Sezon 2022/2023
Relacje meczowe: Ekstraklasa
Meczem bez większej historii okazało się starcie FC Kebavity z Narodowym Śródmieściem. Powoli dobiega końca przygoda ekipy Marka Szklennika z Ekstraklasą. Coraz wyraźniej daje się we znaki brak kilku zawodników w ekipie ze Śródmieścia, przez co nie jest ona już w stanie nawiązać równej walki z czołówką Ligi Fanów. Kebavita za to ma wciąż szansę na zajęcie trzeciego miejsca, ale droga do tego daleka i wyboista. Trzeba za to oddać ekipie Buraka Cana, że coraz skuteczniej rozgrywa schemat z wysoko wysuniętym bramkarzem - Michałem Dryńskim. Już w 3 minucie Michał zdecydował się na strzał z dystansu i zdobył gola otwierającego wynik. Po chwili było już 2:0 po trafieniu powracającego do formy Barisa Kazkondu. Narodowe Śródmieście próbowało gonić wynik, przycisnęło w ataku i tylko ofiarna gra obrońców Kebavity spowodowała, że team Marka Szklennika nie był w stanie zdobyć bramki. Gospodarze mozolnie szukali okazji do podwyższenia wyniku i w 17 minucie Azamat Qutpiddinov przeciął podanie przeciwnika, wrzucił piłkę niekrytemu Przemysławowi Żelazowskiemu, a ten nie dał szans Stefanowi Neculi. Do przerwy było już 5:0 i wynik nie pozostawiał złudzeń, kto jest w tym spotkaniu lepszy. W drugiej połowie zawodnicy ze Śródmieścia zdali sobie sprawę z tego, że nie mają już nic do stracenia i zagrali nieco śmielej, ale fantazji wystarczyło tylko na zdobycie gola honorowego. W 32 minucie podanie Adama Domidowicza wykorzystał Karol Kubicki i był to niestety ostatni przebłysk gości. Reszta spotkania toczyła się już zupełnie pod dyktando gospodarzy, którzy dokładali kolejne gole. Co ciekawe mimo bezpiecznego prowadzenia Kebavity Burak Can nie dawał swoim podopiecznym opuścić tempa i naciskał na zmasowany atak bramki przeciwnika. Jego wskazówki działały na chłopaków motywująco, bo spotkanie skończyło się ostatecznie wysokim zwycięstwem gospodarzy aż 12:1. Bardzo dobre zawody rozegrał Przemek Żelazowski, który zaliczył cztery gole i dwie asysty, ale cieszy przede wszystkim powrót do formy Barisa Kazkondu, który niegdyś hurtowo zdobywał bramki dla Kebavity i w tym meczu przypomniał, do czego jest zdolny. Dzięki zwycięstwu gospodarze wciąż liczą się w walce o trzecie miejsce, ale w przyszłej kolejce muszą pokazać szczyt swoich możliwości w starciu z Pojemną Haliną.
Niezwykle ważne spotkanie w ten weekend rozegrały ekipy Contry i AnonyMMous. W ekstraklasie batalia o utrzymanie toczy się między kilkoma zespołami i bezpośredni pojedynek tych drużyn może mieć kluczowe znaczenie. Gospodarze na mecz stawili się meczową szóstką i nie zwiastowało to nic dobrego. Goście mieli trochę więcej osób w składzie, dzięki czemu mogli ustawić tak taktykę by zmęczyć przeciwnika i zbliżyć się do celu jakim jest utrzymanie w elicie. Początek spotkania kapitalnie rozpoczął się dla teamu Maćka Miękiny. Doświadczony Grzesiek Dryka otrzymał znakomite podanie od Eryka Stocha i Anonimowi otworzyli wynik. Długo rezultat 0:1 utrzymywał się na tablicy wyników. Mimo, że goście mieli sporo okazji to nie potrafili ich wykorzystać. Druga sprawa, że znakomicie spisywał się Maciej Antczak, który kilka razy wybronił w sytuacjach stuprocentowych dla rywali. Jak mawia stare powiedzenie niewykorzystane sytuacje lubią się mścić. W końcówce pierwszej połowy Contra po znakomitym zespołowym ataku zdobyła gola wyrównującego. Wojtek Osobiński wyprzedził Maćka Miękinę i było 1:1. Takim wynikiem zakończyła się pierwsza połowa. Po zmianie stron obraz gry był podobny jak w pierwszych 25 minutach. Anonimowi atakowali, a Contra czekała na swoje okazje. Gdy ponownie Grzegorz Dryka dał prowadzenie gościom, team Michała Raciborskiego musiał zaatakować. Jednak mimo chęci, z każdą minutą brakowało tlenu i widać było, że sporo sił kosztowała gospodarzy szczególnie pierwsza połowa. Po błędzie w wyprowadzaniu piłki Maciej Latosiewicz podwyższył wynik. Chwilę później było już 1:4 po akcji duetu Eryk Stoch - Robert Dębski. Contra już się nie podniosła i niestety przegrała ważny mecz, który może zadecydować o spadku tej ekipy do pierwszej ligi. Anonimowi poczynili milowy krok w kierunku utrzymania i tylko jakaś katastrofa mogłaby pozbawić tą drużynę miejsca w ekstraklasie w kolejnym sezonie.
