Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 9 Liga
Starcie Hetman FC z Force Fusion FC było tego dnia pierwszym spotkaniem rozgrywanym na Arenie AWF. Mimo wczesnej pory obie ekipy stawiły się w solidnych składach, choć w drużynie gospodarzy zabrakło bramkostrzelnego Grzegorza Himkowskiego. Od pierwszych minut goście grali agresywnym, wysokim pressingiem i momentami gospodarze mieli problem z rozegraniem piłki od własnej bramki. Taki plan taktyczny dość szybko przyniósł efekty – już w 4 minucie niedokładne podanie przejął Volodymyr Danyluk, wyłożył piłkę Vladyslavowi Mochonyiemu, a ten nie dał szans bramkarzowi Hetmana. Początkowo gospodarze mieli spore problemy, jednak z minuty na minutę prezentowali się coraz śmielej i rozpracowali grę przeciwnika, a gola wyrównującego zdobył Artur Markiewicz. W 18 minucie doszło do kuriozalnej sytuacji. Najpierw za dość przypadkowe, ale jednak niebezpieczne zagranie wślizgiem żółty kartonik otrzymał Volodymyr Danyluk. Choć zawodnik opuścił boisko, na placu przez przypadek wciąż pozostało pięciu zawodników Force Fusion. Sędzia momentalnie wyłapał tę sytuację i kolejny gracz gości musiał zejść z placu. Chłopaki mogą mieć tylko do siebie pretensje o brak koncentracji i znajomości przepisów, ale trzeba im oddać, że grając w trójkę skutecznie blokowali akcje ofensywne Hetmana. Co ciekawe gol dla gospodarzy padł w momencie, kiedy... składy się wyrównały, gdyż goście wciąż nie mogli się porozumieć w kwestii dokonywania zmian. Piotr Kucharski zapakował piłkę do siatki i pierwsza połowa skończyła się skromnym prowadzeniem teamu Daniela Władka. Druga część spotkania rozpoczęła się od błyskawicznego ciosu ze strony Hetmana - po dynamicznym kontrataku gola strzelił Arkadiusz Kibler. Na kolejne trafienie musieliśmy czekać niemalże do samego końca. Wprawdzie w 42 minucie Piotr Jankowski został ukarany żółtym kartonikiem, jednak Force Fusion nie było w stanie wykorzystać przewagi liczebnej. Piotr w pełni zrehabilitował się w końcówce meczu, wypracowując okazję dla Arkadiusza Kiblera, który ustalił wynik na 4:1 i po wyrównanym meczu Hetman FC zgarnął trzy punkty.
Doczekaliśmy się starcia Rodziny Soprano z Łazarskim. Gospodarze postawili sprawę jasno i już od początku meczu narzucili bardzo duże tempo. Zadali dwa rażące ciosy wynikające z szybkich kontrataków i czekających na błędy gości. Nie czekaliśmy długo na odpowiedź, ponieważ już do 10 minuty oglądaliśmy trzecie trafienie i wynik brzmiał 2:1. Sopranowie nie dali przeciwnikowi chwili oddechu, gdyż od 16 minuty punktowali rywala dokładnie co 120 sekund aż do prawie końca połowy. Schodzimy do szatni z wynikiem 6:1. W drugiej połowie Łazarski napiera i krok po kroku punktuje oponenta. Wiktor Rychlik genialnie wystawia się kolegom i strzela hat-tricka w niecałe 9 minut! Duet Mikulski z Kulibskim nie dają za wygraną, wymieniając się nawzajem bramkami i asystami. Po wyniku 7:5 to ta dwójka obejmuje stery i w 37 minucie oglądamy przewrotkę Krzysztofa Mikulskiego. Gospodarze przycisnęli i zakończyli to obfitujące w bramki widowisko w stosunku 12:6.
