Sezon Lato 2020
Relacje meczowe: 1 Liga
Explo Team, mimo że w tej edycji nie przegrało jeszcze meczu, to zdecydowanie za często remisuje. To powoduje, iż Łukasz Dziewicki i spółka mają już 4 punkty straty do Warsaw Bandziors i jeśli nie chcą, by ta przewaga wzrosła, nie mogą sobie pozwolić na kolejne kompromisy. Z Narodowym Śródmieściem liczyło się więc tylko zwycięstwo, a ponieważ przeciwnik w tym sezonie więcej razy przegrał niż wygrał, to zanosiło się na dość pewny sukces fanów jednego z najbardziej popularnych klubów w stolicy. Jak było w rzeczywistości? Otóż Explo Team pokazało tutaj, że nie bez przyczyny plasuje się w ścisłym topie pierwszoligowej stawki. Bardzo szczelna obrona plus kreatywna ofensywa powodowały, że początkowo to tylko ten zespół zdobywał tutaj gole. „Narodowcy” próbowali schematu z grającym tyłem do bramki Patrykiem Nowickim, ale ten był dobrze pilnowany i ciężko było mu się odwrócić z piłką w kierunku świątyni Rafała Pomaskiego. A jak już się to udawało, to golkiper Explo bronił wszystko. I to dosłownie – nieważne czy strzał był silny, czy techniczny Rafał Pomaski grał tak, jakby walczył właśnie o wyjazd na zbliżające się Mistrzostwa Świata. I podczas gdy on doprowadzał do furii przeciwnika, jego koledzy z zespołu zdobywali kolejne trafienia i w pewnym momencie było już 6:0! Tutaj nie mogło się już nic zdarzyć, chociaż dość nieoczekiwanie ekipa Explo napotkała po drodze drobne turbulencje, które zresztą sama wywołała. Dwie żółte kartki w krótkim odstępie czasu obejrzał Piotr Duma i trudno wytłumaczyć jego zachowanie, zwłaszcza że w tym spotkaniu wszystko było już rozstrzygnięte. Nie miało to jednak wpływu na wynik końcowy, bo ekipa Narodowego Śródmieścia dopiero w końcówce spotkania znalazła sposób na Rafała Pomaskiego. I to po dobitce z rzutu karnego, którego bramkarz Explo również obronił. Ale nie było czasu, by ruszyć w skuteczny pościg za rywalem. Końcowy wynik to 7:2 dla faworytów, którzy muszą jednak nauczyć się panować nad swoimi charakterami. Bo o ile tutaj nie miało to swoich konsekwencji, to gdyby przez coś takiego przegrali ważny mecz, to mogliby mieć pretensje tylko do siebie. Ale abstrahując od tego, jak wyrażali swoje emocje, to piłkarsko nie można im nic zarzucić. Świetnie grający Łukasz Dziewicki, trudny do przepchnięcia Mateusz Włudarski, bardzo fajny duet Jan Zapolski – Marek Pawłowski i można tak wymieniać. Nos nam podpowiada, że za rok o tej porze zobaczymy ich w Ekstraklasie, bo pod względem piłkarskiej jakości naprawdę niczego tutaj nie brakuje.
Drużyna FC Almaz znakomicie radzi sobie w tym sezonie 1 ligi, zupełnie na przeciwnym biegunie są zawodnicy Zjednoczonej Ochoty, którzy w tym sezonie borykają się z dużymi problemami kadrowymi i zajmują ostatnie miejsce w ligowej tabeli. Mecz zgodnie z oczekiwaniami lepiej rozpoczęli zawodnicy z Ukrainy i już po kilku minutach wypracowali sobie sporą zaliczkę. Przewaga gospodarzy była bardzo widoczna i z każdą kolejną minutą chłopaki powiększali swój dorobek bramkowy. Zjednoczona Ochota próbowała grać z wysuniętym bramkarzem, ale ta taktyka często nie zdawała rezultatów. Wynik do przerwy to 8:2. Drugie 25 minut miało bardzo podobny przebieg jak pierwsza część tej rywalizacji. Zawodnicy gospodarzy w pełni przejęli kontrolę nad spotkaniem, systematycznie powiększając przewagę. Gracze gości starali się momentami nawiązać równą walkę z przeciwnikami, ale za każdym razem gdy strzelali gola ich rywal odpowiadał dwukrotnie. Ostatecznie mecz zakończył się zasłużonym zwycięstwem drużyny FC Almaz aż 17:8. Warto wspomnieć, że praktycznie każdy zawodnik gospodarzy zapisał się w protokole meczowym zdobywając bramkę lub zaliczając asystę. Na uwagę zasługuje również wyśmienita forma strzelecka Oskara Góreckiego, który łącznie strzelił 7 bramek. Zjednoczona Ochota po raz kolejny kończy mecz bez zdobyczy punktowej i szansę na rehabilitację będzie miała już w następnej kolejce.