Gospodarze po przegranej z Gorlicką musieli szukać punktów z wiceliderem In Plus Pojemną Haliną. Tym razem skład Tura nie był tak imponujący jak przed tygodniem i zastanawialiśmy się jak poradzi sobie ekipa z Ochoty w tym pojedynku. Goście nie mieli przede wszystkim Tomka Warszawskiego, ale skład wyglądał solidnie i od początku to właśnie ekipa Patryka Galla przeważała. Tur nie mając zbyt wielu podstawowych zawodników ustawił się z tyłu i czekał na kontry, jednak długo nie miał klarownej okazji, a po kilku znakomitych sytuacjach zmarnowanych pod bramką Pawła Wysockiego, Maciej Sioch otworzył wynik meczu. Pojemna Halina starała się szybko strzelić kolejne bramki, ale ta sztuka im nie wychodziła. W odpowiedzi Tur mając w ataku Rafała Polakowskiego i Konrada Wojtkielewicza starał się wyrównać. Gospodarze w końcu dopięli swego i popularny Żabka po indywidualnej akcji dał remis. Ekipa z Ochoty nie cieszyła się długo z wyniku 1:1. W samej końcówce Janek Skotnicki oddał dwa strzały i zdobył dwie bramki. Na przerwę zatem drużyny schodziły z wynikiem 1:3 i nic nie wskazywało, że goście mogą w tym spotkaniu stracić punkty. Po przerwie po golu Michała Jelińskiego i Konrada Wojtkielewicza Tur odrodził się i było 3:3. Niestety, ale tak szybko popadł w euforię, że przestał grać to co sobie założył w przerwie. Goście wykorzystali błędy w obronie i ponownie wyszli na prowadzenie. Kolejne bramki wydawałoby się zamknęły spotkanie i przy wyniku 3:6 In Plus Pojemna Halina totalnie spuściła z tonu. Tur ponownie się odrodził i za sprawą duetu ofensywnego na przestrzeni kilku minut odrobił ponownie straty. Oglądaliśmy w tym meczu swoisty rollercoaster, przez co mecz trzymał w napięciu do ostatnich sekund. W końcówce najlepszy na boisku Konrad Wojtkielewicz dograł kapitalnie do swoich kolegów wykładając im piłkę do pustej bramki i niespodzianka stała się faktem. Goście na własne życzenie tracą punkty i bardzo komplikują sobie drogę do mistrzostwa. Tur natomiast pokazał charakter i wiarę w zwycięstwo do samego końca, co jest cechą charakterystyczną tego zespołu.
