Sezon Lato 2020
Relacje meczowe: 15 Liga
W meczu Niedzielnych z Interem to właśnie Inter był faworytem, ale mimo to Niedzielni potrafili postawić trudne warunki i nawiązać walkę.
Pierwsza połowa przebiegała pod wyraźną kontrolą Interu. Ich przewaga była spora, jednak nie przełożyła się na dużą liczbę bramek. Udało się zdobyć tylko dwa gole – oba autorstwa Artema Kolianovskiego. Wydawało się, że mecz jest w pełni pod ich kontrolą i kolejne trafienia to tylko kwestia czasu, zwłaszcza że Niedzielni nie błyszczeli w ofensywie. Mimo to w końcówce pierwszej połowy zdołali zdobyć kontaktową bramkę – na listę strzelców wpisał się Piotr Sitarczyk. Dzięki temu do przerwy było 1:2, co dla Niedzielnych dawało nadzieję, a dla Interu było zdecydowanie poniżej oczekiwań.
W drugiej połowie obraz gry długo się nie zmieniał. Inter nadal wyglądał lepiej, dominował i stwarzał więcej sytuacji, ale nie potrafił „odjechać” rywalowi. Niedzielni za każdym razem odpowiadali na gole przeciwnika, utrzymując się w grze. W efekcie w końcówce na tablicy wyników widniał wynik 3:4, który wciąż pozostawiał sprawę otwartą. Decydującego ciosu Niedzielnym jednak zabrakło. Mieli swoje okazje, ale uczciwie trzeba przyznać, że to Inter był bliżej podwyższenia wyniku niż rywale wyrównania. Mimo wszystko przegranym nie można odmówić ambicji – postawili się faworytowi i realnie walczyli o punkty.
Inter z kolei na pewno powinien popracować nad skutecznością. Przy takiej przewadze mecz nie powinien być aż tak nerwowy do samego końca.
Mecz pomiędzy Green Team a Pogromcy Poprzeczek od samego początku toczył się pod wyraźne dyktando jednej drużyny. W pierwszej połowie Pogromcy Poprzeczek mieli spore problemy z zatrzymaniem rywali, bo Green Team szybko narzucił swoje warunki i skutecznie wykorzystywał błędy w obronie. Do przerwy wynik wynosił 4:0 i było widać, że drużynie Pogromców będzie bardzo ciężko wrócić do gry.
W drugiej połowie, około pięć minut po wznowieniu gry, Pogromcy Poprzeczek zdobyli gola po samobójczej bramce Roberta Zawistowskiego. Mimo tego niefortunnego zdarzenia Green Team nie odpuścił i dalej grał swoje. Bardzo dobre zawody rozegrali Paweł Ponieważ, który zdobył trzy bramki i zanotował dwie asysty, oraz Grzegorz Świercz, autor dwóch goli i dwóch asyst. Green Team kontrolował sytuację na boisku i regularnie stwarzał kolejne okazje pod bramką przeciwnika.
Pogromcy Poprzeczek próbowali znaleźć sposób na zdobycie kolejnych bramek, jednak ich akcje rzadko kończyły się konkretnym zagrożeniem. Dopiero w samej końcówce Michał Kowalski zdołał strzelić drugiego gola dla swojej drużyny. Mimo tych trafień przewaga Zielonych nie podlegała dyskusji. Cały zespół pracował solidnie w obronie, a Sebastian Durański w bramce spisywał się bez większych zarzutów. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 7:2 dla Green Team, który był po prostu skuteczniejszy i lepiej zorganizowany na boisku.
Nie pomyliliśmy się w zapowiedziach, przewidując, że będzie to mecz na styku, o którym mogą przesądzić dwie bramki. Natomiast okoliczności, w jakich do tego doszło, przewidzieć się już nie dało i najlepsi scenarzyści byliby pod wrażeniem tego, jakie widowisko zgotowały nam obie ekipy.
Jak u Hitchcocka zaczęło się od wybuchu bomby – 3. minuta i rzut karny Jakuba Myszóra… został obroniony przez golkipera Oldboyów Piotra Arendta, ale już akcję później Jan Mitrowski wbił piłkę głową do siatki po dośrodkowaniu z rogu. W 10. minucie rzut rożny, tym razem z drugiej strony boiska, sprytnym, bezpośrednim strzałem na gola zamienił Łukasz Łukasiewicz. W pierwszej połowie punktowali już tylko Oldboys… tyle że do własnej bramki! Dwa samobóje w jednym meczu to coś niespotykanego, a gościom „udała się” ta sztuka dwa razy w przeciągu czterech minut. W końcówce pierwszej połowy Szereg dostał kolejny rzut karny i ponownie do strzału podszedł Jakub Myszór. Po tym uderzeniu koledzy zapewne nałożą na niego sankcje w kwestii stałych fragmentów gry, bo spektakularnie chybił, marnując w ten sposób drugi rzut karny.
Zawodnik Szeregu częściowo zrehabilitował się w 31. minucie i podanie Eryka Borczona zamienił na gola na 4:1. Do tej pory Oldboys byli wyjątkowo nieskuteczni w wykańczaniu swoich akcji, ale w 38. minucie Daniel Zieliński zrehabilitował się za wcześniejszego samobója, a gol na 4:2 podziałał wyjątkowo motywująco na ofensywę Oldboys, która w końcu odpaliła i już minutę później było 4:3 po trafieniu Piotra Grudnia.
Mecz dopełniła dramatyczna końcówka – goście, goniąc wynik, rzucili się do ataku, ale jeden z kontrataków skończył się żółtym kartonikiem dla Marcina Gołębiewskiego. Co prawda Szereg przewagi liczebnej nie wykorzystał, ale kupił sobie wystarczająco dużo czasu, aby wprowadzić zamęt w formacji ofensywnej gości.