Mistrzowie Chaosu to nazwa, której w życiu byśmy nie przypisali ekipie Jakuba Spławskiego. Kapitan tego zespołu jest bowiem osobą bardzo zaangażowaną, która niczego nie chce zostawić przypadkowi i widać, że bardzo mu zależy na dobrych wynikach swojego zespołu. Inauguracja sezonu nie wypadła jednak najlepiej, a teraz przed Mistrzami Chaosu była kolejna trudna przeprawa – Varsovia. Obóz Karola Mroczkowskiego chciał z kolei iść za ciosem i po wygranej w 1.kolejce, zgarnąć komplet punktów również w drugiej. A ponieważ znamy już wynik, to wydaje się, że tej drużynie kolejne zwycięstwo przyszło łatwo. Owszem, rezultat 9:0 budzi respekt, ale to wcale nie było tak jednostronne widowisko, jakby się wydawało. Początek był bardzo wyrównany, chociaż to Varsovia dość szybka zdobyła bramkę. Ich oponenci również mieli ku temu okazję, ale od samego początku finalizacjom akcji ofensywnych Mistrzów Chaosu towarzyszyła ogromna nieskuteczność. Warto tutaj też pochwalić bramkarza Varsovii, który swoimi interwencjami skutecznie zniechęcał przeciwników do kolejnych prób. Gdy ten zespół nie wykorzystał kolejnych dwóch niezłych szans, a za chwilę stracił gola na 0:2, przeczuwaliśmy, że może być ciężko się podnieść. I to się potwierdziło – w drugiej połowie indolencja strzelecka wciąż trzymała zespół przegrywający, a wydaje nam się, że gdyby chociaż jedna z ich okazji zakończyła się bramką, to wówczas mogłoby to ich nakręcić, a mecz zrobiłby się znacznie ciekawszy. Nic z tego – twierdza Varsovii była jak zaczarowana, a na domiar złego rozkręcił się Kamil Łukasik, który zaczął powiększać swój dorobek i wynik z każdą minutą robił się coraz gorszy z perspektywy przegrywających. I pewnie skończyłoby się dwucyfrówką, gdyby nie Alan Bednarczyk. Marne to jednak pocieszenie. Ale tak jak napisaliśmy na początku – gra wcale nie była taka zła. Trzeba nastawić celowniki, popracować nad pozytywną motywacją i wydaje nam się, że Mistrzowie Chaosu szybko opuszczą strefę spadkową. Co do Varsovii, to oddajmy jej, że wygrała ten mecz na dużym doświadczeniu. Nie były to piłkarskie fajerwerki, ale konsekwentna gra, która spowodowała, że o wynik można było być spokojnym na długo przed ostatnim gwizdkiem. I za to duże brawa.
Obie ekipy całkiem nieźle pokazały się w poprzednich meczach i ciężko było wskazać wyraźnego faworyta. Ostatecznie było to niezwykle wyrównane spotkanie, a wynik pozostawał otwarty niemal do ostatniego gwizdka. Zdecydowanie lepiej w spotkanie weszła ekipa Nagel – już w 3 minucie strzałem z ostrego kąta popisał się Kamil Komorowski i Kamil Jagiełło musiał wyciągać piłkę z siatki. Po chwili gospodarze znów byli bliscy zdobycia bramki, ale tym razem golkiper Wolskiej Ferajny wykazał się refleksem. Początkowa inicjatywa Nagela bardzo szybko stopniała i tym razem to goście przeszli do natarcia, a w 9 minucie gola wyrównującego zdobył Kamil Gałecki. Zawodnicy Wolskiej Ferajny nieustępliwie atakowali bramkę Olega Chyrko, ale brakowało klarownych sytuacji strzeleckich, a i skuteczność pozostawiała sporo do życzenia. Mimo to w 21 minucie Kacper Urban popędził skrzydłem i wyłożył piłkę Mateuszowi Nejmanowi, a ten w końcu przełamał swoją strzelecką niemoc i nie dał szans