Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: Ekstraklasa
Bardzo ważny mecz dla obu ekip rozegrano w ubiegłą niedzielę na warszawskim AWF-ie. Tur Ochota dobrze wszedł w ligę — w pierwszej kolejce zwyciężył, a w drugiej, mimo że musiał uznać wyższość mistrza Polski, czyli EXC Mobile Ochoty, pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie.
Nieco inaczej sprawa wyglądała w przypadku FC Otamanów, którzy po dwóch kolejkach nie mieli na swoim koncie punktów i wydawało się, że nie mają też większych perspektyw na poprawę tego wyniku w najbliższych tygodniach. Rzeczywistość okazała się jednak nieco inna, bo przed pojedynkiem z Turem gospodarze dokonali kilku transferów, które znacząco poprawiły jakość gry zespołu.
Od początku spotkania zawodnicy z Ukrainy ustawili się dość nisko w obronie, czekając na to, co zrobi przeciwnik. Goście byli w stanie stworzyć sobie kilka sytuacji strzeleckich, ale dobrze bronił Kost. FC Otamany groźnie kontratakowały, kilkukrotnie zagrażając bramce strzeżonej przez Wysockiego. Jeden z takich ataków przyniósł im gola — po podaniu od Kondarevycha bramkę zdobył Yakovenko. Po strzelonym golu wicemistrzowie z poprzedniego sezonu jeszcze bardziej starali się uszczelnić grę w obronie. Udało im się to — do końca pierwszej części meczu gol dla rywali nie padł, a ofensywne zapędy gości kończyły się zazwyczaj niecelnymi strzałami.
Druga odsłona przyniosła zdecydowanie więcej emocji i bramek. Tuż po przerwie na 2:0 podwyższył Yakovenko, czym wprawił swój zespół w euforię. Po tym trafieniu gospodarze ponownie cofnęli się głębiej we własne pole karne i czekali na ruch przeciwników. A ci szybko odpowiedzieli — konkretnie Mazurek.
Kiedy wydawało się, że goście złapali swój rytm, gracze z Ukrainy zdobyli kolejne dwa gole — na 3:1, a chwilę później na 4:1. Mimo gry z lotnym bramkarzem do końca rywalizacji Tur Ochota był w stanie odpowiedzieć tylko raz, trafieniem Hankiewicza. Ostatecznie gospodarze zwyciężyli 4:2.
Impuls po dwóch kolejkach miał na koncie trzy punkty i do meczu z Tanatosem Browarkiem przystępował z nadziejami na kolejne zwycięstwo. Rywale, którzy w dwóch pierwszych spotkaniach zdobyli zaledwie punkt, musieli koniecznie walczyć o pełną pulę. Od pierwszych minut to właśnie goście ruszyli z animuszem do ataku, ale początek meczu nie ułożył się po ich myśli.
Dwie proste straty w środku pola przy rozegraniu piłki skończyły się natychmiastowymi kontrami i bramkami dla gospodarzy. Kapitalnie w obu sytuacjach zachował się Roman Soltys, który z chłodną głową i wyrachowaniem posyłał piłkę do pustej bramki rywali. Mimo nieudanego początku, Tanatos Browarek nie zmienił swojego nastawienia – nadal grał ofensywnie, z pasją atakując bramkę Volodymyra Slobozheniuka. Ich cierpliwość w końcu przyniosła efekt – najpierw padł gol kontaktowy, a chwilę później wyrównanie. Gdy wydawało się, że goście pójdą za ciosem, gospodarze ponownie wyszli na prowadzenie. Po faulu w pobliżu pola karnego Yevhen Plaksa precyzyjnym strzałem z rzutu wolnego zdobył gola na 3:2, ustalając wynik do przerwy.
Po zmianie stron obraz gry pozostał podobny – Tanatos Browarek dominował w posiadaniu piłki, a Impuls skutecznie się bronił i szukał swoich szans w kontrach. Kiedy goście doprowadzili do remisu, wydawało się, że mecz zakończy się podziałem punktów. Jednak końcówka przyniosła decydujący cios.
