Sezon Lato 2020
Relacje meczowe: 1 Liga
Rozpędzona na wiosnę Zjednoczona Ochota miała w niedzielę za cel, aby po swoim meczu wreszcie znaleźć się w tabeli w innej strefie, niż ta zaznaczona na czerwono. Do tego były potrzebne dwa elementy – własne zwycięstwo nad MixAmatorem oraz porażki Warszawskiej Ferajny i Narodowego Śródmieścia. I jak się okazało na koniec dnia – wszystkie te warunki zostały spełnione, dzięki czemu drużyna Daniela Gałązki wreszcie znalazła się nad strefą spadkową! A jak wyglądał ich niedzielny mecz z MixAmatorem? Nie chcielibyśmy sprowadzać tej potyczki do jednej sytuacji, ale nie da się ukryć, że jednym z decydujących momentów była kontuzja w obozie rywala Łukasza Widelskiego. Nie dość, że mówimy o bardzo dobrym zawodniku, to dodatkowo MixAmator pozostał bez ani jednego zmiennika, co utrudniło mu udźwignięcie łatki faworyta tego spotkania. Drużyna Michała Fijołka trzymała się jednak bardzo dzielnie, po pierwszej połowie przegrywała tylko 0:1, lecz w drugiej nie miała już nic do powiedzenia. Dało o sobie znać zmęczenie, rywal wykorzystywał atut dłuższej ławki rezerwowych i wynik zaczął rosnąć na korzyść Zjednoczonej. Ze stanu 0:1 w pewnym momencie było już 0:7 i dopiero w samej końcówce, gdzie Ochota była już pewna swego, MixAmatorowi udało się zmniejszyć rozmiary porażki, a gole zdobyli wspomniany Michał Fijołek oraz Mateusz Karpiński. Na pewno nie tak wyobrażali sobie ten mecz gracze Mixa. Tyle że nawet ze zdrowym Łukaszem Widelskim nie mieliby tutaj łatwo i wydaje się, że porażka z nim czy bez niego, była nieuchronna. Zjednoczona Ochota była drużyną konkretniejszą, dobrze zabezpieczającą tyły i chyba nawet przez chwilę nie miała obaw, że może jej się tutaj stać jakakolwiek krzywda. Ten zespół nie może się jednak zadowolić ani tym zwycięstwem, ani też faktem, że wreszcie odbił się od dna. Bo tutaj wciąż trzeba pracować i grać na najwyższych obrotach, bo tylko w ten sposób uda się osiągnąć cel jakim jest utrzymanie. Zwłaszcza, że najgroźniejsi rywale niczego nie oddadzą im za darmo. Z kolei MixAmator musi po prostu dograć ten sezon, bo mamy wrażenie, że powoli jest już nim zmęczony. I w pewnym stopniu wcale nas to nie dziwi, bo nie jest łatwo być zespołem środka tabeli, gdzie nie grożą ci ani puchary, ani spadek. A w takiej właśnie sytuacji jest MixAmator, który musi znaleźć jeszcze trochę wewnętrznej motywacji, by zdobyć jeszcze kilka punktów i dokończyć ten sezon na szóstej pozycji w ligowej hierarchii.
