reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
12:00

Zebrani kibice byli świadkami bardzo ciekawego spotkania rozegranego pomiędzy Sante a Młodzieżowcami. Był to pojedynek bezpośrednich rywali w tabeli, więc i emocje rosły z każdą minutą. Wynik w 6 minucie otworzyła ekipa Sante. MVP spotkania Michał Aleksandrowicz wykorzystał ładne podanie klepką od Adama Lewandowskiego i mieliśmy 1-0. Dosłownie minutę później to goście mogli się cieszyć. Krystian Konarczyk pokonał golkipera gości po sprytnym podaniu Leona Michalika i mieliśmy remis. Na 2-1 trafili ponownie Młodzieżowcy. Bartosz Stankiewicz bez problemu wykorzystał ładne podanie Krystiana Koniarczyka, jednak podrażnione takim rozwojem sytuacji Sante nie dało przeciwnikowi długo czekać na odpowiedź. Michał Aleksandrowicz trafił do bramki rywala po sprytnym podaniu Adriana Winogrodzkiego i znowu był remis. Po tym trafieniu to Młodzieżowcy tym razem przycisnęli mocniej. Niezawodny Marcin Kowalski, po ładnym krosie od kolegi nie kalkulował, tylko wpakował piłkę do bramki rywala i było 3-2 dla gości. Arbiter miał już za chwilę kończyć pierwszą połowę, lecz Michał Aleksandrowicz postanowił wziąć sprawy w swoje "nogi". Przechwycił piłkę w środku pola i znajdując się w sytuacji sam na sam nie zmarnował okazji, dając tym samym remis swojej ekipie. Chwilę później to Sante mogło się cieszyć z podwyższenia wyniku na swoją korzyść. Pod sam koniec premierowej odsłony Tomasz Cacko wykorzystał podanie z klepki od kolegi z drużyny i trafił bez problemu na 4-3. Takim też rezultatem zakończyło się pierwsze 25 minut rywalizacji. Druga odsłona to huraganowe ataki jednej i drugiej drużyny. Po jednej z wielu sytuacji dla gości najprzytomniej w polu karnym przeciwnika zachował się Tomasz Krzyżański, który wpakował piłkę do bramki. To podziałało na Sante jak płachta na byka, bo nominalni goście zainkasowali sześć bramek z rzędu! To sugerowało, że Młodzieżowcom nie uda się z tego spotkania ugrać choćby punktu. Potwierdziła to końcówka spotkania, gdzie padło stosunkowo niewiele goli i mecz zakończył się przy stanie 11:6. Dzięki temu zwycięstwu Sante melduje się na piątym miejscu w tabeli 3 ligi, natomiast Młodzieżowcy mają coraz większe kłopoty, lądują na siódmej lokacie i muszą bardzo mocno walczyć o każdy punkt, aby nie znaleźć się w strefie spadkowej 3 ligi. 

2
17:00

Smocza Furioza choć w każdym meczu daje z siebie wszystko, to nadal nie może opuścić strefy spadkowej. Rywalem w niedzielny wieczór na arenie AWFu była ekipa Husarii Mokotów. Od początku dominowała na boisku walka o każdy centymetr boiska i świetnie oglądało się to widowisko, gdzie żaden zespół nie odpuszczał ani na chwilę. Lepiej zaczęli goście i to oni wyszli na prowadzenie. Rywale szybko wyrównali i mieli nadzieję, że mecz dalej ułoży się po ich myśli. Jednak ekipa Tomasza Hubnera potrafiła zaskoczyć przeciwników stałymi fragmentami gry. Dwa razy świetnie wykonane rzuty rożne dały ponowne prowadzenie, które trochę wybiły z rytmu oponentów. Ci mieli także swoje okazje, ale szwankowała skuteczność, która w meczach na styku zazwyczaj bywa kluczowa. Jeszcze przed przerwą udało się zdobyć Smoczej Furiozie drugą bramkę, dającą nadzieję na odwrócenie rezultatu. Po zmianie stron szybko strzelona bramka dała impuls gospodarzom. Jednak doświadczenie Husarii i skuteczność szczególnie Kamila Kapicy pozwoliły wyrobić bezpieczną przewagę. Smocza Furioza starała się walczyć do końca, ale niestety mimo ambicji i fragmentami dobrej gry nie udało się zdobyć punktów. Goście ponownie dopisują trzy punkty i mają realną szansę na skończenie tej rundy na podium. Ekipa gospodarzy musi w ostatnich dwóch meczach postarać się o punkty, bo nadal strata do bezpiecznego miejsca w tabeli jest niewielka i warto byłoby wydostać się ze strefy spadkowej jeszcze tej jesieni.