Arcyciekawe widowisko stworzyły ekipy Warsaw Bandziors i Contry. Już pierwsze minuty spotkania wskazywały, że wynik w tym meczu będzie się ważył do ostatnich sekund. Obie drużyny od początku narzuciły niesamowite tempo a akcje z impetem przenosiły się od jednej bramki do drugiej. Wynik otworzyły Bandziory. Po składnej akcji Maciej Kiełpsz dostał podanie od brata Mikołaja i nie miał problemu ze strzeleniem gola. Na odpowiedź gości nie trzeba było długo czekać. Dawid Biela otrzymał podanie w boczny sektor boiska i nie namyślając się długo huknął z dystansu kompletnie zaskakując golkipera rywali. Od stanu 1:1 to Contra starała się przejąć inicjatywę. Efektem dobrej gry było trafienie Kuby Gonciarskiego. Jednak radość z prowadzenia trwała minutę. Maciej Cichocki wyrównał i mecz zaczynał się od początku. W końcówce pierwszej połowy mieliśmy jeszcze dwie bramki. Na trafienie Szymona Kołosowskiego odpowiedział Radek Parszewski i do przerwy na tablicy wyników mieliśmy wynik 3:3. Po zmianie stron Warsaw Bandziors szybko objęli prowadzenie. Długo od stanu 4:3 nikt nie mógł strzelić bramki mimo że obie ekipy miały swoje okazje. Kluczowe dla losów tego meczu były dwie minuty w połowie drugiej odsłony. Wówczas to gospodarze dwa razy trafili do siatki rywali. Trzybramkowa przewaga wydawała się już nie do odrobienia. Jednak Contra walczyła do końca i zdołała na pięć minut przed końcem zniwelować przewagę do jednego trafienia. Kolejne ataki i pełna ofensywa nie przyniosła jednak rezultatu. Ponownie Szymon Kołosowski strzelił gola na 7:5 co definitywnie przesądziło, że to Bandziory zgarnęły cenne trzy punkty. Brawa jednak także dla gości, bo byli równorzędnym rywalem i ich walka choćby o remis dodała temu pojedynkowi niesamowitego kolorytu.
W 6 kolejce stanęły naprzeciw siebie ekipy FC Otamanów i Warszawskiej Ferajny. Spodziewaliśmy się wyrównanej walki z lekkim wskazaniem na gospodarzy, ale niestety rywalizacja ta okazała się meczem do jednej bramki. Trzeba przyznać, że forma Ukraińców w tym sezonie jest iście imponująca i zbudowali drużynę, która stawia przeciwnikom wyjątkowo ciężkie warunki. W początkowej fazie meczu obie ekipy podeszły do siebie z lekką rezerwą i pierwsza bramka padła dopiero w 8 minucie, a strzelił ją Konstiantyn Didenko. Ferajna szukała wyrównania, ale trochę brakowało precyzji, a przede wszystkim błyskotliwego pomysłu na grę, który zaskoczyłby gospodarzy. Otamany cierpliwie utrzymywały się przy piłce i często rozgrywały ją z wykorzystaniem bramkarza, do tego cały zespół błyskawicznie cofał się do obrony, gdy zaszła taka potrzeba. W 19 minucie na 2:0 podwyższył Vitalii Yakovenko, minutę później było już 3:0 po kolejnym trafieniu Vitalija, a jeszcze przed przerwą gola dołożył Konstiantyn i Otamany wyraźnie odskoczyły z wynikiem. W przerwie Ferajna przeanalizowała swoją dotychczasową grę i na drugą połowę team Kacpra Domańskiego wszedł w zdecydowanie bardziej bojowym nastroju. Można było odnieść wrażenie, że gdyby Ferajnie udało się zdobyć bramkę kontaktową, to losy meczu mogłyby się odmienić. Goście próbowali, ale w 31 minucie na 5:0 strzelił Konstiantyn Didenko, a gol ten był poniekąd gwoździem do trumny zespołu przyjezdnego. Wprawdzie udało się im w końcu pokonać golkipera Otamanów i Patryk Brzozowski zanotował bramkę kontaktową, ale Otamany były tego dnia poza zasięgiem Ferajny. Wynik 8:2 dość dobrze oddaje charakter tego spotkania, bo choć Warszawskiej Ferajnie nie brakuje ani umiejętności, ani woli walki, to tego dnia FC Otamany okazały się przeciwnikiem wyraźnie lepszym.
Green Lantern w poprzedniej kolejce zdobył pierwsze punkty w tym sezonie i do starcia z MixAmatorem przystępował z nadziejami na kolejną zdobycz. Jednak problemy ze skompletowaniem składu i eksperymentalne zestawienie już na starcie spotkania zwiastowały ciężką przeprawę. Tym bardziej że MixAmator to drużyna stabilna, o sporych umiejętnościach i doświadczeniu która potrafi wykorzystywać słabości rywali. Początek w miarę wyrównany. To gospodarze byli częściej przy piłce i stwarzali sobie dobre okazje, lecz Sebastian Bełczyński dobrze sobie radził w nowej roli golkipera w którą musiał się z konieczności wcielić. Jednak po składnej akcji Miksów w końcu musiał skapitulować. Po chwili kolejna akcja skończyła się bramką i dość szybko MixAmator prowadził w meczu 2:0. Moment zadowolenia i lekkiej dekoncentracji wykorzystał Mikołaj Wysocki, który z autu dograł idealnie na głowę kolegi i Green Lantern strzeliło gola kontaktowego. Jeszcze przed przerwa MixAmator podwyższył wynik i na przerwę schodził z dwubramkową przewagą. Po zmianie stron goście nie mając nic do stracenia atakowali, ale mimo wielu dogodnych sytuacji nie potrafili pokonać Mateusza Karpińskiego. Gospodarze grając cierpliwie byli o wiele skuteczniejsi i powiększali swoją przewagę. Na uwagę zasługuje fakt że niemal wszyscy zawodnicy zapisali się w protokole meczowym z bramką bądź asystą. To pokazuje jak wyrównanym składem dysponuje Michał Fijołek i mamy wrażenie, że Miksy jeszcze nie powiedziały ostatniego słowa w tym sezonie i będą chciały się włączyć do walki o czołowe lokaty. Mecz zakończył się wynikiem 7:1 co pokazuje dobitnie, kto miał więcej argumentów w niedzielny wieczór na boiskach AWFu.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)