bramkarzowi Nagela a ADP wyszło na prowadzenie. Początek drugiej połowy to niemalże kalka z pierwszych minut meczu, choć tym razem gospodarze nie byli w stanie zdobyć bramki, a kilkoma rewelacyjnymi obronami popisał się Kamil Jagiełło. Po chwili Wolska Ferajna stanęła przed kolejną stuprocentową sytuacją, lecz tym razem Mateusz Nejman nie zdołał zapakować piłki do siatki przeciwnika. Impas strzelecki przełamał dopiero w 36 minucie Kamil Komorowski i Nagel zdołał wyrównać. Dwie minuty później mógł nawet wyjść na prowadzenie, ale piękny strzał z rzutu wolnego w samo okno sparował Kamil Jagiełło, ponownie udowadniając, że jest filarem swojego zespołu. W 41 minucie Wolska Ferajna wyszła nawet na prowadzenie po golu Bartka Oleksiewicza, a w samej końcówce mecz nabrał kolorów i oglądaliśmy dwa ciekawe zwroty akcji. Najpierw nieco przypadkowego gola zanotował Radosław Przybylski, ale już w kolejnej akcji pewnym trafieniem popisał się Maksimo Stesiuk i nagle zrobiło się 4:3 dla gospodarzy. Euforia nie trwała jednak długo, bo chwilowy brak koncentracji w obronie skończył się rzutem wolnym, a świetnym uderzeniem popisał się Bartek Oleksiewicz, ustalając wynik meczu na 4:4. Patrząc na przebieg całego spotkania remis wydaje się tutaj wyjątkowo sprawiedliwym rezultatem.
Jeśli zaliczasz dobry początek sezonu, czyli wygrywasz na inaugurację, to z miejsca Twoim celem na kolejne spotkanie jest wygrana. Taki plan przyświecał GLK i Elitarnym Gocław, które miały po pierwszym meczu trzy punkty na swoim koncie i zależało im, by swój dorobek podwoić. A z racji tego, że to nominalni gospodarze mieli niemal pełny skład, to chyba im było trochę bliżej do miana faworyta. W obozie Elitarnych lista nieobecnych obejmowała kilka dość znaczących nazwisk, jednak wraz z pierwszym gwizdkiem sędziego, przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie. Tak naprawdę, to ten opis możemy sprowadzić do gry jednego zawodnika, albowiem absolutnym bohaterem meczu był Patryk Dominiak. Od samego początku spotkania dało się zauważyć, jak bardzo jest aktywny, jak bardzo mu zależy, ale wtedy nikt nie miał prawa nawet pomyśleć, że na sześć bramek swojego zespołu zdobędzie aż pięć. I to właśnie on rozpoczął strzelanie w tym spotkaniu, jakkolwiek dość szybko odpowiedzieli Elitarni. W ich szeregach najbardziej podobał nam się Dariusz Gutkowski, przebojowy gracz, który zaliczył asystę przy pierwszym skalpie swojej ekipy. Wynik 1:1 nie utrzymał się jednak do przerwy – kolejny gol Patryka Dominiaka sprawił, że to gracze GLK wychodzili na druga odsłonę z minimalnym handicapem. Ta część spotkania to już jednak teatr jednego aktora – wspomniany Patryk Dominik gole zaczął zdobyć hurtowo, a kluczowa była bramka na 3:1, po podaniu Mateusza Rozkresa. Elitarni nie potrafili na nią odpowiedzieć, a potem trzeba już było trochę się odkryć, co niestety skończyło się dla nich fatalnie. Końcowy wynik to 6:2 i GLK melduje się niemal na samym szczycie tabeli. Elitarni pozostają w środku stawki i pewnie mają nadzieję, że w najbliższym czasie nie trafi im się przeciwnik, w kadrze którego ktoś będzie miał taki „dzień konia” jak Patryk Dominiak.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)