Zdecydowanym faworytem spotkania pomiędzy FC Otomany z Green Lantern byli gospodarze, którym brakuje bardzo niewiele do awansu do Ekstraklasy. Zespół gości po kilku pechowych stratach punktów w poprzednich meczach zamyka ligową tabelę i żeby myśleć o utrzymaniu musi zacząć punktować. I od początku było widać, że nie składa jeszcze broni i długimi fragmentami grał jak równy z równym ze znacznie wyżej notowanym rywalem. Pierwszy poważny błąd popełnił pod koniec pierwszego kwadransa gry, gdy jeden z zawodników stracił piłkę na połowie przeciwników i kontra zakończyła się pierwszą bramką gospodarzy. Pod koniec premierowej części meczu zawodnicy Otomanów ponownie pokonali golkipera gości i wyszli na dwubramkowe prowadzenie. Prowadzenie, którego długo nie utrzymali, bo chwilę po strzelonej bramce z rzutu karnego zostali pokonani przez zawodnika rywali i drużyny schodziły na przerwę z wynikiem 2:1 dla gospodarzy. Druga połowa wyglądała bardzo podobnie do pierwszej części spotkania. Obydwie drużyny bardzo mądrze grały w obronie, przez co rywale długimi fragmentami nie byli w stanie poważniej zagrozić przeciwnikom. W ostatnich fragmentach meczu zawodnicy Green Lantern postanowili bardziej się otworzyć, żeby gonić wynik, jednak efekt był zupełnie odwrotny. Gospodarze wykorzystywali każdy błąd w defensywie przeciwników, czego efektem były trzy strzelone bramki, które ustaliły wynik spotkania na 5:1. Zespół FC Otomany po bardzo wyrównanym meczu zdobywa trzy punkty i robi kolejny krok do końcowego triumfu na tym poziomie rozgrywkowym. Zespół Green Lantern po kolejnym niezłym meczu schodzi z boiska jako drużyna pokonana, ale cały czas ma bardzo realne szanse na zajęcie miejsca gwarantującego utrzymanie.
Warszawska Ferajna w poprzedniej serii uporała się z Narodowym Śródmieściem i łatwo się domyśleć, że przeciwko Almazowi bardzo chciała zbudować serię zwycięstw. A ponieważ rywale z Ukrainy, w swoich ostatnich dwóch spotkaniach stracili ważne punkty z ekipami z dołu tabeli, to wydawało się, że jest tutaj szansa na pozytywny scenariusz dla ekipy Kacpra Domańskiego. Boiskowe realia okazały się jednak dość brutalne dla jego drużyny. Początek nie wskazywał na to, że to może skończyć się tak źle, albowiem Ferajna z dużą werwą rozpoczęła zmagania, co zresztą przyniosło efekt w postaci zdobytej bramki. Myśleliśmy, że chłopakom uda się pójść za ciosem, jednak oponenci mieli w tym temacie zupełnie inne zdanie. Z minuty na minutę gra Almazu zaczęła się zazębiać, szybko udało się doprowadzić do remisu, z kolei na 2:1 dla faworytów przepięknego gola zdobył Ihar Bakun. Minimalnym prowadzeniem drużyny z Ukrainy zakończyła się pierwsza połowa. Na początku drugiej Ferajna znów wyszła na dużej determinacji, ale ten zespół został szybko sprowadzony na ziemię. Błyskawicznie zrobiło się bowiem 1:3, a potem kolejnego fantastycznego gola do kolekcji dołożył Ihar Bakun i tutaj nic już nie mogło się wydarzyć. Faworyci kontrolowali mecz, a trzeba powiedzieć, że pod nieobecność Eduarda Vakhidova bardzo dobrze w bramce spisywał się Jurii Rubasnhyi. Nominalnie jest to zawodnik z pola, ale między słupkami też świetnie sobie radził, a dodatkowo kapitalnie czytał grę i swoimi odważnymi wyjściami skasował wiele okazji dla przeciwników. Końcowy wynik brzmiał 7:2, co oznacza, że Almaz nadal będzie się liczył w walce o najniższy stopień podium. Ferajna znalazła się z kolei w strefie zagrożonej spadkiem i jeżeli w niedzielę nie zdobędzie punktów z Green Lantern, to jej sytuacja ze złej może się zmienić w tragiczną.