3
18:00

Miniona niedziela pokazała dobitnie czym jest Liga Fanów. Mimo amatorskiego charakteru rozgrywek, na boisku mieliśmy przyjemność oglądać ogrom pasji i wiele emocji. Wszystko to w ramach starcia, które spokojnie można nazwać mianem derbowego pojedynku. Jak powszechnie wiadomo, każda stolica ma swoje „El Classico”. Od tego roku do grona takich spotkań dołącza pojedynek ekip ze wschodniej części Warszawy, czyli FC Kryształu Targówek oraz Szmulek Warszawa. Obydwie drużyny od samego początku niezwykle ambitnie potraktowały to spotkanie. Wysokie tempo, szybka i precyzyjna wymiana podań i przede wszystkim grad bramek. Te czynniki stworzyły tego wieczora niezwykłą atmosferę. Strzelanie rozpoczęli gospodarze, którzy po składnej akcji na linii Rogulski – Ruciński wyszli na prowadzenie. Sympatycy stolicy polskiego Kryształu momentalnie wpadli w euforię, a na trybunach rozległ się jeszcze głośniejszy doping. Ich radość nie trwała jednak zbyt długo, ponieważ chwilę później ich ulubieńcy stracili bramkę. Mimo błyskawicznej odpowiedzi Szmulki po raz ostatni złapały tego wieczora bezpośredni kontakt z rywalem, inkasując przed przerwą kolejne trzy bramki. Wynik 4:1 nie zamykał przed nimi żadnych szans. Zrobiła to jednak fenomenalna postawa ofensywnego duetu Kryształu. Do wcześniej wspomnianego Rucińskiego dołączył też fenomenalny Kacper Kubiszer, po którego zagraniach ręce same składały się do oklasków. Nie dziwi tym samym radość kibiców gospodarzy, którzy głośno skandowali: „Kubiszer from Brazil!”. Efektem tak brawurowej postawy graczy z Targówka była istna deklasacja, zakończona przy wyniku 13:4 za sprawą gwizdka sędziego Rafała Szczytniewskiego, który zakończył to spotkanie.

4
18:00

Borykający się z problemami Cosmos United rozgrywał swój mecz z FC Zoria Streptiv, która nieźle radzi sobie na poziomie trzeciej ligi. Mimo różnicy w liczbie zawodników, która była zdecydowanie na korzyść gości, mecz lepiej się rozpoczął dla gospodarzy. Szybko zdobyta bramka przez Cosmos przy pierwszej nadarzającej się okazji rozjuszyła rywali, którzy przeważali na boisku, lecz nie byli w stanie przekuć tego na zdobycz bramkową. Wszystko to dzięki doskonale dysponowanemu tego dnia Patrykowi Świtajowi. Zawodnicy Zorii prawie przez całą pierwszą połowę nie znaleźli na niego antidotum i mimo sportowej frustracji po kolejnym obronionym przez niego strzale, nagradzali jego interwencje brawami. Dopiero pod sam koniec pierwszej części meczu zdołali umieścić piłkę za jego plecami i wszystko zwiastowało, że ta część spotkania zakończy się remisem. Ostatnia akcja dała jednak prowadzenie do przerwy gospodarzom. Druga część meczu pokazała, że zmiany w lidze szóstek to ważny tryb w dążeniu po zwycięstwo. Zoria potrafiła wykorzystać grę w przewadze po żółtej kartce zawodnika Cosmosu, doprowadzając do remisu a upływający czas działał na ich korzyść. Widoczna przewaga ofensywna zaczęła przynosić rezultat a zmęczeni podopieczni Salvadora de Fenixa z coraz większym wysiłkiem próbowali się bronić oraz atakować. Ich starania nie były jednak na tyle skuteczne, aby odwrócić losy tego meczu. FC Zoria Streptiv wygrała 6:3 i można powiedzieć, że różnica wyniosła tylko trzy bramki. Bo gdyby nie dobra forma Patrykam, to porażka Kosmicznych mogła być nawet dwucyfrowa. Dzięki zwycięstwu goście mają tylko trzy punkty straty do podium, natomiast Cosmos musi poprawić frekwencję, jeżeli myśli o opuszczeniu strefy spadkowej.