Na pięć minut przed końcem bohaterem został Kamil “Karton” Modzelewski. Po podaniu od Jakuba Starosa, nie zastanawiając się długo, huknął w kierunku bramki rywala i trafił w samo okienko. Piękny gol okazał się trafieniem na wagę zwycięstwa!
Pełne emocji spotkanie – właśnie to dostarczyli nam zawodnicy w kolejnym pojedynku na najwyższym ligowym szczeblu w ubiegły weekend. Zawodnicy Lakoksów, po całkiem niezłym początku sezonu, podejmowali zespół In Plus & Alpan, który nie zdążył jeszcze wiele pokazać z uwagi na pauzę w drugiej kolejce.
Obie ekipy zjawiły się w dość licznych składach, co mogło zwiastować wysokie tempo gry. Dodatkowo aura – lekki, jesienny deszczyk – nadała temu widowisku poważnego, niemal filmowego klimatu. I to właśnie drużyna "Krokodyli", znacznie lepiej weszła w to spotkanie.
Szybko zdobyta bramka po dobrze rozegranym rzucie rożnym, a następnie pewne wykończenia Bruno Marisa i Andrzeja Czerwa dały im prowadzenie, które podkreśliło bardzo udaną pierwszą połowę gospodarzy. W tym fragmencie meczu szczególnie dobrze funkcjonowała linia obrony wspierana przez bramkarza – choć, by nieco „pomóc” rywalom, przytrafiło im się trafienie samobójcze.
Dwubramkowa przewaga na tym etapie często przesądza o losach meczu i wymusza zmianę taktyki. Tak też było w tym przypadku – w drugiej połowie zespół gości zdecydowanie się otworzył i po dość niemrawej pierwszej części ruszył do ataku. In Plus & Alpan zaczęło coraz częściej zagrażać bramce rywali, a kolejne ich strzały w końcu zaczęły znajdować drogę do siatki. Z bezpiecznego meczu dla gospodarzy zrobiła się nagle otwarta, emocjonująca wymiana ciosów. Po stronie Lakoksów błyszczał Andrzej Czerw – autor hat-tricka i zdecydowanie najjaśniejsza postać swojej drużyny. Swoją postawą dawał powody do zadowolenia prezesowi gospodarzy. Po drugiej stronie boiska inicjatywę przejął Janek Szulkowski. Gdy tylko wziął ciężar rozegrania na swoje barki, poprowadził ekipę gości do niesamowitego powrotu. W końcówce, po doprowadzeniu po raz trzeci do remisu, dołożył nogę (a potem głowę!) i zapewnił drużynie In Plus & Alpan komplet punktów.
Zespół Bartka Królaka może sobie pluć w brodę – przez większość spotkania był stroną przeważającą i kontrolującą wynik. Jednak jak to w piłce bywa, chwila nieuwagi przy wyniku na styku potrafi kosztować najwięcej. I właśnie to wydarzyło się w tym meczu.
Mecz na szczycie Ekstraklasy Ligi Fanów miał kilka dodatkowych smaczków. Jednym z nich był występ Kacpra Cetlina przeciwko byłym kolegom z Ognia Bielany — zawodnik latem zmienił barwy i zasilił szeregi aktualnych mistrzów Polski, EXC Mobile Ochota. Dodatkowym kontekstem był fakt, że to właśnie zespół z Bielan w ubiegłym sezonie pozbawił Ochotę miejsca na podium.
Początek obecnych rozgrywek również lepiej układał się dla Ognia. Po dwóch kolejkach, z kompletem punktów, zajmowali pierwsze miejsce w tabeli, podczas gdy EXC rozpoczęło sezon od wpadki, by tydzień później odnieść pewne zwycięstwo. Na mecz rozegrany na warszawskim AWF-ie gospodarze stawili się w niemal najmocniejszym składzie — zabrakło jedynie Krystiana Nowakowskiego, który tym razem wspierał drużynę z ławki. Równie solidnie prezentował się skład przyjezdnych.
