Sezon Lato 2020
Relacje meczowe: 13 Liga
Stawka spotkania pomiędzy drugą ekipą Inferno a Gentleman Warsaw Team była ogromna – obie drużyny miały przed meczem taki sam dorobek punktowy, a walka o medale wchodziła w decydującą fazę. Charyzmatyczny menedżer Inferno wystawił najmocniejszy możliwy skład i jego zespół szybko objął prowadzenie po trafieniu Beniamina Kuligowskiego, który wykorzystał świetne podanie Pawła Stanka. Stanek rozegrał kapitalne zawody i bezdyskusyjnie zasłużył na miano MVP tej kolejki.
Gentleman Warsaw Team nie zamierzał jednak składać broni – szybko odpowiedzieli i doprowadzili do remisu. Ponownie na prowadzenie Inferno wyprowadził Paweł Stanek, ale i tym razem goście wyrównali, za sprawą Michała Dodiego. Końcówka pierwszej połowy należała już jednak do gospodarzy, którzy zeszli na przerwę z zasłużonym prowadzeniem 4:2.
Wydawało się, że po zmianie stron Inferno spokojnie dowiezie zwycięstwo, bo w pewnym momencie wynik brzmiał już 6:2. Gentleman Warsaw Team pokazał jednak ogromną determinację, odrobił straty i doprowadził do remisu, co zapowiadało wielkie emocje w końcówce.
I wtedy na scenę znów wszedł Paweł Stanek. Pod wodzą Igora Patkowskiego rozegrał prawdziwy koncert – dwie decydujące bramki w końcówce meczu przypieczętowały zwycięstwo Inferno 8:6. Gospodarze wciąż pozostają w grze o najwyższą lokatę w lidze, a Gentleman Warsaw Team, choć spadł na czwarte miejsce, nadal ma realne szanse na awans do wyższej klasy rozgrywkowej.
Szereg Homogenizowany przystępował do spotkania z Green Teamem z nadzieją na złapanie kontaktu z górną częścią tabeli. Z kolei goście, tracąc trzy punkty do rywala, mieli świadomość, że ewentualna porażka znacznie oddali ich od czołówki.
Green Team od początku realizował swój plan – już w 2. minucie Piotr Waszczuk popisał się mocnym strzałem pod poprzeczkę, otwierając wynik meczu. Choć w 11. minucie gospodarze złapali kontakt dzięki trafieniu Myszora, to do przerwy goście jeszcze pięciokrotnie pokonali Jana Wosińskiego. Przy stanie 1:2 jeden z zawodników Szeregu próbował efektownego „skorpiona”, polując na bramkę kolejki, ale próba zakończyła się niepowodzeniem.
Słabe zaangażowanie gospodarzy w grze defensywnej oraz błędy indywidualne były wodą na młyn dla Green Teamu. Prym wiedli Daniel Kurowski (cztery bramki i asysta) oraz Piotr Waszczuk (cztery gole i dwie asysty), którzy praktycznie rozmontowali obronę przeciwnika. Po stronie Szeregu starał się wyróżnić Jan Mitrowski, który walczył na całej długości boiska – po jednym z wywalczonych rzutów wolnych był bliski trafienia, ale piłka minimalnie minęła spojenie.
Wysoka wygrana pozwoliła Green Teamowi umocnić się w środku tabeli i poprawić bilans bramkowy. Szereg, mimo że nadal zajmuje bezpieczną pozycję, musi poprawić jakość gry, bo ta nie napawa optymizmem na kluczową część sezonu.
Lider tabeli – Klub Sportowy Sandacz – podejmował zespół Niedzielnych i zgodnie z przewidywaniami nie dał rywalom większych szans, odnosząc przekonujące zwycięstwo 6:1. Choć wynik końcowy sugeruje jednostronne widowisko, przez pewien czas spotkanie trzymało w napięciu.
Pierwsza połowa przebiegała pod pełną kontrolą gospodarzy. Sandacz długo utrzymywał się przy piłce, cierpliwie budował ataki i skutecznie rozbijał próby kontr ze strony Niedzielnych. Choć do przerwy prowadzenie 2:0 nie robiło jeszcze ogromnego wrażenia, styl gry lidera nie pozostawiał złudzeń co do dalszego przebiegu meczu. Na wyróżnienie zasługiwał szczególnie Damian Rozmarynowski, który świetnie dyrygował grą w środku pola i napędzał ofensywę Sandacza.
Początek drugiej połowy zaskoczył kibiców – Niedzielni wyszli odważniej, a po jednej z akcji sędzia podyktował rzut karny. Pewnym egzekutorem okazał się Maciej Piątek, który zmniejszył straty do 2:1 i dał swojej drużynie nadzieję.