W 49. minucie chwila nieuwagi w obronie skończyła się odpuszczeniem krycia, a Artur Moczulski strzałem głową ustalił wynik meczu na 5:3.
13. kolejkę Syrenka wykorzystała w 100%. Nie tylko zrewanżowała się Rogalom za porażkę w poprzedniej rundzie, ale na dodatek wyskoczyła ze strefy spadkowej – a to wszystko w wyjątkowo emocjonującym meczu, który wyraźnie rozstrzygnął się na korzyść gości dopiero w samej końcówce.
Już sam początek wyglądał nieźle w wykonaniu gości – w 6. minucie wynik otworzył Jakub Wawryk, ale nie udało się pójść za ciosem i Rogalos wyszli z zabójczą odpowiedzią. Najpierw w 11. minucie wyrównał Mateusz Drumlak, a po kwadransie gry było 2:1 dla gospodarzy po trafieniu Oliwiera Nahorniaka.
Goście oddawali dużo groźnych strzałów, ale golkiper Rogali, Maciej Jankowski, był tego dnia w wyśmienitej formie. Bronił raz za razem, ale jeszcze przed przerwą musiał dwukrotnie wyciągać piłkę z siatki – najpierw rzut karny wykorzystał Maksymilian Pająk, a chwilę później Syrenkę na prowadzenie wyprowadził Marcin Słabikowski. Wynik 2:3 utrzymał się do przerwy, a po zmianie stron gospodarze mogli odczuwać lekkie déjà vu.
Podobnie jak tydzień temu z Yug.Budem Rogalos pokazali charakter i skuteczność w pierwszej połowie, w drugiej natomiast zostało tylko to pierwsze. Choć Mateusz Drumlak próbował przebijać się przez defensywę gości, to nie dało się wypracować klarownej sytuacji strzeleckiej. Zabrakło też zwyczajnego szczęścia, bo mimo wszystko Oliwier Tkaczyk miał co robić między słupkami bramki Syrenki.
Gdyby Rogalos wyrównali, to mecz mógłby potoczyć się zupełnie inaczej, ale piłka do siatki niebieskich trafić nie chciała. I kiedy mecz miał się już ku końcowi, Syrenka zagrała grande finale – w 47. minucie na 2:4 podwyższył Maksymilian Pająk, a cała drużyna gości poczuła wiatr w żaglach. W efekcie chwilę później trafienie dołożył Marcin Liberacki, a kropkę nad i postawił Maksymilian Pająk, przy okazji kompletując hat-tricka i ustalając wynik meczu na 2:6 dla Syrenki.
Czy mecz ten wyglądał jak starcie lidera z ekipą ze strefy spadkowej? Nie. Co więcej – nie wyglądał nawet jak mecz 15. ligi, tylko poziomu wyżej. W przypadku Yug.Budu jest to określenie raczej oczywiste, bo ekipa Yuriego Humeniuka do tej pory szła jak burza i awans powinien być dla niej formalnością. Natomiast dla Wombatów niech będzie to forma docenienia tego, jak spektakularnego sukcesu dokonali w ostatnią niedzielę.
To nie był mecz na styku – przewaga Wombatów była odczuwalna praktycznie przez cały mecz, a końcówka to zupełna dominacja. Już początek wyglądał obiecująco w wykonaniu gości. Niezawodny Maciej Stąporek wyprowadził kilka groźnych akcji, a w 10. minucie był bardzo bliski zdobycia gola, ale skończyło się na obiciu poprzeczki. W ogólnym rozrachunku Wombaty atakowały częściej i zdecydowanie groźniej. Powoli kruszył się mur obronny Yug.Budu i w końcu w 21. minucie wynik otworzył Wojtek Grabowski. Goście poczuli się chyba nieco zbyt pewnie, bo w 24. minucie zgubili krycie w obronie i Volodymyr Kharin miał mnóstwo miejsca na oddanie strzału, a trzeba przyznać, że jego uderzenie nożycami wyglądało naprawdę imponująco. Remis nie utrzymał się nawet minuty, bo od razu po wznowieniu gry ze środka boiska Wojtek Grabowski popisał się atomowym strzałem, a golkiper Yug.Budu Dmytro Czui mógł jedynie odprowadzić piłkę wzrokiem.
Druga połowa rozpoczęła się od błyskawicznych ciosów ze strony Wombatów. Najpierw na protokole w roli strzelca zapisał się nowy nabytek tej ekipy, czyli Jesus Ibarra, a w 28. minucie było już 1:4 po golu Jakuba Rysia. Wynik mógłby wydawać się szokujący, ale Wombaty były do tej pory po prostu lepsze. Wprawdzie w drugiej połowie napastnicy Yug.Budu wyraźnie się ożywili, jednak ich skuteczność była wyjątkowo słaba i mimo częstych strzałów byli bardzo niecelni. Dopiero w 38. minucie Vladyslav Korobka wyłożył piłkę Volodymyrowi Kharinowi, a ten był górą w sytuacji jeden na jeden z bramkarzem Wombatów.
Mimo to sytuacja gospodarzy wcale się nie poprawiała, a uciekający czas nie poprawiał ich celności. Sensacja już wisiała w powietrzu, ale goście nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. W 46. minucie na 2:5 podwyższył Wojtek Grabowski i stało się jasne, że gospodarze nie dogonią wyniku. W 49. minucie kropkę nad i postawił Maciej Stąporek i chwilę później Wombaty mogły podnieść ręce w geście triumfu. Nie tylko ograły lidera, ale na dodatek zrobiły to w bardzo przekonującym stylu. Gratulacje dla FC Wombaty!







)
)
)
)
)
)
)
)
)