Spotkanie lepiej rozpoczęli mistrzowie Polski. Już na początku Jan Grzybowski otworzył wynik, a chwilę później prowadzenie podwyższył Bienias — EXC objęło szybkie prowadzenie 2:0. Po tym ciosie Ogień się przebudził — ich gra nabrała płynności i zaczęli stwarzać coraz więcej zagrożenia. Efektem były trafienia Lisieckiego i Nowaka, które doprowadziły do wyrównania. Co więcej, goście mieli jeszcze kilka okazji, by wyjść na prowadzenie przed przerwą, lecz brakowało im skuteczności. EXC również nie zdołało już trafić do siatki i pierwsza połowa zakończyła się remisem.
Po zmianie stron kluczową rolę odegrała roszada w bramce EXC — Mateusz Łysik zastąpił Krzysztofa Jabłońskiego i natychmiast zaznaczył swoją obecność. Były reprezentacyjny golkiper Socca nie tylko świetnie bronił, ale też inicjował akcje ofensywne, stając się jednym z głównych rozgrywających drużyny. Choć drugą połowę lepiej zaczęli gracze z Bielan — Warmiak wyprowadził ich na prowadzenie — to później na boisku dominowała już tylko jedna drużyna. Miłosz Nowakowski doprowadził do wyrównania po świetnym podaniu Bieniasa, a następnie show kontynuował Grzybowski, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, popisując się efektownymi trafieniami. Do siatki trafił również Kacper Cetlin, notując gola przeciwko swojej byłej drużynie, a wynik spotkania na 7:3 ustalił Kępka.
EXC Mobile Ochota w efektownym stylu pokonało Ogień Bielany, pokazując, że forma mistrzów rośnie z meczu na mecz — a ambicje w tym sezonie są co najmniej tak duże, jak w poprzednim.
Kolejne spotkanie Gladiatorów w tym sezonie, w którym podejmowali beniaminka. Na inaugurację pokonali zespół Lakoksy CF 4:3, a tym razem mieli apetyt na to, by ograć KSB Warszawa. Dla zawodników Michała Tarczyńskiego ten mecz był niezwykle ważny w kontekście zbierania doświadczenia przed zbliżającą się Ligą Mistrzów.
W pojedynek lepiej weszli mistrzowie z ubiegłego sezonu — w zasadzie już pierwsza groźna akcja zakończyła się golem. Na prawej stronie boiska Dryński świetnie wymanewrował obrońcę i podał do Górki, który nie pomylił się z najbliższej odległości. Chwilę później powinno być 2:0, ale goście fatalnie spudłowali z kilku metrów.
Początek meczu w wykonaniu gospodarzy był bardzo nerwowy — jakby nieco przestraszyli się bardziej renomowanego rywala. Szybko udało im się jednak otrząsnąć z tego letargu, bo już w 5. minucie Brzeski doprowadził do wyrównania. W ciągu kolejnych 120 sekund KSB dwukrotnie trafiało do siatki — z tym że raz do... własnej, co dało nam rezultat 2:2 w 7. minucie rywalizacji.
Dalszy przebieg pierwszej odsłony był bardzo wyrównany — zarówno gospodarze, jak i goście mogli zejść na przerwę z prowadzeniem. Udało się to jednak Gladiatorom, choć zanim wyszli na prowadzenie, musieli gonić wynik, ponieważ Brzeski dorzucił kolejnego gola. Następne minuty należały do gości, i jak wspomnieliśmy wcześniej, to oni schodzili na przerwę z jednobramkową przewagą.
Początek drugiej odsłony również należał do obrońców tytułu — Ostapenko szybko podwyższył na 5:3. Kilka chwil później znowu mieliśmy kontakt między drużynami, gdy Tymiński zdobył bramkę na 5:4. Kolejne gole w tej rywalizacji należały już jednak tylko do gości. Radkievich, Ostapenko, Kuczewski i Gwóźdź — to oni sprawili, że obrońcy tytułu mogli cieszyć się z kolejnych trafień i ostatecznego zwycięstwa 9:4.
Obie drużyny miały w tym spotkaniu swoje lepsze i słabsze momenty. Gospodarze pokazali, że są w stanie rywalizować z najlepszymi jak równy z równym, a ich wysoka porażka z pierwszej kolejki to tylko wypadek przy pracy. Goście natomiast potwierdzili swoje mistrzowskie aspiracje i kontynuują dobrą passę.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)