Sezon 2013/2014
Relacje meczowe: 2 Liga
Radosny futbol miał być słowem klucz w spotkaniu Warszawskiej Ferajny z Playboys Warszawa. Jedni i drudzy słyną przecież z ofensywnej, skutecznej gry opartej na szybkości, wymiennych pozycjach i dużą ilością strzałów. Tego wszystkiego się spodziewaliśmy, a co otrzymaliśmy? Na pewno kontrolę w meczu przejął Kacper Domański ze swoją Ferajną, ich gra wyglądała znacznie lepiej i skutek takiej gry przyszedł już po pierwszych kilku minutach, kiedy to niezawodny kapitan gospodarzy otrzymał podanie w polu karnym i z zimną krwią zdobył bramkę. Następnie w odstępie jednej minuty Ferajna zdobyła dwa kolejne gole, co pozwalało myśleć, że ten mecz zakończy się ich zdecydowanym zwycięstwem. Playboys jednak nie złożył broni. Kolejni zawodnicy, którzy dołączali do gości w trakcie upływających minut wpłynęli na poziom swojego zespołu i jeszcze w pierwszej połowie Mikołaj Kosieradzki zdobył bramkę kontaktową. Pierwsze minuty drugiej połowy wyglądało jak zbieranie sił na końcówkę meczu, jakby obie ekipy przewidywały, że odpowiednia forma fizyczna w tym starciu będzie na wagę 3 punktów. Po 10 minutach drugiej odsłony meczu niezawodny ostatnio Adrian Dembiński zdobył czwartą bramkę dla gospodarzy. W tym momencie zaczęliśmy oglądać szaloną pogoń gości za poprawą wyniku. Udało się dojść jednak tylko na jedną bramkę i ostatecznie mecz wygrała Ferajna 4:3, ale na pewno Playboysi nie mają czego się wstydzić i ciekawi jesteśmy jakby ten mecz wyglądał gdyby wszyscy zawodnicy gości stawili się punktualnie na obiekcie Grenady.
Goniąca podium drugiej ligi drużyna Graczy Gorszego Sortu mierzyła się zajmującą drugą pozycją FC Górką. Goście do spotkania przystąpili tylko w pięciu i grali o jednego zawodnika mniej przez 7 minut. Z tej okazji skorzystała ekipa GGS-u strzelając w piątej minucie bramkę wysuwającą ich na prowadzenie. Po dołączeniu szóstego gracza u gości mecz zrobił się bardziej wyrównany. Szanująca energię Górka starała się wykorzystywać błędy rywala grając z kontry i broniąc swojej bramki. Taka taktyka popłaciła im i finalnie po pierwszej połowie prowadzili 4:2. Im dłużej mecz trwał tym bardziej widoczna była przewaga Graczy Gorszego Sortu nad coraz bardziej opadającą z sił drużyną gości. W przeciągu kwadransa gospodarze pokonali bramkarza Górki siedmiokrotnie pozwalając tylko raz w tej połowie na utratę bramki. Mecz zakończył się wynikiem 9:5, a dzięki waleczności i doświadczeniu obu ekip widzieliśmy bardzo interesujące spotkanie i gdyby nie braki kadrowe w zespole gości to przebieg meczu wraz z jego atrakcyjnością byłby na jeszcze wyższym poziomie. Teraz przed nimi mecze z zespołami zajmującymi miejsca w dolnej części tabeli. Chcąc osiągnąć postawione przed rundą rewanżową cele oba zespołu powinny powalczyć o zwycięstwo.