Jeszcze dobrze emocje nie opadły po starciu Tura z In Plus Pojemną Haliną, a na boisku zameldowały się ekipy East Windu i FC Gorlickiej. Pamiętaliśmy mecze z poprzedniej kolejki i szczególnie team Sebastiana Dąbrowskiego zawiódł nie nawiązując walki z vice liderem, dlatego ciekawi byliśmy jak zaprezentuje się w starciu z liderem. W składzie gości oprócz stałych bywalców pojawił się chociażby Mariusz Milewski, a w bramce tym razem oglądaliśmy Mateusza Łysika. Początek należał do ekipy Daniela Gello. Już w pierwszej akcji wyszła na prowadzenie i nie zamierzała się zatrzymywać. Atak pozycyjny i gra z bramkarzem powodowała, że rywale musieli sporo biegać. Najgorsze w tym, że gospodarze nie mieli zbyt wielu szans na kontry i to mogło trochę frustrować. Kapitan East Windu jednak cały czas starał się panować nad kolegami, by Ci nie popełniali prostych błędów. Gorlicka konsekwentnie grała swoje schematy i to dało efekty. Najpierw Eryk Murawski podwyższył na 0:2, a chwilę później Łukasz Malczewski strzelił na 0:3 i wydawało się, że taki wynik zabije atrakcyjność dalszej części spotkania. Przed przerwą byliśmy świadkami trafienia East Windu i na przerwę drużyny schodziły z wynikiem 1:3. Po zmianie stron gospodarze starali się odwrócić losy meczu. Gorlicka mając korzystny wynik nie forsowała tempa, ale chciała jak najdłużej utrzymać się przy piłce. Gdy padł gol na 1:4 chyba nastąpiło rozluźnienie w teamie gości. Walczący do końca East Wind złapał wiatr w żagle i poczuł, że może w tym spotkaniu coś jeszcze ugrać. Damian Patoka zaliczył dwie bramki i asystę przy golu Filipa Junowicza i remis 4:4 przyprawił o złość menedżera gości. Jednak taka drużyna nie tylko ma znakomite umiejętności, ale i szczęście. Na dwie minuty przed końcem niefortunne wyprowadzenie piłki przez golkipera i podanie wprost pod nogi przeciwnika zniweczyło cały wysiłek East Windu. Eryk Murawski nie mógł nie wykorzystać takiego prezentu i mecz zakończył się wynikiem 4:5. Gorlicka chyba po tej kolejce praktycznie zbliżyła się o krok do mistrzostwa. East Wind skomplikował sobie walkę o medale, ale nadal wygrywając wszystkie mecze do końca ma szanse na trzecie miejsce.
Bardzo ciekawe i trzymające w napięciu spotkanie rozegrały między sobą drużyny FC Impuls oraz Mixamator. Już w 2 minucie meczu goście wykorzystali błąd w rozegraniu – niedokładne podanie przejął Bartosz Nowodworski, oddał piłkę Kamilowi Kamińskiemu, a ten nie dał szans bramkarzowi Impulsu. Mixamator był wciąż w natarciu, ale na kolejnego gola musieliśmy długo czekać. W 12 minucie goście dostali okazję do strzału z rzutu wolnego i ofiarną interwencją popisał się golkiper gospodarzy Volodymyr Slobozheniuk. Impuls nie pozostawał dłużny i coraz częściej atakował bramkę Kuby Kapronia. W 19 minucie napastnik gospodarzy obił poprzeczkę, Kuba dalekim wyrzutem posłał piłkę pod nogi Bartosza Nowodworskiego, a ten sprytnym lobem strzelił na 0:2 i takim wynikiem skończyła się pierwsza połowa. Druga część spotkania rozpoczęła się od rzutu wolnego w wykonaniu Kamila Krupy, ale na posterunku był golkiper Impulsu. Gospodarze odpowiedzieli kontratakiem, który skończył się strzałem w słupek. Ukraińcy coraz mocniej przyciskali w ofensywie i Kuba Kaproń miał sporo pracy między słupkami swojej bramki. W 34 minucie żółty kartonik obejrzał jeden z zawodników Impulsu i dla gości była to wyśmienita okazja na odskoczenie z wynikiem. Przedziwna była to sytuacja, bo Mixamator powinien napierać, a to gospodarze zamknęli przeciwnika na jego połowie. Ekipa Michała Fijołka przewagi liczebnej nie wykorzystała, ale w chwili gdy kara się zakończyła Bartosz Nowodworski huknął na 0:3. Po kilku minutach kolejne trafienie dla gości dołożył Yurii Suliatytskyi i wydawało się, że jest po meczu, ale spotkanie momentalnie nabrało rumieńców. Rzut karny po zagraniu ręką na gola zamienił Vladyslav Budz, a już po minucie było 2:4 po drugim trafieniu Vlada. Przewaga Mixamatora budowana przez całe spotkanie błyskawicznie stopniała i goście poczuli presję i do ich gry wdarła się lekka nerwowość. Impuls za to atakował coraz śmielej – w ostatniej minucie meczu Vladyslav Budz strzelił na 3:4, ale zabrakło czasu na dogonienie wyniku i mimo słabsze końcówki w wykonaniu Mixamatora, to ekipa Michała Fijołka wyszła z tego starcia zwycięsko.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)