiński. W 20 minucie Oldboys stanęli przed okazją na wyrównanie – Miłosz Suchta zdecydował się na indywidualny rajd, minął dwóch obrońców....i koszmarnie skiksował. Mimo to Miłosz nie spuścił głowy i już minutę później cieszył się zdobyciem gola po podaniu Norberta Bormańskiego. Pierwsza połowa skończyła się remisem 1:1, a druga część spotkania była łudząco podobna do pierwszej. Znów oglądaliśmy mnóstwo walki w środku pola i niewykorzystanych sytuacji po obu stronach boiska. Dopiero w 39 minucie niemoc strzelecką przełamał ponownie Miłosz Suchta – urwał się obrońcom i nie dał szans bramkarzowi gospodarzy. Dziki momentalnie odpowiedziały strzałem Konrada Adamczyka, a piłkę dobił Kajetan Jasińki i znów był remis. W samej końcówce gospodarzom zabrakło nieco koncentracji, a przebłyskiem geniuszu popisał się Miłosz Suchta. W 47 minucie Rafał Bujalski posłał mu podanie przez całe boisko, a Miłosz sprytnie oszukał obrońców i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Nie minęła nawet minuta, a bohater Oldboys pogrążył nadzieje Dzików na remis i ustalił wynik meczu na 2:4. Warto tutaj pochwalić postawę Rafała Wieczorka – golkiper Oldboys rozegrał świetny występ, a jego parady, szczególnie w drugiej połowie, walnie przyczyniły się do ostatecznego sukcesu jego teamu. Mimo wyraźnie słabszego występu Dziki z Lasu utrzymały się na pozycji lidera, ale w kolejnych meczach muszą się mieć na baczności, bo nad drugim w tabeli Vikersonnem mają już tylko 3 punkty przewagi.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)