Mecz Zjednoczonej Ochoty z Explo Team okazał się spotkaniem drużyn o bardzo podobnym charakterze. Nieustępliwość, twarda walka o każdą piłkę, spore umiejętności indywidualne to cechy jednego i drugiego zespołu, a kiedy spotykają się takie ekipy na boisku aż wrze od emocji. Już od pierwszego gwizdka nie brakowało sytuacji pod jedną i druga bramką i szczególnie golkiper Ochoty Aleksander Gęściak musiał popisać się kilkoma dobrymi interwencjami. Inicjatywa przechyliła się na stronę Explo Teamu, który oddawał zdecydowanie więcej strzałów, zarówno w światło bramki jak i obok. Zjednoczona Ochota została nawet zepchnięta do gry na własnej połowie, ale jeden zabójczy kontratak wystarczył, aby otworzyć wynik. W 13 minucie Mikołaj Chomontowski wyprowadził piłkę prawym skrzydłem, wyłożył piłkę Krystianowi Kołodziejskiemu, a ten nie dał szans bramkarzowi gości i Ochota wyszła na prowadzenie. Po golu schemat gry nie uległ zmianie – w natarciu było Explo, ale Zjednoczona cierpliwie czekała na swoją okazję i niemalże kalkę pierwszej akcji zobaczyliśmy w 19 minucie – tym razem kontrę po lewym skrzydle pociągnął Rafał Popis, a z pierwszej piłki uderzył Oskar Górecki. Dla gości był to wyraźny sygnał, że trzeba zabrać się do odrabiania strat i już po dwóch minutach gola kontaktowego trafił Jan Zapolski. Ochota szybko odpowiedziała drugim golem Krystiana Kołodziejskiego, ale Explo ani myślało oddawać inicjatywy i chwilę przed przerwą Jan Zapolski strzelił gola do szatni. Druga połowa rozpoczęła się od kilku ofiarnych interwencji defensorów Zjednoczonej, ale w końcu nie wytrzymali presji nałożonej przez zespół przyjezdny i w 28 minucie Marek Pawłowski strzelił gola wyrównującego. Dalszego przebiegu tego meczu nie powstydziłby się nawet finał Ligi Mistrzów – w 33 minucie za przytrzymanie zawodnika wychodzącego na czystą pozycję żółty kartonik obejrzał Mikołaj Chomontowski. Explo Team próbował, ale mądra gra na czas w wykonaniu defensywy gospodarzy i świetne interwencje Aleksandra Gęściaka spowodowały, że przewagi liczebnej nie udało się wykorzystać. Za to w 39 minucie Zjednoczona Ochota miała szansę na rozstrzygnięcie spotkania, kiedy po faulu bramkarza Kamila Jarnutkowskiego sędzia podyktował rzut karny. Mogło być po meczu, ale Kamil wyczuł strzał w lewe okno i kapitalną paradą uchronił swój zespół od straty bramki. Wojnę nerwów w końcówce meczu lepiej znieśli gospodarze. Mikołaj Chomontowski w pełni zrehabilitował się za żółtą kartkę – miękko wyłożył piłkę z rzutu rożnego, a Rafał Popis urwał się obrońcom i głową strzelił nie do obrony. Do ostatniego gwizdka Explo Team szukało gola wyrównującego, ale Zjednoczona Ochota zamurowała dostęp do bramki i to ekipa Daniela Gałązki wywiozła z tego meczu arcyważne trzy punkty. Był to jeden z najlepszych meczy, jakie oglądaliśmy w tej rundzie i nawet sędzia po zakończeniu spotkania wypowiadał się o nim z nieukrywanym uznaniem.