5
18:00

Mimo ostatniej porażki z FC Zoria Streptiv, ostatni czas był całkiem udany dla Perły WWA. Trzy zwycięstwa w czterech spotkaniach to był niezły wynik, który pozwolił tej ekipie odbić się od dna po słabym początku. Żeby nie stracić kontaktu z czołówką należało pokusić się o dobry wynik również w 7.kolejce, gdzie rywalem była Fuszerka. Ponieważ tej drużyny dawno nie widzieliśmy, zwłaszcza na Arenie Grenady, to z zaskoczeniem przyjęliśmy jak bardzo jakościowo zmienił się skład tego zespołu. Oczywiście na plus. Ten element, w połączeniu z faktem, że Perła zaczęła mecz w czterech graczy (a dopiero potem zaczęli dojeżdżać kolejni) powodował, że to właśnie w Fuszerce widzieliśmy faworyta do zgarnięcia całej puli. Potwierdziła to pierwsza połowa, po której nominalni gospodarze prowadzili 3:0. Co prawda rywale mieli swoje okazje, ale nic nie chciało im wpaść. Myśleliśmy, że w drugiej połowie to spotkanie będzie wyglądało podobnie, zwłaszcza że w obozie Perły będzie się nakładało zmęczenie. Ale ta ekipa wyszła z dobrym nastawieniem na finałowe 25 minut. Nie na zasadzie, że trzeba to dograć, tylko że trzeba powalczyć, bo rywal wcale nie jest nieosiągalny. I chociaż na starcie drugiej odsłony wciąż zawodziła skuteczność, to w końcu udało się przełamać. Bez wątpienia najlepszy zawodnik Perły tego wieczora Oliwier Tetkowski w krótkim odstępie zdobył dwa gole i zrobiło się ciekawie. Momentalnie odpowiedział Adrian Giska, jednak to nie zniechęciło przegrywających. I z meczu, który wydawał się być pod kontrolą Fuszerki, nagle zrobił się remis 4:4! W obozie Fuszerki pojawiła się lekka konsternacja, natomiast ta drużyna zdołała się zebrać w sobie i kolejne minuty należały do niej. Udało się je podstemplować dwiema bramkami, na co rywal odpowiedział swoim trafieniem. Wynik 6:5 nie zamykał tutaj żadnej z dróg, ale właśnie wtedy zobaczyliśmy jednego z najbardziej kuriozalnych goli w tej edycji Ligi Fanów. Damian Pakuła próbował zablokować strzał przeciwnika, a piłka odbiła się od niego w taki sposób, że przelobowała pół boiska i wpadła do siatki. Coś niesamowitego. To trafienie kompletnie rozbiło Perłę, która ostatecznie przegrała mecz 5:8. Ale oddajmy tej ekipie, że mimo dużych problemów kadrowych i kiepskiego wyniku po pierwszej połowie, potrafiła napędzić rywalowi sporo strachu. Z kilkoma zawodnikami na zmianę, można było tutaj powalczyć o więcej, jednak to już tylko gdybanie. Z kolei Fuszerka trochę na własne życzenie sprowadziła mecz do nerwowej końcówki. Z drugiej strony – wcale jej się nie dziwimy. Było już 3:0, rywal nie miał zmian, więc można było pomyśleć, że spotkanie samo się wygra. Trzeba to potraktować jako cenną lekcję, zwłaszcza że sezon jest długi i podobne okoliczności mogą się jeszcze przytrafić.

Reklama