Sezon Lato 2021
Relacje meczowe: 1 Liga
Mecz 10. kolejki 1. Ligi pomiędzy FC Łowcami a Orłami Maciejki zapowiadał się niezwykle ciekawie - nie tylko ze względu na różnicę pozycji w tabeli, ale też niedawną sensację w turnieju Decathlon Cup, gdzie Orły wyeliminowały faworyzowanych rywali. Gospodarze, walczący o awans i wzmocnieni takimi nazwiskami jak Karol Bienias, Kuba Wardzyński, Michał Knajdrowski czy Nikita Mozheiko, od początku chcieli narzucić swoje warunki.
Pierwsze minuty to wyraźna dominacja Łowców. Świetna gra w ofensywie szybko przyniosła efekt, bo już w 9. minucie było 3:0 i wydawało się, że mecz potoczy się pod dyktando gospodarzy. Problemem była jednak skuteczność – wynik mógł być jeszcze wyższy. Niewykorzystane sytuacje zemściły się błyskawicznie. W 13. minucie gola zdobył Wasilewski, a cztery minuty później ponownie wpisał się na listę strzelców. Chwilę później Saba doprowadził do wyrównania. Jeszcze przed przerwą FC Łowcy odzyskali prowadzenie po trafieniu Denysa Blanka i schodzili na krótki odpoczynek z wynikiem 4:3.
Druga połowa była równie emocjonująca i wyrównana. Obie drużyny tworzyły sytuacje, a tempo meczu nie spadało. W 38. minucie Różycki doprowadził do remisu 4:4, jednak odpowiedź przyszła szybko, kiedy to Knajdrowski ponownie dał prowadzenie gospodarzom. Gdy wydawało się, że trzy punkty zostaną u Łowców, ostatnie słowo należało do gości. Polakowski strzelił gola na 5:5, ustalając wynik meczu, który bez wątpienia można uznać za sporą niespodziankę.
Mecz Explo z Siriusem zapowiadał się niezwykle emocjonująco. Obie ekipy walczą o medale, ale zdecydowanie lepszą sytuację w tabeli mieli zawodnicy z Ukrainy. Goście rozpoczęli spotkanie z animuszem, ale Explo mądrze się broniło i czekało na swoje okazje. Po stracie piłki w środku boiska Marek Pawłowski dograł do Oskara Góreckiego, a ten pokonał golkipera rywali i mieliśmy 1:0. Sirius chciał odrobić straty, ale ponownie po stracie piłki – tym razem Mateusz Włudarski dograł do Oskara Góreckiego i było już 2:0. Pełne zaskoczenie dla wszystkich oglądających to spotkanie, ale Explo zasłużenie prowadziło, grając bardzo mądrze w obronie i przede wszystkim bez ryzyka na własnej połowie. Gdy wydawało się, że takim wynikiem zakończy się pierwsza połowa, tym razem Oskar Górecki, będąc w sytuacji sam na sam, dograł do Daniela Sadeckiego, a ten podwyższył wynik na 3:0.
Po 25 minutach rywalizacji Sirius miał stratę trzech goli i musiał coś zmienić w drugiej połowie. Ta zaczęła się jednak źle dla gości – bramkarz po jednej z akcji otrzymał czerwoną kartkę i wydawało się, że to gwóźdź do trumny ekipy z Ukrainy. Mimo gry w osłabieniu potrafili jednak zdobyć dwa gole i złapać kontakt z rywalem. Co więcej, do końca meczu pozostawało sporo czasu, a Explo zaczęło mieć swoje problemy. Sirius poczuł, że może to spotkanie wygrać i w końcówce był do bólu skuteczny.
Ostatecznie, po bardzo dobrym meczu, to goście rzutem na taśmę zgarnęli komplet punktów. Szkoda chłopaków z Explo - przez większość spotkania grali bardzo dobrze, a paradoksalnie ich gra posypała się wtedy, gdy rywal grał w osłabieniu...
Starcie pomiędzy FC Kebavitą a Inferno Team było potyczką dwóch drużyn z zupełnie różnych biegunów tabeli. Gospodarze, po trudnej rundzie jesiennej i zaledwie 7 punktach na koncie, walczyli o każdy punkt, natomiast goście przystępowali do meczu jako liderzy i główni kandydaci do awansu.
Początek meczu przyniósł jednak niespodziankę. To Kebavita lepiej weszła w spotkanie, a Nnamani otworzył wynik, dając gospodarzom prowadzenie. Radość nie trwała długo, bo chwilę później Pyrzyna popisał się precyzyjnym strzałem z rzutu wolnego, doprowadzając do wyrównania. Od tego momentu inicjatywę przejęło Inferno. W 15. minucie składną akcję zespołu wykończył Gontarczyk, a pięć minut później efektownym trafieniem popisał się Niemiec. Tuż przed przerwą Bartnicki ustalił wynik pierwszej połowy na 1:4.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Inferno kontrolowało wydarzenia na boisku, a kolejne gole autorstwa Niemca i Abassiego dały prowadzenie 1:6. Wtedy gospodarze ruszyli do odrabiania strat. Nnamani oraz Aziz zdobyli bramki, zmniejszając dystans do trzech trafień.
Końcówka była bardziej wyrównana, choć skuteczność wciąż była po stronie lidera - kolejne bramki dorzucił Niemiec, kończąc mecz z czterema trafieniami na koncie, a Kebavita odpowiedziała golami Aziza i Nnamaniego. Ostatecznie Inferno Team wygrało ten efektowny, ofensywny mecz 8:5 i umocniło się na prowadzeniu w tabeli.
To spotkanie miało dość jednostronny przebieg, choć wynik końcowy nie oddaje w pełni momentów, w których goście potrafili postawić się bardziej doświadczonemu rywalowi. Uefa Mafia Ursynów przez większość meczu dominowała - była lepsza w utrzymaniu piłki, szybciej operowała podaniami i częściej tworzyła sytuacje bramkowe. Już do przerwy gospodarze prowadzili 4:2, kontrolując wydarzenia na boisku, choć momentami było widać zbyt dużą nonszalancję i brak koncentracji.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie. Gospodarze nadal mieli przewagę, jednak zdarzało im się bagatelizować rywala, co pozwalało gościom dochodzić do pojedynczych sytuacji. Ostatecznie Uefa Mafia Ursynów uporządkowała grę i dowiozła pewne zwycięstwo 7:3, choć różnica mogła być jeszcze wyższa.
Na uwagę zasługuje postawa zespołu gości, który - jak na drużynę będącą mieszanką zawodników dopiero się poznających - zaprezentował się całkiem solidnie. Gdyby oceniać indywidualne występy każdego z piłkarzy osobno, można byłoby uznać ten mecz za udany. Problemem była jednak brakująca chemia i momentami widoczna chęć indywidualnego popisywania się. Sprawiali wrażenie zawodników, którzy chcą za bardzo pokazać swoje umiejętności, jakby każdy próbował udowodnić coś komuś z boku. Tym obserwatorem był Tomasz Hubner, założyciel Husarii, który przyglądał się zespołowi, a jego obecność wyraźnie wpływała na zachowanie niektórych graczy.
Mimo porażki goście pozostawili po sobie niezłe wrażenie, natomiast gospodarze potwierdzili swoją przewagę, choć powinni unikać momentów rozluźnienia.







)
)
)
)
)
)
)
)
)