Spotkanie wicelidera 2 ligi Black Eagles Warszawa przeciwko ostatnim w tabeli Saska Kępa dostarczyło nam wielu emocji, tych pozytywnych jak i niestety negatywnych. Już na samym początku bardzo techniczni zawodnicy Czarnych Orłów szybko zdobyli bramkę na 1-0. Kilka minut później, rozgrywający świetne spotkanie Grzegorz Kończyński podwyższył na 2-0, bramka padła po pięknym podaniu bardzo aktywnego w tym spotkaniu Przemysława Harasimowicza. W tym momencie mocno zbudowana fizycznie i bardzo siłowa ekipa „saskich" została zepchnięta do głębokiej defensywy przez bardzo aktywnych i świetnie wyszkolonych technicznie zawodników Czarnych Orłów. Wszystkie bramki do stanu 5-0 to bardzo duża zasługa całej drużyny gospodarzy, ale przede wszystkim mocno wyróżniających się Przemysława Harasimiuka, Kacpra Pękały( w całym meczu 4 asysty), Grzegorza Kończyńskiego i Artura Wrzeszcza ( również w trakcie spotkania zanotował 4 asysty). Widać, że to bardzo dobrze zgrana ze sobą ekipa. Saska Kępa próbowała ugrać coś z kontry, ale defensywa Czarnych Orłów nie pozwalała na wiele przeciwnikom. Efektem tej „mocnej" obrony była niestety żółta kartka dla zawodnika Orłów. Spóźnił się on z interwencją i musiał pauzować 3 minuty. Saska mając przewagę jednego zawodnika niestety nie była w stanie zdobyć choćby jednej bramki. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 5-0 dla gospodarzy. Druga połowa to duża przewaga „czarnych" i ich huraganowe ataki. Saska Kępa próbowała się odgryzać lecz nie mogli przebić się przez dobrze zorganizowaną defensywę przeciwnika. Można było wyczuć w powietrzu narastającą frustrację ekipy z „saskiej" co niestety przyniosło im żółtą kartkę. Trzy minuty kary mocno osłabiły i tak już walczącą jak ranny lew drużynę i oczywiście w żaden sposób im nie pomogło. Wicelider będąc w przewadze nie omieszkał jeszcze mocniej nacisnąć i zdobywał bramkę za bramką. Momentalnie zrobiło się 10-0 dla gospodarzy, a nawałnica trwała dalej. Napięcie wzrastało wraz z upływem czasu i niestety zawodnik „saskich" musiał opuścić boiska na 10 minut, ponieważ otrzymał czerwoną kartkę i jedyne co mógł zrobić to obserwować mecz z „ławy". „Czerwień" nie została jednak na szczęście „wlepiona" za brutalny faul, tylko za niepotrzebne rozmowy, przytyki i krzyki w stronę sędziego. Przy takim wyniku ta kartka nie była w ogóle potrzebna, a jedynie zepsuła i tak już ciężki mecz Saskiej Kępy. Ta sytuacja to była woda na młyn dla „czarnych". Grzegorz Kończyński dzielił i rządził w środku pola, a reszta ekipy wicelidera tylko korzystała z jego kreatywności. Mecz zakończył się wynikiem 16-1 dla wicelidera 2 Ligi.
Mecz pomiędzy sąsiadującymi drużynami zawsze przynosi dużo emocji. Tym razem padło na zespoły drugiej ligi. Siódme Orzeły Stolicy mierzyły się z szóstą drużyną Eternis. Mała różnica punktowa pomiędzy obiema ekipami mobilizowała gospodarzy w dążeniu do zwycięstwa. To właśnie ta drużyna, jako pierwsza wyszła na prowadzenie. Jan Wnorowski w dwudziestej sekundzie idealnie wykorzystał podanie od Tomasza Czerniawskiego i pokonał bramkarza gości. Zaskoczona tak szybką stratą drużyna Eternisu nie pozwoliła ponieść się emocjom, grając „swoje" dążyła do odrobienia strat. Udało im się to osiągnąć z nawiązką, co nie było łatwe. Oba zespoły grały rozważnie. Szanowały piłkę starając się, aby nie popełniać błędów w rozegraniu, bo każda strata była groźna. Na przerwę z niewielką przewagą bramkową w lepszych nastrojach schodziła drużyna gości. Dalsza część gry była jeszcze bardziej wyrównana, a w miarę upływającego czasu mecz będący na styku robił się powoli, co raz bardziej otwarty. Bramka za bramkę nie pozwalały wskazać faworyta tego widowiska. Naprzemienne zdobywanie goli zakończyło się w 45 minucie przy wyniku 6:6. Podział punktami najlepiej odzwierciedla jak wyrównane i emocjonujące było to spotkanie, za które dziękujemy obu zespołom i liczymy na więcej.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)