Explo Team nie widziało innej opcji w niedzielę, niż pewna wygrana nad dołującym Narodowym Śródmieściem. Perspektywa trzech punktów była bardzo realna, zwłaszcza że skład jaki Explo wystawiło na tę potyczkę był naprawdę obiecujący, z kolei Marek Szklennik musiał się zmagać z kilkoma nieobecnościami. Ale nawet one nie usprawiedliwiają Narodowców w kontekście tego, co ta drużyna zaprezentowała zwłaszcza w pierwszej odsłonie tego meczu. Rywale przejechali się bowiem po nich walcem i tak naprawdę, to już po 7-8 minutach było po meczu. Faworyci zdobywali gola za golem, szybko zbudowali sobie gigantyczną przewagę, a wynik 8:0 nie pozostawiał złudzeń, jak to się wszystko zakończy. W obozie Narodowego doszło do sytuacji, że z bramki postanowił zejść Marek Reszczyński, który miał dość wyciągania piłki z siatki, co sugerowało, że tutaj może się skończyć naprawdę bardzo wysoko. Ale paradoksalnie zastępujący go między słupkami Patryk Nowicki spisywał się bardzo dobrze i Narodowe trochę odżyło. Jeszcze do przerwy udało się zdobyć dwie bramki, po przerwie również i rezultat wreszcie zaczął wyglądać odrobinę lepiej. Marek Reszczyński ostatecznie wrócił do bramki i w wielu sytuacjach zaliczał świetne interwencje. Gracze Explo, mimo że ich przewaga trochę stopniała, to chyba nie czuli żadnego zagrożenia, bo z łatwością marnowali kolejne okazje, jednak zbytnio się tym nie przejmowali. W końcówce włączyli jednak wyższy bieg, co pozwoliło im nie tylko przekroczyć dwucyfrówkę, ale również dwucyfrowo pokonać oponenta różnicą aż dziesięciu goli. Był to niestety mecz bez wielkiej historii, bo Narodowcy tylko kilka minut zagrali na takim poziomie, na którym musieliby zagrać cały mecz, aby mieć tutaj jakiekolwiek szanse. To powoduje, że są coraz bliżej spadku z ligi. Szczególnie, że w tej rundzie nie ma gorszej ekipy od nich, bo każda drużyna zdobyła już jakieś punkty, a oni jeszcze ani jednego. To niestety nie wróży najlepiej. Natomiast Explo Team trzyma się dzielnie za plecami Contry i wciąż ma nadzieję, że wskoczy na podium na koniec sezonu. Teraz przed nimi trzy kluczowe mecze i naszym zdaniem, jeśli zagrają w nich na miarę swoich możliwości, to powinni swój cel osiągnąć. Bo potencjał (zwłaszcza gdy im się chce) mają naprawdę niewyczerpany.
Świetne, 1-ligowe widowisko oglądaliśmy w starciu Contry i Warsaw Bandziors. Gospodarze, aby myśleć o szansach na mistrzostwo musieli pokonać lidera tego szczebla rozgrywkowego, także mobilizacji nie brakowało. Dość zaskakująco gładko dla Contry potoczyły się losy w pierwszej połowie, w której gracze ekipy Michała Raciborskiego wypracowali sobie trzybramkowe prowadzenie, zachowując przy tym czyste konto. Bramki w tej części spotkania strzelali Radek Parszewski, Tomek Zagórski oraz Maciek Kurpias. Niewiele wskazywało na to, aby "Bandziory" miały się włączyć do walki o punkty, zwłaszcza że tuż po zmianie stron bramkę dla gospodarzy zdobył Filip Krakowiak i było już 4:0. To co się jednak wydarzyło w kolejnych trzech minutach, trzeba nazwać swoistą terapią szokową dla Contry. Dwie bramki po przechwytach Norberta Stachury oraz indywidualna akcja powracającego po operacji Szymona Kołosowskiego i stan rywalizacji brzmiał już tylko 4:3! Wtedy jednak o swoim niemałym talencie ofensywnym przypomniał Dawid Biela. Niezbyt widoczny w pierwszej odsłonie, jednak zabójczo skuteczny w drugiej części potyczki napastnik Contry wpisywał się dwukrotnie na listę strzelców w kluczowym momencie. Dzięki jego trafieniom gospodarze odskoczyli na trzy bramki do stanu 6:3, co zdecydowanie uspokoiło ich grę. Wynik spotkania na 6:4 ustalił Mikołaj Kiełpsz, który nie zmarnował dobrego podania od kapitana, Szymona Kołosowskiego. Czołówka tabeli zrobiła się niesamowicie ciekawa po zwycięstwie Contry, niemniej Warsaw Bandziors wciąż pozostają na drugim miejscu.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)