To jednak był ich ostatni moment radości. Z biegiem minut coraz bardziej uwidaczniało się zmęczenie Niedzielnych, a Sandacz wrzucił wyższy bieg i przejął pełną kontrolę nad wydarzeniami. Seria szybkich akcji przyniosła kolejne gole, a ostateczne 6:1 tylko potwierdziło, że Sandacz nieprzypadkowo przewodzi ligowej stawce.
Gospodarze od początku meczu bombardowali bramkę przeciwnika, ale goście byli przygotowani na taki scenariusz. Pomimo krótkiej ławki rezerwowych i braku kilku kluczowych zawodników, którzy odgrywają ważną rolę w historii najnowszej Pogromców Poprzeczek, przyjezdni bronili się dzielnie niczym ostatnia wioska Galów. W rolę Panoramixa wcielił się Michał Kowalski – choć nie serwował kolegom magicznego napoju, jego niesamowity spokój, mądre podania i świetne interwencje skutecznie podnosiły morale przyjezdnych.
Z kolei w drużynie gospodarzy osamotniony z przodu Patryk Szerszeń nie był w stanie samodzielnie przechylić szali meczu na swoją korzyść. Mijały kolejne minuty, a wynik pozostawał bez zmian. Dopiero w ostatnich sekundach pierwszej połowy gospodarze w końcu otworzyli wynik. Najpierw Bartosz Puchalski próbował wymusić rzut karny, przy okazji wyłączając bramkarza gości na kilka minut po uderzeniu łokciem w splot słoneczny. Po chwili jednak napastnik wrócił do swojej podstawowej roli i kapitalnym strzałem z dystansu przy słupku dał CWKS Ferajnie Warszawa upragnione prowadzenie 1:0 na przerwę.
Ci, którzy liczyli, że goście zdołają jeszcze odmienić losy spotkania i urwać choćby punkt faworytom, musieli się rozczarować. CWKS Ferajna Warszawa w drugiej połowie była zdecydowanie skuteczniejsza, bardziej wybiegana, lepiej operująca piłką – po prostu lepsza w każdym aspekcie. Tymczasem w ekipie Pogromców Poprzeczek średnia wieku niebezpiecznie zbliżała się do czterdziestki, a najstarszy (choć młody duchem) piłkarz gości miał aż 48 lat. Na tle "dinozaurów" z Pragi Południe gospodarze wyglądali świeżo i sprawiali wrażenie, jakby byli gotowi rozegrać jeszcze dwa lub trzy spotkania tego samego dnia.
Drugim kluczowym czynnikiem była pewność siebie CWKS-u, która wyraźnie wzrosła po bramce zamykającej pierwszą połowę. W drugiej odsłonie mogli już grać na luzie – worek z bramkami się rozwiązał, a końcowy wynik był tylko formalnością. Świetny mecz rozegrał Dominik Turos, autor trzech bramek i trzech asyst. Patryk Szerszeń dołożył dwie asysty i bramkę. Mecz zakończył się wynikiem 9:1.
Do ciekawego pojedynku doszło w 13. kolejce między zespołami FC Wombaty i Old Boys Derby III. Obie drużyny zajmowały odpowiednio 7. i 8. miejsce w tabeli, miały identyczny bilans rozegranych meczów i różniły się zaledwie jednym golem w bilansie bramkowym. Zapowiadało się wyrównane spotkanie.
Jednak już w 1. minucie Rafał Bujalski zaczął budować swoją pozycję zawodnika meczu. Przejął piłkę w środku pola, podprowadził kilka metrów i huknął z dystansu – strzał z lewej nogi był na tyle mocny i precyzyjny, że Kacper Mitręga musiał wyciągać piłkę z siatki.
Kolejne fragmenty spotkania to była wyraźna przewaga gości. Bujalski i Grudzień wzajemnie się napędzali – ten pierwszy zaliczył dwie asysty, a Grudzień zamienił je na dwa gole. Wombaty miały spore problemy, by zagrozić dobrze dysponowanemu przeciwnikowi. Mimo to, ze stanu 0:3 gospodarze potrafili dojść na 3:4 – głównie dzięki dwóm kapitalnym indywidualnym akcjom Wojtka Grabowskiego. Najpierw rozpoczął rajd z własnego pola karnego, przedryblował trzech rywali i zewnętrzną częścią stopy pokonał Przemka Białego. Druga bramka to kolejny solowy popis – znów drybling i precyzyjny strzał z dystansu.
Wydawało się, że Wombaty łapią wiatr w żagle, ale kolejne bramki zdobywali już tylko goście. Old Boys Derby III wygrali pewnie i dzięki tej wygranej wydostali się ze strefy spadkowej.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)